Spierajmy się, ale o Polskę
być narodowa zgoda. Temu kryterium nie sprostałby prawdopodobnie
żaden naród na świecie. W dodatku kwestie sporne mogą wprawdzie
dzielić naród na zwalczające się obozy, ale jednocześnie konsolidują
ludzi wewnątrz samych tych obozów. Granicą, poza którą nie wolno w
sporze politycznym wykraczać, jest polska racja stanu.
Pisanie o wspólnocie narodowej w sytuacji, gdy powszechne jest
poczucie dotykającej ją anomii, nieomal doświadczanie jej rozpadu,
jest nieco ryzykowne, wywiera bowiem presję skłaniającą do poddania
się intuicyjnym odczuciom i wstąpienia w szeregi rozczarowanych
takim stanem rzeczy. Bolesne przeżywanie konkretnej sytuacji
politycznej powoduje uleganie tendencji ekstrapolacji doraźnej
diagnozy na całość wspólnotowego doświadczenia.
Paradoksalnie może być to jednak wcale niezły moment po pierwsze na
wyłamanie się po trosze z chóru "narzekaczy" na kryzys
wspólnotowości, po drugie zaś na analizę konkretnych działań i
postaw, które bądź owo poczucie wspólnoty wzmacniają, bądź też
stanowią dla niego zagrożenie.
Na początek wypada zauważyć, że wspólnota narodowa po prostu jest –
niezależnie od tego, jak silnie się z nią identyfikujemy i jak mocne
jest nasze własne odczuwanie narodowej tożsamości. Chcemy czy nie,
pozostajemy jej częścią, jako jej część jesteśmy traktowani, i z
pewnością stawilibyśmy opór, gdyby próbowano nas z niej wykluczyć.
Oczywiście tak jak w wypadku innych wspólnot naturalnych (rodziny,
Kościoła) można aktem woli zerwać istniejącą więź, można ulec –
zwłaszcza w warunkach emigracyjnych – wynarodowieniu. Jednak zawsze
będzie to czymś nienaturalnym, odejściem od pewnej normy. Bo nawet
jeśli znajdziemy dobre uzasadnienie odejścia od Kościoła czy
porzucenia rodziny lub Ojczyzny, zawsze kryje się w tym jakieś
napięcie, jakiś ślad wewnętrznego dylematu.
Tak rozumianej przynależności do wspólnoty narodowej nie
zakwestionują ani nie wygaszą żadne – choćby najbardziej zaognione –
spory. A utyskiwanie na rozpad narodowej więzi wynika po trosze z
utożsamiania jej braku z brakiem jednomyślności, z brakiem wspólnoty
poglądów. A naród wcale nie musi być jednomyślny, nie musi wyznawać
tych samych racji – ba, nie musi nawet akceptować tej samej wizji
ładu społecznego.
Może bez konfliktu nie doświadczalibyśmy poczucia obcości wobec
tych, którzy są z nami w sporze, ale nie zyskiwalibyśmy także jakże
miłego poczucia, że jest wielu ludzi myślących podobnie jak my.
Nawet jeśli rzeczywistą identyfikację i prawdziwą patriotyczną więź
narodową przypisujemy tylko jednej ze stron sporu, to właśnie dzięki
konfliktowi owa więź ulega zintensyfikowaniu i przybiera charakter
świadomego akcesu. Dlatego też fakt, że nie da się w danej chwili
wykreować jakiegoś "frontu jedności narodowej", nie stanowi
rzeczywistego zagrożenia dla wspólnotowości. Nie można też
wykluczyć, że nawet wrogie obozy w obliczu próby zdałyby sobie
sprawę, jak wiele je mimo wszystko łączy. Bo znakomita większość z
nas nie tylko myśli o sobie jako o członku swojego Narodu, ale też
odczuwa zadowolenie z tej, a nie innej narodowej przynależności. W
końcu iluż z nas bez wahania podpisałoby się pod stwierdzeniem
"Fajnie byłoby nie być Polakiem"?
Niezgoda na wasalizację
Byłabym daleka jednak od bagatelizowania toczących się w Polsce
sporów – nie dlatego, że widzę w nich zalążek likwidacji narodowej
tożsamości, lecz z tego powodu, że ich eskalacja skutkować może
osiągnięciem takiego poziomu emocji, w którym nie tyle zatracimy
poczucie wspólnoty z naszymi rodakami, ile stracimy z oczu polską
rację stanu. Bo tym, co w najgłębszym wymiarze i nieodwołalnie
powinno nas łączyć, jest właśnie wierność polskiej racji stanu,
wspólna niezgoda na to, co szkodzi i zagraża Ojczyźnie.
