Rząd nie chce leczyć bezpłodności

Rząd Donalda Tuska nie zamierza finansować naprotechnologii – skutecznej,
szanującej życie ludzkie metody leczenia niepłodności. Forsuje za to
refundowanie nieefektywnej i niegodziwej moralnie procedury in vitro.
Ministerstwo Zdrowia utrzymuje, że wszystkie procedury wykorzystywane przez tę
metodę diagnozowania i leczenia niepłodności są dostępne w publicznych
placówkach i w pełni refundowane. – To fikcja – oburzają się pacjenci. Publiczne
placówki nie są przygotowane do spełnienia wymagań tej nowoczesnej metody, która
jest szansą na wyleczenie z niepłodności, a nie omijaniem tego problemu, jak to
się dzieje w przypadku in vitro.

– Gdy rząd chce wprowadzić refundację in vitro, zastanawiam się, dlaczego, choć
jesteśmy ubezpieczeni, musimy płacić nie tylko za badania i porady, ale nawet za
lekarstwa, które tylko teoretycznie są refundowane przez NFZ – irytuje się pan
Adam z okolic Warszawy. Wraz z żoną od 9 lat bezskutecznie starają się o
potomstwo. Ponad rok temu podjęli aktywne leczenie u specjalisty z dziedziny
naprotechnologii (NPT).
Pan Adam podaje przykład leku o nazwie Pregnyl, który zażywa jego żona. Środek
teoretycznie jest refundowany. – Tyle że nie można go kupić z refundacją.
Owszem, jest dostępny w sprzedaży, ale po cenie rynkowej – zaznacza.

Co ministerstwo wie o naprotechnologii?
Co na to władze? Formalnie wszystko jest w porządku. Ministerstwo Zdrowia
zapewnia, że wszystkie procedury medyczne związane z naprotechnologią są znane w
Polsce od lat i całkowicie dostępne.
"Określenie naprotechnologia obejmuje szereg procedur medycznych służących do
diagnozowania stanu endokrynologiczno-ginekologicznego kobiety" – pouczył nas
rzecznik Ministerstwa Zdrowia Piotr Olechno w odpowiedzi na nasze pytania
dotyczące możliwości refundacji naprotechnologii przez NFZ. Pan rzecznik napisał
również, że "w naprotechnologii stosuje się takie procedury medyczne, jak:
badanie przedmiotowe, badania hormonalne, badanie nasienia, diagnostyczną
laparoskopię, hysterosalpingografię (HSG), ultrasonograficzną ocenę
jajeczkowania". Ministerstwo Zdrowia twierdzi, że "wszystkie wymienione metody i
techniki są znane i stosowane w Polsce od wielu lat w leczeniu przewlekłych
chorób ginekologicznych".
– Pan rzecznik zabiera głos w sprawie, w której – jak widać – jego wiedza jest
mała – komentuje prof. Bogdan Chazan, dyrektor Szpitala
Ginekologiczno-Położniczego im. Świętej Rodziny w Warszawie, przewodniczący Rady
MaterCare International i członek Rządowej Rady Ludnościowej. Wybitny
specjalista zwraca uwagę, że określenie "naprotechnologia" obejmuje dokładnie
określony system, a jednocześnie sposób podejścia do problemu niektórych chorób
ginekologicznych, ze szczególnym uwzględnieniem niepłodności. Naprotechnologia
dotyczy edukacji prozdrowotnej, opartej na najnowszej technologii medycznej,
diagnostyki i leczenia, a nie tylko "szeregu procedur".
– Poza tym, pierwszym etapem naprotechnologii jest badanie podmiotowe – ocena
przedlekarska oparta na informacjach na temat cyklu miesiączkowego i jego
analizie, a lekarskie badanie przedmiotowe, o którym pisze pan rzecznik, ma
miejsce później – podkreśla prof. Chazan. Zaznacza również, iż nie jest prawdą,
że metoda ta służy tylko do diagnozowania niepłodności. – Jest wykorzystywana
także do leczenia schorzeń, w tym niepłodności – zauważa specjalista.
Dyrektor szpitala im. Świętej Rodziny zwraca też uwagę, że nieścisłe jest
stwierdzenie rzecznika MZ, że wszystkie techniki medyczne wykorzystywane przez
naprotechnologię są znane i stosowane od lat. – Na przykład postępowanie
przeciwzrostowe po operacjach ginekologicznych jest znane i stosowane dopiero od
niedawna, podobnie technika laserowa służąca leczeniu endometriozy została
wprowadzona w ostatnim czasie. Poza tym stosując nawet znane wcześniej zabiegi,
w naprotechnologii robi się to w nieco inny sposób – podsumowuje prof. Chazan.

