Wierzę, że poznamy prawdę

Z mec. Małgorzatą Wassermann, córką śp. posła Zbigniewa Wassermanna,
tragicznie zmarłego 10 kwietnia 2010 r. w katastrofie rządowego samolotu Tu-154M
pod Smoleńskiem, rozmawia Mariusz Bober

Mija pół roku od tragicznego 10 kwietnia, kiedy straciła Pani Ojca. Czy
rzeczywiście czas leczy rany?

– Radzę sobie jak każda osoba, która straciła w katastrofie kogoś bliskiego, kto
był częścią jej życia. Przez cały ten czas przeżywam wielki żal, ból. Przerywają
to chwile, gdy wracając do pracy na jakiś czas, odrywam myśli od wspomnień
tamtych dni. Ale to tylko na krótko, bo oprócz pracy są poranki i wieczory w
domu, gdy wszystko wraca…

Jak radzi sobie Pani rodzina?
– Staramy się nie wypowiadać pewnych słów, np. nie mówimy, że Tata już do nas
nie wróci, bo to od razu wywołuje wielki żal… Bardzo wiele dało nam
uczestnictwo we Mszach Świętych za duszę Ojca. Przy tej okazji zastanawiam się,
dzięki czemu nie straciłyśmy wiary. Gdy rozmawiałam z wieloma rodzinami, które w
sposób tragiczny straciły swoich bliskich, stawiały często nawet takie pytania:
dlaczego Pan Bóg zabrał właśnie bliską im osobę, dlaczego pozwolił zginąć akurat
tym, którzy byli dobrzy dla swoich rodzin, którzy dawali innym dobro? My też
zadawałyśmy takie pytania, ale bez jakiegoś zacietrzewienia, bez żalu wobec
Boga. Gdyby nie wiara, modlitwa, ludzie, którzy nas wspierają, byłoby nam dużo
trudniej… Moja mama mówi, że Bóg daje każdemu czas właściwy dla niego, aby go
właściwie wykorzystał, a i tak wszyscy kiedyś się spotkamy…

Sposób wyjaśniania okoliczności katastrofy raczej nie przyczynia się do
łagodzenia bólu…

– Wszyscy eksperci, z którymi rozmawiam: prawnicy, prokuratorzy, sędziowie, nie
mogą uwierzyć, że w tak skandaliczny sposób można zaniedbywać zabezpieczenie
dowodów w śledztwie, i to w sprawie tak ważnej katastrofy. Przykładem jest
sposób zabezpieczenia, a właściwie jego zaniechanie, wraku samolotu, choć nawet
trudno nazwać go wrakiem, bo zostały z niego praktycznie szczątki. Sytuacja, w
której miejsce katastrofy nie zostało zabezpieczone, i niemal zaraz po niej
mogli tam chodzić postronni ludzie, którzy znajdowali różne ważne fragmenty
tupolewa, to skandal. Sześć miesięcy po tragedii znajdowane są istotne szczątki
samolotu, a nawet kawałki ciał ofiar. Jednocześnie nie wiadomo, co stało się z
tak istotnym fragmentem samolotu, jak kokpit, choć są zeznania jednego ze
świadków, który mówił, że go widział.

Widziała Pani film z "przeniesienia" szczątków tupolewa?
– Kodeks karny nazywa to utrudnianiem postępowania karnego. Przecieź wrak
samolotu jest jednym z kluczowych dowodów w sprawie, więc jego uszkadzanie,
jeśli nie służy ochronie życia ludzkiego, jest mataczeniem.

Niektóre rodziny ofiar katastrofy składają wnioski o przeprowadzenie
ekshumacji, bo nie są pewne, czy w trumnach pochowano ich bliskich. Pani nie ma
wątpliwości?

– Niestety, mam. Nasza prokuratura nie posiada nawet dokumentów z sekcji zwłok.
Dlatego mam wątpliwości, czy sekcje naprawdę były przeprowadzane, może z
wyjątkiem sekcji zwłok prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Zwracam uwagę, że w aktach
zgonu wydawanych przez władze rosyjskie znajduje się rubryka na wpisanie danych,
na podstawie których stwierdzono zgon, i ta rubryka "sekcja" jest pusta. Wiem
też, że polscy prokuratorzy wcale nie uczestniczyli w przeprowadzaniu sekcji
zwłok pozostałych członków polskiej delegacji.

