Historia niejednej miłości

"Chłopiec 6-letni, ma na imię Kacper. Od roku przebywa w placówce. Nie ma
kontaktu z rodziną biologiczną, matka ma odebrane prawa rodzicielskie. Chłopiec
jest w normie ogólnorozwojowej. Ma wadę wymowy i uczęszcza na terapię
logopedyczną. Ma młodszą siostrę, która jest pod opieką matki".

"Poszukiwana rodzina zastępcza dla dziewczynki – uczennicy klasy V SP.
Dziewczynka ma na imię Ania. Matka dziewczynki ma ograniczoną władzę
rodzicielską, której najprawdopodobniej będzie pozbawiona, ojciec nie żyje. Ania
jest słabą uczennicą, ma duże braki edukacyjne. Dziewczynka nie sprawia
problemów wychowawczych, chętnie nawiązuje kontakt z osobami dorosłymi, jest
grzeczna i miła, stara się pomagać w obowiązkach domowych". Na portalach
adopcyjnych w odpowiednich rubrykach: dziecko szuka rodziny, rodzina szuka
dziecka, mnożą się tego typu ogłoszenia. Za każdym z nich kryje się ból, wielki
dramat małego człowieka, wołanie o miłość. Miłość, która wydaje się czymś
naturalnym, czymś, co każdy z nas otrzymuje bezwarunkowo, bo urodził się w domu,
z miłości kochających rodziców, z miłosnego pragnienia samego Boga.
Z drugiej strony – ból rodziców, którzy nie mogą mieć dzieci. Ból, który
niejednokrotnie prowadzi ich do gabinetów, gdzie decydują się na sztuczną
inseminację czy in vitro. Po tych próbach, bez względu na to, czy doprowadziły
do "uzyskania ciąży" czy też nie. Ogromna machina przemysłu in vitro, który
zdominował rynek medyczny, nie pyta naprawdę o dobro człowieka, o dobro dzieci.
Nie pyta o miłość, lecz za wszelką cenę, niejednokrotnie za cenę miłości
małżeńskiej, dąży do "uzyskania ciąży", po drodze podważając godność samego aktu
małżeńskiego, niszcząc życie zapłodnionych zarodków i tych zamrażanych w
lodówkach, a na dalszym etapie – proponuje aborcję selektywną, gdy dochodzi do
implantacji nie jednego, lecz dwóch, trzech albo więcej zarodków. Lista ponurych
konsekwencji tzw. medycyny wspomaganego rozrodu jest długa, biorąc pod uwagę
także te, których jeszcze nie poznaliśmy. Przyjęcie dziecka, adopcja, w sytuacji
gdy rozważane jest in vitro lub zostały już rozpoczęte procedury z nim związane,
traktowane jest niemalże z pogardą. Wydaje się, że liczy się głównie własne
pragnienie, chęć posiadania dziecka, niejednokrotnie na zasadzie wyboru
"najlepszego modelu", które będzie zdrowe, wymarzone i zaplanowane w każdym
detalu.
Czy to perfekcjonizm? W pewnym sensie tak! Zamyka on drogę do prawdziwej miłości
polegającej na darze z siebie: "chcę ofiarować siebie", nie dlatego że jestem
silniejszy, nie dlatego że mam co ofiarować; na darze zbudowanym na świadomości:
"tyle otrzymałem", "wszystko, co mam, otrzymałem", więc mogę i chcę ofiarować,
może temu najmniejszemu dziecku, które właśnie potrzebuje domu, miłości
rodziców. Taka świadomość obdarowania sobą wydaje się najlepszym gruntem do
adopcji. "Adoptowane dziecko to wielkie dzieło miłości. Kto je podejmie, wiele
daje, ale też wiele otrzymuje. Jest to prawdziwa wymiana darów", mówił Jan Paweł
II.