"NFZ płaci", czyli nie płaci
W podobny sposób specjaliści komentują zapewnienie Ministerstwa Zdrowia, że
procedury wchodzące w skład naprotechnologii są finansowane przez NFZ.
W przesłanym nam stanowisku rzecznik MZ Piotr Olechno napisał m.in.: "Opierając
się na stanowisku Dyrektora Agencji Oceny Technologii Medycznych informuję, iż
wszystkie procedury medyczne definiowane w naprotechnologii są w Polsce dostępne
dla kobiet w ramach Jednorodnych Grup Pacjentów. Procedury te są finansowane ze
środków publicznych, zgodnie z przepisami ustawy z dnia 27 sierpnia 2004 r. o
świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych (DzU z 2008
r. nr 164, poz. 1027)".
Takie stanowisko, delikatnie rzecz ujmując, irytuje zarówno polskich
specjalistów, wprowadzających w naszym kraju – mimo braku wsparcia ze strony
władz – nowoczesną metodę diagnozowania i leczenia niepłodności, jak i samych
pacjentów.

Biegać albo płacić…
Pan Adam spod Warszawy tłumaczenia MZ przyjmuje z nieukrywanym śmiechem. Zwraca
uwagę, że gdyby chcieli z żoną skorzystać z refundowanych przez NFZ procedur
wykorzystywanych w naprotechnologii, musieliby ciągle biegać za lekarzami i
prosić o skierowania na wykonanie potrzebnych badań. A to jest po prostu
nieefektywne. Metoda naprotechnologii przynosi bowiem efekty, jeśli badania
wykonuje się w ściśle określonym dniu. – Tymczasem przeprowadzenie badań w
publicznej placówce w dokładnie zaplanowanym terminie jest niezwykle trudne! –
zauważa.
Pacjenci zwracają również uwagę na niezrozumienie i nikłą wiedzę o nowych
metodach diagnostyki i leczenia niepłodności nawet wśród specjalistów. – To moja
żona musiała tłumaczyć ginekologom, dlaczego chce takie, a nie inne badania, i
czym jest naprotechnologia. Z drugiej strony trudno jest znaleźć lekarza, który
będzie trafnie odczytywał wyniki badań. Dopiero gdy zawieźliśmy je do
prowadzącego nas lekarza, specjalisty NPT, przedstawił diagnozę istotną z punktu
widzenia tej metody – wyjaśnia pan Adam.
Jeszcze inny przykład podaje pani Dorota. Wraz z mężem od ponad dwóch lat
korzystają z porad specjalisty NPT. – Podczas niektórych cykli należy np.
wykonać monitorowanie owulacji [za pomocą USG – przyp. red.]. Mało który lekarz
zgadza się wypisać na to skierowanie, dlatego musimy korzystać z prywatnych
badań – opowiada pani Dorota. Bardzo pomocne w takiej sytuacji są dodatkowe
ubezpieczenia zdrowotne – niektóre firmy wykupują je swoim pracownikom.
Niestety, nie wszyscy mają takie ubezpieczenia.
– Ktoś, kto zarabia na poziomie średniej krajowej, nie jest w stanie sfinansować
wszystkich badań przeprowadzanych w prywatnych ośrodkach – podsumowuje pani
Dorota. W tej sytuacji pacjentom, którzy na własnej skórze doświadczyli iluzji
"dostępności procedur stosowanych w naprotechnologii", zostają albo prywatne
kliniki, gdzie można odpowiednie badania wykonać we właściwym czasie, albo
bieganie za lekarzami w celu otrzymania skierowania, licząc się z tym, że może
się to nie udać, a wówczas znacznie wydłuża się czas leczenia.