Wskazuje to zatem na skandaliczne zaniedbania polskich władz?
– Taka jest moja ocena. Widać to było bardzo wyraźnie, gdy obserwowaliśmy
niedawny wypadek polskiego autokaru w Niemczech. Proszę zwrócić uwagę, że akcja
ratunkowa została błyskawicznie przeprowadzona, z udziałem wojska, policji,
służb ratunkowych. W tym wypadku bardzo fachowo sobie poradzono. I bardzo
dobrze! Tak powinna wyglądać reakcja władz. Tylko dlaczego całkiem inaczej
potraktowano katastrofę w Smoleńsku? Przecież nie mamy nawet pewności, czy do
ofiar wysłano karetki pogotowia. Nie zabezpieczono właściwie miejsca katastrofy,
a nie mamy informacji, jaki był udział Polaków w akcji ratunkowej i
zabezpieczaniu terenu. Wiemy tylko, że na miejscu byli polscy prokuratorzy, ale
nie wiemy, co tam robili.

Była Pani w Moskwie, aby dokonać identyfikacji ciała Ojca. Widziała Pani, jak
funkcjonowały zarówno służby rosyjskie, jak i polskie…

– Tak, ale nie identyfikowałam Taty. Nie byłam w stanie. Dokonali tego brat i
bratowa. Gdy moi bliscy poszli do pomieszczenia, w którym złożono ciała,
usłyszałam krzyk jakiegoś urzędnika: "Chcę widzieć córkę Wassermanna". Nie
poszłam tam jednak. Mimo to podsunięto mi do podpisu oświadczenie o
identyfikacji ciała Ojca. Także tamte doświadczenia pokazały, jak
nieprofesjonalnie była przeprowadzona nawet identyfikacja ciał. Władze Polski,
przygotowując wyjazd, nie pomyślały np. o tym, by uprzedzić rodziny, aby zabrały
ze sobą zdjęcia bliskich. Byłyby one bardzo przydatne przed identyfikacją, bo
potrzebna była znajomość szczegółowych danych o naszych bliskich. Rosjanie
najpierw pytali o różne szczegóły dotyczące naszych bliskich, aby łatwiej
zidentyfikować ciała. Choć wydawałoby się, że wiedzieliśmy o naszych bliskich
wszystko, to w takiej sytuacji, pod wpływem przeżyć, wiele rodzin nie było w
stanie przypomnieć sobie nawet wcześniej oczywistych rzeczy. Ja nie pamiętałam
nawet tego, jaki kolor oczu miał Tata. Pytano mnie także, jaki kolor miała
tarcza zegarka, który nosił na ręku. Dzięki takim szczegółom łatwiej było
dokonać identyfikacji, bo wiele ciał ofiar było rozczłonkowanych… Gdybyśmy
natomiast zabrali ze sobą zdjęcia, znacznie ułatwiłoby to rozpoznanie naszych
bliskich. Władze Polski wykazały się kompletną nieudolnością od pierwszych chwil
po katastrofie, i stan ten trwa aż do dziś.

Co dziś razi Panią w sposobie prowadzenia śledztwa?
– Oniemiałam jako prawnik, tak jak wielu moich kolegów, gdy usłyszałam, że na
miejsce katastrofy mają lecieć archeolodzy, a nie specjaliści. Proszę zwrócić
uwagę, że przez ten czas przyzwyczajono nas do takich absurdów i dziś nie pytamy
nawet, dlaczego terenu katastrofy dokładnie nie przebadali eksperci, i to już w
dniu katastrofy. Dziś zastanawiamy się natomiast, kiedy wreszcie polecą tam
archeolodzy! Być może działa tu stary chwyt propagandowy, że jeśli sto razy
powtarza się absurd, to uznajemy go za normę. To, co dzieje się z tym śledztwem,
to jakiś wielki absurd! Żadne śledztwo nie powinno być prowadzone w taki sposób,
a co dopiero śledztwo w sprawie katastrofy samolotu z prezydentem, dowództwem
armii i wybitnymi osobistościami na pokładzie, i to na terenie obcego kraju!