Pierwsza myśl o adopcji
Agnieszka i Rafał Porzezińscy, trzydziestoparoletni małżonkowie, dziennikarze,
po kilku latach małżeństwa i braku własnych dzieci zdecydowali się na drogę
adopcji. – Nie rozważaliśmy sztucznych metod, choć zasięgaliśmy porad u różnych
lekarzy. Po zaledwie dwóch wizytach u pewnego lekarza usłyszeliśmy propozycję
sztucznej inseminacji – wspomina Agnieszka. – Nikt z lekarzy nie stwierdził
jakiegoś większego kłopotu z naszą płodnością, dostaliśmy gotową receptę –
inseminacja – wyrzuca kobieta. Propozycje lekarzy przysparzały małżonkom tylko
cierpienia. – Abstrahując od tego, jaką zbrodnią wobec nienarodzonych jest in
vitro – "eliminacja" już żywych zarodków – to proces tworzenia dziecka, w jakim
uczestniczą rodzice, jest upokarzający. Nie wyobrażam sobie, by wspierać jakąś
sztuczną inseminację – mówi Rafał. Po chwili namysłu mężczyzna dodaje: "Życie to
najpiękniejszy dar i jedynym godnym jego początkiem jest intymne spotkanie
kochających się męża i żony".
– Adopcja bardzo nas zbliżyła do siebie. Nigdy nie odczuliśmy takiej jedności
jak wtedy, kiedy adoptowaliśmy nasze córeczki – opowiada Rafał. Ich 6-letnie
córeczki bliźniaczki Marysia i Tosia są z nimi już 6 lat. Dumny pokazuje
fotografie swoich trzech córek. – Te dwie blondynki to właśnie Tosia i Marysia,
a poniżej najmłodsza Helenka, która urodziła nam się 2,5 roku temu – wyjaśnia
tata. Wszystkie dziewczynki bardzo podobne i do taty, i do mamy. Aż trudno
pomyśleć, że są adoptowane. – Są takie wspaniałe, mądre, inteligentne – dodaje
Agnieszka.
Droga do adopcji nie należała do najłatwiejszych. Agnieszka pragnęła dzieci z
chwilą zawarcia małżeństwa. Buntowała się wewnętrznie na samą myśl o wymaganym w
przypadku adopcji pięcioletnim stażu małżeńskim, bo przecież innych małżonków
nikt nie sprawdza, nie testuje, czy nadają się do rodzicielstwa. Po prostu rodzą
się dzieci i ludzie stają się rodzicami. A tu trzeba było uzbroić się w
cierpliwość, w pokorę. – Była we mnie ogromna tęsknota i instynkt macierzyński
rozdmuchany do granic możliwości. Teraz mam już trochę inną refleksję na ten
temat, zgadzam się z tym, że potrzebny jest odpowiedni czas na przygotowanie do
adopcji, przecież chodzi o dzieci – mówi Agnieszka. – Rafał wiedział, że ja
bardzo tęsknię za dzieckiem. Wiedziałam jednak, że mąż musi dojrzeć do tej
decyzji. Liczyłam się z tym, że może nigdy nie być gotowy na taki krok –
wyznaje. Decyzja Rafała przyszła w momencie, gdy uświadomił sobie, iż św. Józef
adoptował Dziecko. – A potem pojawiały się kolejne argumenty: "Ktokolwiek
przyjmuje jedno z tych dzieci w imię moje, Mnie przyjmuje". To były momenty,
które ostatecznie zadecydowały o adopcji.

