Kto jest prawdziwym Polakiem

Ostatnie wypowiedzi premiera Donalda Tuska na temat Prawa i
Sprawiedliwości, natychmiast zmutowane przez innych polityków rządzącej formacji
i powielone w mediach, mogą więcej niż niepokoić. Donald Tusk zarzucił opozycji,
czy PiS, "mobilizowanie ludzi przeciwko państwu" i że to mobilizowanie "przez
polityków opozycji jednej trzeciej narodu przeciwko własnemu państwu (…) stało
się normą". Premier uważa, że musi to obudzić naszą "narodową czujność". Na
Radzie Krajowej PO Tusk uzasadniał, że celem PiS jest oczekiwanie, aż państwo
upadnie, dlatego zadaniem Platformy jest bronić Polaków przed PiS.

To nie jest już zwykła "tradycyjna" krytyka opozycji ze strony szefa rządu,
którą można by włączyć do 5-letniej historii walki politycznej PO z PiS. Jej
"normalny", codzienny poziom agresji został zawyżony o jeszcze jedno absurdalne
oskarżenie. Do tej pory PiS jako opozycja (dla Platformy jest to jedyna partia
opozycyjna, co potwierdza, że SLD jest opozycją tylko z nazwy) stanowiło
zagrożenie a to dla gospodarki i finansów (populizm), a to dla prawa (represje),
a to dla swobód obywatelskich (podsłuchy), a to dla integracji europejskiej (eurosceptycyzm),
a to dla współpracy z sąsiadami (niemieckie i rosyjskie fobie). Nie padł jeszcze
zarzut, że stanowi zagrożenie dla państwa. Był co prawda pewien polityczny
epizod w 1993 roku, kiedy to Porozumienie Centrum (ówczesna partia Jarosława
Kaczyńskiego) zostało nazwane przez rząd Hanny Suchockiej partią antysystemową i
antydemokratyczną. Wówczas w Urzędzie Ochrony Państwa przystąpiono do
inwigilacji prawicowych ugrupowań opozycyjnych na podstawie tajnej instrukcji
0015/92. Do tej pory nikt z tego tytułu nie poniósł żadnej odpowiedzialności.
"Zalew agresji ze strony PiS" – jak twierdzi premier Tusk, wymierzony jest tym
razem przeciwko państwu polskiemu. Z pewnością zarzut ten byłby postawiony i
wcześniej, za życia prezydenta Lecha Kaczyńskiego, ale brzmiałby jeszcze
bardziej absurdalnie niż dziś, kiedy nie ma go już na najwyższym urzędzie w
państwie. Teraz "antypaństwowa opozycja" skupia się jedynie w Sejmie i po trosze
w Senacie, w instytucjach jak najbardziej propaństwowych.
Na czym polega absurdalność stwierdzeń premiera o antypaństwowym charakterze
Prawa i Sprawiedliwości? Po pierwsze, na kompletnym niezrozumieniu roli opozycji
w demokratycznym państwie. Jeżeli premier uważa krytykę swojego rządu i swojej
partii za atak na państwo, to nie rozumie, do czego jest powołana opozycja w
systemie parlamentarnym. Jeżeli premier uważa, że krytykowanie go przez opozycję
jest działaniem antypaństwowym, to jego myślenie cofa nas do czasów
totalitarnych, a może i jeszcze dalej, do pewnego króla Ludwika, który zwykł
mawiać: "Ja jestem ludem i władcą" oraz "Państwo to ja". Ale Król Słońce to nie
"słońce Peru". Parlamentarna opozycja, jaką jest PiS, stanowi część państwa
prawa i działa w jego oficjalnych ramach.
Może chodzi zatem o to, żeby w ogóle nie było w naszym państwie opozycji albo
żeby była tylko poza parlamentem, jak w Rosji, na Białorusi czy w Chinach?
Biorąc pod uwagę dobre samopoczucie władzy, jest to nawet zrozumiałe, ale z
punktu widzenia interesów państwa jest to działanie samobójcze. Dlatego
oskarżanie opozycji o działanie antypaństwowe jest z punktu widzenia państwa
działaniem ze wszech miar szkodliwym.
"Jeśli Jarosław Kaczyński i Anna Fotyga utrzymają władzę nad jedną trzecią
Polaków – kontynuował swoją wypowiedź premier – to wykopią w społeczeństwie
przepaść nie do pokonania". O jaką władzę chodzi premierowi? Czy można mieć
władzę i być w opozycji? A może nie podoba się to, że obecna władza nie ma wciąż
uznania u tej jednej trzeciej Polaków popierających opozycję, ale czy uznanie
takie można uważać za atrybut władzy? Premier nie rozumie demokratycznych
wyborów, jakich co cztery lata dokonuje Naród. Może zrozumie to, kiedy wraz ze
swoją partią znajdzie się w opozycji i usłyszy pod swoim adresem taką samą
opinię.
Bezustanne, nachalne, nudne zajmowanie się przez rząd i wtórujące mu media
problemem opozycji przybiera u nas już znamiona paranoi. W prawdziwie
demokratycznych krajach media przede wszystkim interesują się tym, co robi rząd,
a nie opozycja.
Ale tzw. obrona przed PiS oskarżanym dziś o działalność antypaństwową, może
wydawać się niepozbawioną sensu, jeśli władza przygotowuje społeczeństwo do
delegalizacji opozycji. System rządów pozbawionych parlamentarnej opozycji
wydaje się wciąż wielką pokusą dla politycznych miernot, których dewizą są
słowa: "Po nas choćby potop". Ale takie rozwiązanie, jeśli chodzi ono komuś po
głowie, nigdy nie będzie zaakceptowane przez Polaków, gdyż ono właśnie prowadzi
do upadku państwa.
Polacy, jak powiedział Jarosław Kaczyński na Krakowskim Przedmieściu sześć
miesięcy po katastrofie smoleńskiej, są i chcą być "wolnymi Polakami". Słowa te
zostały natychmiast zmanipulowane. Liczni dziennikarze stwierdzili, że Jarosław
Kaczyński mówił o "prawdziwych Polakach". Miało to go całkowicie skompromitować.
Nie bardzo rozumiem dlaczego. Prawdziwym Polakiem jest ten, kto w swoim kraju
chce się czuć prawdziwie wolnym.

 

Wojciech Reszczyński
 

Autor jest komentatorem w Programie 3. Polskiego Radia.

drukuj