Czy rosyjskie służby przepytywały Panią ze spraw niekoniecznie związanych z
wyjaśnieniem katastrofy?

– Najpierw chciałabym podkreślić, że rodziny ofiar pojechały do Moskwy nie po
to, by pomagać w wyjaśnianiu śledztwa, ale w celu identyfikacji swoich bliskich,
którzy zginęli w katastrofie. Tymczasem moje przesłuchanie rozpoczęło się po
przeprowadzeniu identyfikacji Taty… Jeśli zaś chodzi o pytania Rosjan, to one
i tak nie miały związku z wyjaśnianiem przyczyn tej tragedii. Mało tego, mogłyby
wydawać się one nielogiczne, ale nie sądzę, by funkcjonariusze rosyjskich służb
zachowywali się nielogicznie. Być może sami nie rozumieli, co się naprawdę
stało. Jeśli bowiem funkcjonariusz pyta mnie, kiedy dokładnie Tato wraz z innymi
członkami delegacji przekroczył rosyjską granicę, to chyba zakłada, że może być
inna wersja niż ta, że zaledwie kilkanaście godzin wcześniej rozbił się polski
samolot…

W tych przesłuchaniach uczestniczyli przedstawiciele władz Polski?
– Przynajmniej mi nikt nie towarzyszył. Władze pozostawiły nas samym sobie.
Rosjanie mogli z nami robić wszystko. Nikt ze strony polskich władz nie był w
stanie zapanować nad tym, co się tam działo.

Tymczasem władze Polski zapewniały, że zagwarantowały opiekę rodzinom ofiar,
a w razie jakichkolwiek trudności w prowadzeniu śledztwa przez Rosjan będą
interweniować w Moskwie…

– To zadziwiająca rzecz, że po sześciu miesiącach wciąż słyszymy ze strony władz
Polski obietnice, że podejmą interwencję, aby przyspieszyć uzyskanie przez naszą
prokuraturę jakichś ważnych dokumentów od Rosjan. A przecież takie interwencje
powinny nastąpić już w pierwszych dniach po katastrofie, tym bardziej że polski
rząd od pierwszych chwil zapewniał, iż robi absolutnie wszystko, co jest w jego
mocy, aby wyjaśnić przyczyny tej tragedii.

Wierzy Pani, że mimo tak wielu zaniedbań uda się dotrzeć do prawdy?
– Choć tak wiele dowodów zostało utraconych, tak wiele śladów zatarto, pozostało
ich jednak wystarczająco dużo, więc wierzę, że prędzej czy później dowiemy się,
co się rzeczywiście stało 10 kwietnia w Smoleńsku. Dziś widzę, że tę prawdę będą
usiłowali zacierać tzw. eksperci, którzy będą ogłaszać, że niepasująca do ich
poglądów wersja wydarzeń jest niemożliwa itd. Dlatego w tym dociekaniu prawdy
bardzo ważna jest rola mediów. Gdybyśmy bowiem nie mieli możliwości
przekazywania swoich poglądów w mediach, moglibyśmy "mówić do ściany". Nie warto
już apelować do prokuratury i władz, bo one nas w ogóle nie słuchają.

Władze nie tylko nie zapewniły bezpieczeństwa najważniejszym osobom w
państwie, ale nie potrafią też zadbać o wyjaśnienie przyczyn ich śmierci?

– W całym moim życiu nie widziałam jeszcze tak wielkiej słabości, jaką okazało
państwo polskie podczas katastrofy smoleńskiej oraz w trakcie jej wyjaśniania.
Przecież w samolocie, który leciał do Smoleńska, był prezydent i najważniejsi
dowódcy armii, generałowie NATO!

Dziękuję za rozmowę.

drukuj