Droga do dzieci
Zgłosili się do ośrodka adopcyjnego w Częstochowie, wchodząc w program spotkań
dla rodziców. Dla wielu małżeństw to czas próby, weryfikacji, czy rzeczywiście
chcą, czy rzeczywiście są gotowi do przyjęcia dziecka. – Dla mnie cały ten
proces to było ujarzmianie własnej pychy. Gdzieś wewnątrz buntowałam się na samo
postawienie sprawy, iż ktoś śmie wątpić w to, że my jesteśmy odpowiednimi ludźmi
do przyjęcia dzieci. Przecież nikt w innych sytuacjach nie testuje rodziców. A w
ośrodku słyszymy: "My nie wiemy, czy wy się nadajecie na rodziców, musimy to
sprawdzić, występujemy w interesie dziecka" – opowiada z perspektywy czasu
Agnieszka. Rafał podszedł do sprawy nieco inaczej, ciekawiło go, czy w opinii
państwa jest odpowiednim kandydatem na rodzica adopcyjnego. Testy, pytania,
rozmowy z psychologiem były dla obojga małżonków próbą wytrzymałości,
cierpliwości, ale i pokory. Był autentyczną weryfikacją ich pragnienia o
adopcji. – Sami zaczynaliśmy się zastanawiać, czy rzeczywiście jesteśmy w stanie
kochać dziecko, które przyjmiemy. Czy występujemy o adopcję, bo chcemy zaspokoić
tylko własne potrzeby, pokazać się w rodzinie, w środowisku, że mamy dzieci, że
jesteśmy pełnoprawną rodziną – mówi Agnieszka.

Trudne pytania o miłość
Często podczas takich spotkań w ośrodku małżonkowie jeszcze raz zadają sobie
pytanie, czy są w stanie pokochać obce dziecko. Czy są w stanie pokochać każde
dziecko, a tym samym otoczyć je opieką. I taki jest też cel "zapoznawania" się
rodziny z ośrodkiem adopcyjnym. Miłość w rodzinie adopcyjnej jest taka jak w
każdej rodzinie. Realna! Nie każde małżeństwo jest powołane do tego, by przyjąć
trudne, wymagające szczególnej opieki dziecko. Dlatego szczerość jest kluczowa,
by wyjaśnić sobie, jakie trudności konkretna para może udźwignąć, ile jest w
stanie z siebie dać. – Dla mnie najtrudniejszym pytaniem było, na jakie choroby
u dziecka zgodziłabym się. Jakby ktoś mówił: "Pokaż nam, na ile umiesz kochać.
Czy pokochasz głuche i niewidome dziecko, z zespołem Downa, a z innym
upośledzeniem to już nie" – wyznaje Agnieszka. – Ja miałam 23 lata, mój mąż 29
lat. Czułam, że chyba nie dalibyśmy sobie rady z tak trudnym dzieckiem. Czułam,
że za tę szczerość jestem też doceniana przez panią z ośrodka adopcyjnego –
opowiada kobieta. – Panie z ośrodka zwracały nam uwagę, że niektóre z wad
zapisane w karcie choroby dziecka są do wyeliminowania jednym podstawowym
lekarstwem, jakim jest miłość rodziców – zwraca uwagę Rafał.
I rzeczywiście, doświadczenie prawie każdej rodziny adopcyjnej pokazuje, iż
dzieci – nawet z poważnymi wadami – przychodząc do rodziny, z dnia na dzień, z
miesiąca na miesiąc zdrowieją. Wiele chorób, dolegliwości jest przejawem choroby
sierocej. A lekarstwem na nią jest miłość rodziców. – Jedna z naszych córek była
bardzo chora, miała poważne problemy neurologiczne. Teraz ma już 6 lat i jest
bardzo rozwinięta, także sportowo, ćwiczy akrobatykę, poza tym świetnie sobie
radzi z nauką, pisaniem – opowiada Agnieszka. – Przyjmując nasze córeczki,
usłyszeliśmy: "Dzieci może nie będą na was reagować nawet przez rok albo nawet
dłużej, mogą się nie chcieć przytulać". I rzeczywiście, wiele było tych trudnych
momentów, ale teraz możemy powiedzieć, że udało się je pokonać – opowiadają
zgodnie rodzice.