Szanuję ludzkie prawo do emocji, w tym do ulegania politycznym
idiosynkrazjom – sama nie jestem od nich wolna. Żadne racjonalne
argumenty nie przekonałyby mnie na przykład do zagłosowania na
Jerzego Urbana. (Obietnica obniżenia podatków? Dziękuję, wolę płacić
wyższe, byle bez niego). Dlatego też potrafię zrozumieć ludzi,
którzy za żadne skarby świata nie wybraliby braci Kaczyńskich,
cokolwiek dobrego miałoby z ich rządów wyniknąć. Czy jednak jest
coś, co mogłoby pokonać moją niechęć do znienawidzonego polityka?
Ano chyba tylko przekonanie, że polityk, którego nie lubię,
pozostawi Polskę Polską, a jego polityczny konkurent gotów jest ją
zwasalizować, narazić na szwank jej suwerenność. I to chyba jest
granica, poza którą nie wolno w sporze politycznym, i każdym innym,
wykraczać.
Należy więc w sytuacji konfliktu zadać sobie pytanie, na ile poważne
zagrożenie niesie on w sobie dla Polski. Przy tak sformułowanym
problemie nie postrzegam więc konfliktu o krzyż przed Pałacem
Namiestnikowskim jako szczególnie niebezpiecznego dla sprawy
narodowej, a jeśli już, to nie w tym sensie, że podzielił polskie
społeczeństwo, lecz raczej że zogniskował na sobie uwagę należną
innym kwestiom. To, czy krzyż na Krakowskim Przedmieściu będzie stał
czy nie, ma ważki wymiar symboliczny, ale na dobro Polski przekłada
się jedynie pośrednio. Gdyby np. miał triumfalnie powrócić na
miejsce w którejś kolejnej kadencji, jego tymczasowa nieobecność nie
okazałaby się w dłuższej perspektywie szkodliwa.
Ale z decyzjami podejmowanymi w jego cieniu może już być inaczej, a
ewentualne głosy sprzeciwu wobec nich mogą utonąć w medialnej
wrzawie wywołanej tym konkretnym sporem.
Prowokatorzy i prowokowani
Kryje się tu też kolejne niebezpieczeństwo: tak wysoki poziom emocji
sprawia, że łatwo jest udzielać społecznego mandatu ludziom, którzy
przyjmują w sporze postawę podobną do naszej. Ponieważ zgadzamy się
z nimi w jednej kwestii, udzielamy im poparcia również w sprawach, w
których w normalnych warunkach naszej zgody by nie było.
Takie zjawisko otwiera pole ku niebezpiecznej politycznej
manipulacji, zawsze bowiem można wywołać konflikt zdolny zaślepić
nas na tyle, byśmy stracili zdrowy rozsądek i trzeźwą ocenę tego, co
jest właściwe i dobre. Łatwo można sobie np. wyobrazić wywołanie w
celowo dobranym momencie kolejnej "wojny krzyżowej". Krzyży mamy w
końcu dużo, cóż więc stoi na przeszkodzie podnieść rękę na przykład
na któryś z krzyży papieskich? Zawsze można powiedzieć, że spełnił
już swoją rolę, swoje odstał i czas go usunąć. I natychmiast pojawią
się ludzie gotowi go bronić, a rozpętany i nagłośniony medialnie
spór, w którym każdy Polak poczuje się w obowiązku zająć jakieś
stanowisko, pozwoli w cieniu toczącej się walki i dzięki
zgromadzonemu poprzez nią poparciu przeprowadzić kontrowersyjne
działania.
Należy więc poważnie przemyśleć sposób reakcji na tego typu
prowokacje i unikać działania pod dyktando prowokatorów – ani przez
chwilę nie tracąc przy tym z oczu, kto tu jest prowokatorem, a kto
prowokowanym. Jeśli więc z konfliktu, którego świadkami byliśmy
przez wiele tygodni, ma wyniknąć coś pozytywnego, powinny być tym:
rzetelna analiza dynamiki toczącego się sporu, prześledzenie
społecznych reakcji i wypracowanie na przyszłość metod reagowania,
które nie będą grozić roztrwonieniem politycznego kapitału i pozwolą
podjąć walkę w taki sposób, by jej odium spadło na prowokatorów.
Magdalena Merta
