Dom zbudowany na lęku
Kiedy w 1963 roku Jan XXIII powoływał komisję, która miała zbadać
nauczanie Kościoła dotyczące rodziny, populacji i liczby urodzeń, nie
przypuszczał zapewne, z jak nieprzychylnym odzewem spotka się odrzucenie w 1968
r. tzw. raportu większości członków komisji. Dokument ten, przychylny
zaakceptowaniu antykoncepcji, musiał ustąpić opracowaniu przygotowanemu przez
mniejszość. Jakich argumentów użyły strony? Jak ich słuszność oparła się
upływowi czasu (wyrosły już dwa pokolenia kobiet i mężczyzn stosujących
antykoncepcję)?
Dwa raporty
Większość argumentowała, iż ograniczenie dzietności dzięki tak skutecznej
metodzie jak pigułka hormonalna, ograniczy śmiertelność noworodków, pozwoli
rodzicom cieszyć się współżyciem bez obawy przed niechcianą ciążą oraz
zminimalizuje zjawisko zdrad małżeńskich (miało to wzmocnić rodzinę i zapobiegać
rozpadom związków), wraz z tym także wpłynie na zmniejszenie zakażeń chorobami
wenerycznymi. Miała spaść również liczba aborcji. Dzięki pigułce człowiek miał
uzyskać kontrolę na własną siłą prokreacji, dzięki czemu miał nastąpić dalszy
postęp ludzkości wyrażający się w lepszym poznaniu psychiki, biologii i
seksualności człowieka. Podkreślano jednoczący aspekt współżycia oraz wskazywano
na to, że z natury nie każdy stosunek jest płodny, więc prokreacyjny aspekt
współżycia nie zawsze jest obecny, a tym samym najwyraźniej nie jest
najważniejszy.
Wskazywano także na słabość argumentów z Pisma Świętego – antykoncepcja zostaje
potępiona jedynie w opisie grzechu Onana (Rdz 38, 9) oraz w Księdze Prawa – w
obu przypadkach chodzi o stosunek przerywany.
Paweł VI, jak wiemy, nie przyjął tej argumentacji. Encyklika "Humanae vitae" z
1968 roku wskazuje na antykoncepcję jako na akt wewnętrznie zły.
Jakich argumentów użyła mniejszość? Otóż po pierwsze wskazała na to, że skoro
Bóg stworzył współżycie jako akt, który służy jednocześnie zjednoczeniu i
prokreacji, nie wolno tych dwóch aspektów rozdzielać. Zrodzenie potomstwa także
jednoczy małżonków, a ich wzajemna jedność sprzyja rozwojowi ich już żyjących
dzieci oraz pojawieniu się kolejnych – jest to wewnętrznie połączone. Po drugie
Kościół zawsze potępiał praktyki antykoncepcyjne i zakładanie, że Magisterium
błądziło przez tak wiele wieków, podważa pewność nauczania i neguje prawdę o
nieomylności.
Zrodziły się dwa pokolenia
Po pół wieku od ogłoszenia encykliki społeczna rzeczywistość wykazała bardzo
wyraziście, po czyjej stronie była słuszność. Upowszechnienie metod
antykoncepcyjnych szło i nadal idzie w parze:
– ze wzrostem liczby rozwodów;
– ze wzrostem liczby zdrad małżeńskich (znacznie zwiększyła się liczba
zdradzających kobiet);
– z faktem, iż choroby weneryczne obecnie stały się plagą i główne zagrożenie
nie dotyczy wcale AIDS, lecz kiły, rzeżączki, opryszczki, wirusa HCV;
– ze wzrostem ciąż wśród nieletnich;
– ze zwiększeniem liczby aborcji, szczególnie wśród nieletnich, a jak wykazują
amerykańskie statystyki – 75 proc. aborcji ma miejsce właśnie ze względu na to,
że zawiodła antykoncepcja;
– z opóźnieniem wieku zawierania małżeństw i decyzji o pierwszym dziecku, co z
kolei przekłada się na trudności z poczęciem;
– z rozwojem metody in vitro, która przez swoją pozorną łatwość zastosowania
wyparła z praktyki lekarskiej metody mniej inwazyjne, choć wymagające więcej
czasu;
– z zapaścią demograficzną w krajach i w grupach, w których są one szczególnie
popularne – jak widać zapowiedź zmniejszenia dzietności jak najbardziej się
potwierdziła, ale trudno przypuszczać, że taką właśnie skalę zmniejszenia mieli
na myśli autorzy raportu większości, skoro nawet oni argumentowali, iż nawet
ubezpłodniony stosunek ma ostatecznie służyć skierowaniu pary ku zrodzeniu
potomstwa przez wzmocnienie jej jedności.
Jeśli tej samej próbie poddamy argument mniejszości opierający się na naturze
współżycia, spostrzeżemy, jak prorocze było wskazanie na nierozerwalność obu
aspektów fizycznej realizacji miłości męża i żony. Otóż współżycie pozbawione
aspektu prokreacji utraciło także w dużej mierze wymiar jednoczący (o czym
świadczy chociażby liczba rozwodów), ograniczanie go tylko do aspektu płciowego
sprawiło, że z małżonkami zrównane zostały wszelkiego rodzaju inne sposoby na
uzyskanie satysfakcji seksualnej: seks pozamałżeński, homoseksualny czy
masturbacja. Bo niby dlaczego współżycie dwóch dorosłych mężczyzn ma być czymś
złym, jeśli obie strony tego chcą i jest to dla nich przyjemne? (sic!) Kościół
stoi na stanowisku, iż współżycie homoseksualne jest przeciwne prawu
naturalnemu. Akt płciowy jest pełny, gdy aspekt jedności łączy się z wymiarem
płodności. Jeśli odrzucimy te argumenty, nie mamy żadnego, który mógłby zająć
jego miejsce, i wszelkie formy seksu, łącznie z pedofilią, zoofilią stają się
uprawnione. Wówczas współżycie traktowane jest jak sport, sposób na
zagospodarowanie wolnego czasu, a drugi człowiek jak pewna forma rekreacji,
przedmiot użycia.