Czy łatwo pokochać?
Pytanie o to, czy uda się pokochać zupełnie obce dziecko, przyjąć je bez żadnych
warunków, stawia sobie prawie każdy rodzic adopcyjny. A przecież każde dziecko,
także to biologiczne, jest zagadką. Uczymy się go, poznajemy, gdy się rozwija,
nawiązujemy relacje. Nawiązujemy relacje z innymi ludźmi, których spotykamy w
życiu, także z przyszłym mężem, żoną. Dziecko pokocha każdego, kto zaspokaja
jego potrzeby nie tylko biologiczne, ale odpowiada uśmiechem na uśmiech,
przylgnięciem na przylgnięcie. Doświadczenie Agnieszki i Rafała potwierdza tę
tezę. – Odkrywanie ojcostwa, które niekiedy w okolicznościach adopcji może
wydawać się niektórym nie do końca uprawnione, jest czymś bardzo pięknym –
wyznaje Rafał. – Na początku zastanawiałem się, po czym poznam, że to moje
dziecko? – dodaje po chwili.
Kiedy rodzice zostają zakwalifikowani do adopcji, przychodzi okres oczekiwania
na dziecko. Nie wiadomo, jak długo będzie on trwał. Kiedy już znajdzie się czy
też urodzi się dziecko, które ma zostać powierzone konkretnej rodzinie, przyszli
rodzice są informowani o tym. Od pracownika ośrodka dowiadują się o dziecku jak
najwięcej szczegółów, o jego stanie zdrowia, o pochodzeniu, o rodzinie. Potem
mają niedługi czas na przemyślenie, czy to dziecko, o którym tyle wiedzą, mogą
przyjąć. Dopiero po tej decyzji mogą je zobaczyć, nie wcześniej. – Co zmienia
fakt, że zobaczymy małe dzieci w powijakach? Kochasz decyzją woli – wyznaje
Agnieszka. – Tak jak w małżeństwie na początku jest eksplozja uczuć, a potem z
biegiem lat to mija, maleje, przychodzi codzienność, która uczy nowych, innych
postaw miłości. Odpowiedzialność wobec życia zostaje – dodaje kobieta. Marzeniem
Rafała był syn, tutaj okazało się, że są córeczki – 2,5-miesięczne bliźniaczki,
chore, słabiutkie, umieszczone w szpitalu. Jednak oboje rodzice wiedzieli, że to
będą właśnie ich córeczki.
Upłynęło trochę czasu, zanim mogli je zabrać do domu. Gdy to nastąpiło, mieli
już umówione wizyty u lekarzy, rehabilitantów. Wcześniej – rozprawa w sądzie o
czasowe przysposobienie, które pozwala przyjąć dzieci pod swój dach, a następnie
główna rozprawa, kiedy sąd orzeka o pełnoprawnym rodzicielstwie. – Gdy dzieci
były już w domu, rodziły się uczucia. Na początku mogę powiedzieć, że był szok
emocjonalny. Jechałam w samochodzie z dwojgiem obcych dzieci. Prawdziwa, głęboka
więź emocjonalna przyszła z czasem – wyznaje Agnieszka. I nie było w tym
zachowaniu nic dziwnego, takie uczucia towarzyszą niejednej mamie adopcyjnej.
Adoptują przecież zwyczajni ludzie z normalnymi uczuciami, którzy chcą i
potrafią kochać. Pozytywne emocje rozwijają się na takim gruncie.