Jak to z płaceniem przez NFZ bywa…
Lekarze zajmujący się naprotechnologią zwracają z kolei uwagę, że fikcją są
także świadczone w publicznych placówkach zabiegi wykorzystywane przez tę
metodę, i to wcale nie z winy publicznych placówek.
– Procedury wchodzące w skład naprotechnologii nie są finansowane ze środków
publicznych, ponieważ koszty tych zabiegów, np. usunięcia ognisk endometriozy za
pomocą lasera i z zastosowaniem materiałów zapobiegających zrostom
pooperacyjnym, przewyższają środki, jakie NFZ przekazuje na wykonywanie prostej
operacji laparoskopii diagnostycznej lub leczniczej – wyjaśnia prof. Bogdan
Chazan. Co to oznacza w praktyce? – Gdybyśmy w publicznej placówce służby
zdrowia zastosowali całość procedur wchodzących w skład naprotechnologii,
placówka ta musiałaby do tego dopłacać, ponieważ NFZ nie refunduje ich
stosowania – tłumaczy prof. Chazan zawiłości metod finansowania procedur
medycznych przez NFZ.
Problem pogłębiają przepisy zakazujące pacjentom współfinansowania zabiegów
medycznych, z których korzystają. – NFZ nie zgadza się na współfinansowanie
przez pacjentkę pozostałych procedur finansowanych przez Fundusz [choć
niewystarczająco – przyp. red.], nierefundowanych przez NFZ – przyznaje prof.
Chazan. To zaś oznacza, że w praktyce publiczne placówki nie są w stanie wykonać
bez strat finansowych pełnych procedur naprotechnologii operacyjnej, a
jednocześnie przepisy zabraniają pacjentom dopłacać do nich.
Efektem tego jest sytuacja, że z pełnej procedury pacjenci mogliby skorzystać
tylko w prywatnych placówkach, ale wówczas oczywiście… poniosą jej pełny koszt
z własnej kieszeni. A choć koszty tej procedury są dużo niższe niż in vitro, to
jednak stanowią poważne obciążenie domowego budżetu.
Jeden z lekarzy zajmujący się naprotechnologią (nie chcąc ujawniać personaliów)
wskazuje, że problem finansowania tej metody jest przykładem tego, jak chory
jest cały system finansowania procedur medycznych w Polsce. Ekspert zwraca
uwagę, że odpowiednia organizacja finansowania procedur medycznych byłaby nie
tylko znacznie korzystniejsza dla pacjenta, ale także dla państwa. Obecny system
gwarantuje bowiem pacjentom tylko podstawowe procedury. – Prowadzi to do
sytuacji, że aby pokryć całość wydatków np. na skuteczną terapię z
wykorzystaniem mikrochirurgii dla pacjentki cierpiącej na niepłodność, szpital
musiałby ją kilkakrotnie przyjmować na oddział, pacjent musiałby kilkakrotnie
brać zwolnienia, ZUS kilkakrotnie za to płacić, a rozciągnięta w czasie terapia
będzie znacznie mniej skuteczna – tłumaczy specjalista. – A przecież można
byłoby umożliwić sfinansowanie pełnej procedury. Wówczas pacjent raz brałby
zwolnienie, szpital wykonywałby jedną większą operację, płaciłby jednej ekipie
personelu medycznego i byłby w stanie zastosować metody zwiększające
skuteczność, np. wykorzystywać środki zapobiegające występowaniu zrostów
pooperacyjnych – wylicza specjalista.

Refundacja tylko dla zwolenników in vitro?
Problem refundowania naprotechnologii staje się coraz bardziej palący. Jak
zwracają uwagę eksperci, już obecnie, wraz z rozwojem rynku in vitro, coraz
mniej lekarzy decyduje się na pogłębianie swojej wiedzy nawet w dziedzinie
tradycyjnych, ale ciągle stosowanych na całym świecie metod leczenia
niepłodności, ponieważ zabiegi tzw. wspomaganego rozrodu są po prostu bardziej
dochodowe.
Tymczasem obecna koalicja rządząca zamierza przeforsować w Sejmie ustawę
przewidującą m.in. refundację in vitro. Eksperci nie mają wątpliwości, że to
spowoduje dalsze pogłębienie procesu odchodzenia od procedur leczenia
niepłodności na rzecz technik sztucznego zapłodnienia, które sprowadzają się do
wyręczania naturalnych sposobów płodności w procesie prokreacji.
– Na problem należałoby też spojrzeć z punktu widzenia równego dostępu do
zdrowia. Ministerstwo Zdrowia i NFZ są na pewno zainteresowane tym, żeby każdy
obywatel i obywatelka mieli zapewniony równy dostęp do opieki zdrowotnej –
zwraca uwagę prof. Zbigniew Chazan. Jeśli wspomniana ustawa zostanie
przeforsowana, to państwo sfinansuje wykorzystywanie metod sztucznego rozrodu,
które akceptuje tylko część pacjentów. – Ale niemała część, która ich nie
akceptuje, nie będzie miała dostępu do procedur, które w dodatku są nastawione
na leczenie schorzeń będących przyczyną niepłodności. Byłoby to głęboko
niesprawiedliwe – zauważa dyrektor szpitala im. Świętej Rodziny w Warszawie.
 

Mariusz Bober

drukuj