Wisielcy się oburzają?

Z jednej strony niby mamy kryzys, ale z drugiej – jak powiadają wymowni
Francuzi – embarras de richesse, co się wykłada jako kłopot z nadmiaru.
Oczywiście z nadmiaru rocznic. Na przykład 10 października odbyły się podwójne
obchody nawet nie rocznicy, a półrocznicy katastrofy w Smoleńsku: jedne – z
udziałem pani prezydentowej Komorowskiej – politycznie poprawne, chociaż też z
przygodami, a drugie – absolutnie niepoprawne, mobilizujące krytykę całego
aktywu – jak śpiewano w sławnej piosence "Pesymiści" – "od komuny aż do kleru".
Chodziło nie tylko o manifestację na Krakowskim Przedmieściu, która – o czym ze
zgrozą doniosła "Gazeta Wyborcza" – prof. Michałowi Głowińskiemu natychmiast
skojarzyła się z rokiem 1933 z powodu pochodni, ale przede wszystkim o
przemówienie Jarosława Kaczyńskiego, w którym dał on do zrozumienia, że Polska
nie jest państwem do końca suwerennym.

Tymczasem jest to diagnoza nie tylko trafna, ale chyba nawet zbyt łagodna,
zwłaszcza gdy uświadomimy sobie, że właśnie 10 października minął rok od
ratyfikowania traktatu lizbońskiego przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Traktat
lizboński wszedł w życie 1 grudnia ubiegłego roku, proklamując od tego dnia
powstanie nowego podmiotu prawa międzynarodowego – nowego państwa pod nazwą Unia
Europejska, którego część składową stanowi m.in. Polska. Wprawdzie zgodnie z
tzw. zasadą przekazania kraje członkowskie powinny zachować szczątki
suwerenności, bo to one decydują o zakresie kompetencji przekazanych Unii
Europejskiej, ale tak nie jest z powodu zawartej również w traktacie lizbońskim
tzw. zasady lojalnej współpracy, stanowiącej, że UE może nakazać krajom
członkowskim powstrzymanie się przed każdym działaniem, jeśli "mogłoby ono
zagrozić urzeczywistnieniu celów Unii Europejskiej". Zasada lojalnej współpracy
oznacza więc, że suwerenność polityczna jest z krajów członkowskich wypłukiwana
na rzecz Unii. Na szczęście UE nie ma jeszcze własnych sił zbrojnych, bo kraje
członkowskie jakoś nie kwapią się do stworzenia europejskiej armii niezależnej
od NATO – i w ten sposób zapewniają sobie jakąś resztkę suwerenności. Mogliśmy
zobaczyć to podczas francusko-unijnego sporu o deportacje Cyganów, kiedy to
francuski minister Eryk Besson dał do zrozumienia, że Parlament Europejski
wtrąca się w nie swoje sprawy i n’en parlons plus. Jednak Francja ma nie tylko
wojsko, ale i broń jądrową, więc może sobie na taką stanowczość wobec UE
pozwolić, podczas gdy rozbrojona Polska, poza afgańskimi askarisami utrzymująca
kilkadziesiąt tysięcy urzędników, dla niepoznaki poprzebieranych w wojskowe
mundury, musi siedzieć cicho.
Ciekawe, że w rok po ratyfikacji traktatu lizbońskiego sytuacja naszego państwa
wydaje się gorsza od tej, jaka nastąpiła po 7 października 1918 roku, kiedy to
utworzona na podstawie patentów cesarza niemieckiego i austriackiego Rada
Regencyjna w odezwie "Do Narodu Polskiego" proklamowała niepodległość Polski. Bo
zaraz potem, 12 października, przejęła zwierzchnictwo nad wojskiem, 21
października gubernator warszawski gen. Hans von Beseler powrócił do Niemiec, a
25 października utworzony został rząd Józefa Świeżyńskiego – już bez
konsultowania się z nikim. Obecnie zaś, jak się wydaje, rozwój wypadków zmierza
w kierunku raczej odwrotnym. Oczywiście mało kto zwraca na to uwagę, bo jest
rozkaz wierzyć, że Polska odzyskała niepodległość 11 listopada, kiedy to Rada
Regencyjna przekazała władzę nad wojskiem wypuszczonemu przez Niemców z
magdeburskiego więzienia Józefowi Piłsudskiemu – toteż i utrata politycznej
suwerenności w tych warunkach nie wydaje się niczym osobliwym. Już prędzej
naszym dziejowym przeznaczeniem. Jednak na wszelki wypadek w domu wisielca
lepiej nie mówić o sznurze, toteż pewnie z tego powodu deklaracja Jarosława
Kaczyńskiego tak rozdrażniła prof. Marcina Króla, że aż doszedł do wniosku, iż z
takimi wrogami demokracji trzeba rozprawić się środkami administracyjnymi – na
początek Trybunałem Stanu. Kto by pomyślał, że taki z niego tęgi i nieubłagany
demokrata! Tymczasem o żadnym zagrożeniu demokracji nie ma oczywiście mowy. To
tylko objawy roztargnienia z powodu natłoku rocznic, a nawet – półrocznic.

Stanisław Michalkiewicz
 

drukuj