Miłe chwile i trudne pytania
Przyszedł czas na pierwsze doświadczenia, poznawanie się, intensywna opieka nad
dziewczynkami i wiele miłych chwil doświadczenia rodzicielstwa. – Niesamowite,
bo mogłem uczestniczyć na równi z żoną w karmieniu. Dla mnie to było
wyróżnienie. Nie każdy przecież ma bliźniaki – uśmiecha się Rafał. – W momencie
kiedy Agnieszka karmiła trzecią córkę, nasze starsze dziewczynki zaczęły zadawać
pytania: "A my, jak my byłyśmy karmione?". Wtedy zaczęła się trudna, ale też
uwalniająca droga odpowiadania na pytania związane z rodzicami biologicznymi –
wspomina Rafał. – Na bieżąco odpowiadamy na te pytania, w taki sposób i na tyle,
na ile dziewczynki są w stanie zrozumieć. Mają do tego prawo, a my mamy
obowiązek przekazać im prawdę – opowiada mężczyzna. – Jak moglibyśmy wychować
nasze dzieci do prawdy, gdybyśmy ją zatajali albo okłamywali dzieci? – dodaje
Agnieszka. – A prawdą jest to, że dziewczynki są dla nas ogromnym prezentem, że
znaleźliśmy siebie w odpowiednim czasie. Taka prawda przecież nie jest czymś
przykrym i w takim duchu rozmawiamy z dziewczynkami o ich przeszłości. Teraz są
jeszcze małe, i to na razie wystarcza, zadowala je. Mówimy im o tym, że właśnie
znaleźliśmy siebie, że Pan Bóg nas znalazł na swojej drodze – dodaje kobieta. –
Dziewczynki zazwyczaj w jakichś nieoczekiwanych momentach, na przykład gdy
jedziemy samochodem, zadają pytanie: "A tamta mama to żyje?". Odpowiadam: "Nie
wiem, Marysiu". Jak najkrócej, najprościej. Na tym poziomie nasze odpowiedzi
wystarczają. Dzieci chcą wiedzieć, że są kochane, że mają jakąś przeszłość, mają
swoją historię, nie są znikąd. Dziecko jest szczęśliwe, że się je szanuje i mówi
się mu prawdę – wyznaje mama.

Najprawdziwsza rodzina
Taka szczera rozmowa nie byłaby zapewne możliwa, gdyby rodzice adopcyjni myśleli
o swym rodzicielstwie jako o tym gorszym. Każdy z nas jest powołany do ojcostwa,
do macierzyństwa. Nie każdy ma rodziny, nie każdemu rodzą się dzieci. Adopcja to
po prostu inny rodzaj rodzicielstwa, z pewnością bardziej wymagający.
– Mówimy córeczkom, że tamta mama dała najcenniejszy skarb – życie, urodziła i
nic cenniejszego już nie mogła dać. Dała wolność, dzięki której odnalazły nas.
Bardzo się tego trzymam, by mówić z ogromnym szacunkiem i wyrażać wdzięczność
rodzicom biologicznym. Jeśli ja będę miała szacunek do tej osoby, to również i
dzieci będę miały szacunek do własnego życiorysu. To jest ich historia, ich
tożsamość. Jest to również wyzwalające dla mnie, nie czuję się tą "gorszą" mamą,
bo jestem druga w kolejności. Wszystkie nasz córeczki kocham tak samo. Ktoś, kto
uważa, że "własne", biologiczne dziecko bardziej się kocha, nie wie, czym jest
miłość – tłumaczy Agnieszka.
Normalność jest kluczowa, gdy dzieci wiedzą, że są tak samo kochane. Nie można
też przesadzać z miłością i nadmiernym zainteresowaniem, okazywaniem uczuć,
jakby się chciało zrekompensować dziecku trudną przeszłość. – Nie można
zagłaskiwać dziecka, dlatego że zostało jakoś pokrzywdzone. To byłoby
nienormalne. Każdy z nas w pewnym sensie ma ciężką historię życia w jakimś
momencie. Każdy niesie jakiś krzyż, nasze dziewczynki dostały go na starcie –
wyjaśnia Agnieszka.

Czy do adopcji można zachęcić?
Trudno jest radzić, zalecać. Każdy wybiera drogę dla siebie, wybiera czas.
Pewien rodzaj perfekcjonizmu uczy nas wstydzić się łez, bólu. Brak dziecka wiąże
się z przeżyciem żałoby, pogodzenia się z sytuacją. I warto dać sobie czas na
łzy, ból, może złość, może gniew. Nie ma szybkich lekarstw na taki ból, każdy
potrzebuje innego czasu, innych doświadczeń. Zgoda na to, że nie mogę mieć
dzieci, zgoda na to, że nie mogę ich mieć teraz, jest bardzo potrzebna i być
może wówczas okaże się, że kolejnym krokiem będzie właśnie adopcja. Agnieszka z
Rafałem i ich córki pokazują wymownie, jak ubogacający i piękny jest ten wybór.
 

Małgorzata Jędrzejczyk

drukuj