Korzenie drzewa, które zrodziło takie owoce
Antykoncepcja rodzi i wzmacnia postawy lękowe wobec nowego życia. Z biegiem lat
decyzja o poczęciu i urodzeniu dzieci staje się coraz trudniejsza, zwłaszcza
jeśli dołączymy do niej statystyki rozwodów. Kobiety boją się, że zostaną same z
dzieckiem/dziećmi, ale ich strach budzi przede wszystkim fakt, że przestaną być
równorzędnymi partnerami dla mężczyzn. Lęk ten mocno zakorzeniony jest w
praktyce postrzegania małżeństwa jako walki, a nie przestrzeni współpracy. Żona
rywalizuje z mężem, zamiast go wspierać. Kontrolując swoją płodność, narzuca
niejako mężczyźnie warunki relacji, a jednocześnie zwalnia go z
odpowiedzialności. Mężczyzna nie musi uczyć się panowania nad swoją
seksualnością: w końcu jest zawsze pigułka, pigułka "po" lub zabieg. Kiedy okres
płodności kobiety dobiega końca (a pigułka hormonalna sprzyja przedwczesnemu
klimakterium), rozpaczliwie usiłuje ona znaleźć ojca dla swojego dziecka.
Współżycie, które pierwotnie służyło jedynie rozładowaniu napięcia, teraz staje
się współżyciem wyłącznie w celu poczęciu potomstwa. Zarówno jedno, jak i drugie
podejście gubi aspekt jednoczący i generuje lęki.
Rzadko wspomina się o tym, że antykoncepcja hormonalna i pozostałe metody
antykoncepcji są wykroczeniem przeciw V przykazaniu nie tylko dlatego, że
zamykają na poczęcie czy niszczą młode życie, ale też z tego powodu, że rujnują
zdrowie kobiety. Często nie tylko fizyczne, ale także psychiczne (jednym ze
skutków ubocznych antykoncepcji hormonalnej może być wystąpienie depresji).
Ponadto przez to, że sprzyjają niewierności, stymulują szerzenie się chorób
wenerycznych.
Małżonkowie gubią również aspekt zawierzenia Bogu: nie rozeznają liczby dzieci –
ustalają ją odgórnie. Jest to odrzucenie realizacji powołania – w Księdze
Rodzaju Bóg wyraźnie powołuje pierwszych małżonków do tworzenia wraz z Nim
świata także przez posiadanie potomstwa. Podczas ślubu małżonkowie przyrzekają
po katolicku przyjąć i wychować dzieci, którymi Bóg zechce ich obdarzyć, obecnie
często w duchu stawiając Bogu granicę: "Ale nie więcej niż…". Często krytykuje
się księży z powodu zaniedbywania przez nich realizacji powołania, tymczasem
sami małżonkowie, odrzucając swoją płodność, zaniedbują jeden z aspektów
powołania, które wybrali. Dotyczy to także tych par, które stosując naturalne
metody planowania rodziny, pozostają psychicznie zamknięte na przyjęcie dzieci.
Pedofobia?
Kilka tygodni temu w "L’Osservatore Romano" ukazał się tekst dr. Carlo
Bellieniego, rzymskiego neonatologa, mówiący o lęku przed dziećmi (pedofobii)
współczesnego społeczeństwa. Dziecko jest "prawem", jest akceptowane tylko pod
określonymi warunkami i wtedy, jeśli spełnia postawione mu wysokie wymagania.
Dzieci rodzą się coraz starszym rodzicom, bo dorośli nie potrafią zgodzić się na
bycie zależnymi, ale kluczem według dr. Bellieniego jest to, że dziecko
uświadamia nam naszą kruchość i zależność. Tak jak osoba upośledzona uświadamia
nam nasz brak doskonałości, jak kiedyś pięknie o tym pisał Jean Vanier,
założyciel Wspólnot "Arka". I dziecko, i niepełnosprawny są słabi, są wołaniem o
miłość. We współczesnej kulturze zaś nie ma miejsca na słabość: jesteś doskonały
albo zostaniesz odrzucony. To także jedno z dalekich ech popularności
antykoncepcji – działania bazującego na strachu. Przed odrzuceniem,
niedoskonałością, zależnością. Coś, co miało pomóc ludziom kontrolować naturę,
samo przejęło kontrolę.
Nic dziwnego, że jeden z żarliwych przeciwników encykliki Pawła VI, kard. Julius
Doepfner, już po ośmiu latach od publikacji dokumentu publicznie przyznał, że
popełnił błąd, występując przeciwko zawartemu w niej nauczaniu, a na pięć dni
przed wypadkiem, w którym zginął, napisał w liście do przyjaciela: "Im dłużej o
tym myślę, tym bardziej jestem przekonany, że pomimo wszystko Papież miał
rację". Oby i pozostałym zwolennikom antykoncepcji nie zabrakło odwagi i pokory
w przyznaniu się do błędu.
Dr Elżbieta Wiater
