Kościół modernizuje Polskę

Z mecenasem Andrzejem Mikoszem, byłym ministrem skarbu, rozmawia Mariusz
Bober

Twierdzi Pan, że Kościół katolicki jest najbardziej promodernizacyjną siłą w
Polsce. Co Pan ma na myśli?

– To była pewnego rodzaju prowokacja intelektualna. Biorąc pod uwagę wyzwania
stojące przed Polską, aby stała się krajem nowoczesnym i mogła budować
gospodarkę opartą na wiedzy, a nie tylko na niskim koszcie siły roboczej,
potrzebne jest wykorzystanie możliwie jak największych zasobów kapitału
społecznego. Inaczej nie będziemy w stanie być konkurencyjni w międzynarodowym
podziale pracy. Jeśli spojrzymy na mapę wyników egzaminów sprawdzających ze
szkół podstawowych i gimnazjów, to okaże się, że pokrywa się ona niemal
całkowicie z mapą religijności w Polsce. W rejonach, gdzie jest wyższy poziom
uczestnictwa w praktykach religijnych, są też lepsze wyniki w nauce. Oczywiście
są pewne wyjątki, jak np. Warszawa, w której notuje się niski poziom
religijności, a jednocześnie dobre wyniki nauczania. Z tym że w tym przypadku
występują niewspółmiernie większe w porównaniu z innymi rejonami kraju nakłady
na edukację, ponoszone zarówno przez rodziców, jak i przez samorządy.

Ale kryterium wyników egzaminów niekoniecznie musi świadczyć o szansach na
przyspieszenie rozwoju kraju…

– Jednak są także inne ciekawe wskaźniki. Na przykład poziom zaangażowania w
życie publiczne i odpowiedzialność za wspólnotę lokalną. Okazuje się, że osoby,
które chętniej biorą udział w praktykach religijnych, ponad dwa razy częściej
uczestniczą w wyborach samorządowych. Jeszcze ciekawiej wygląda statystyka
zaangażowania w inicjatywy społeczne. Tu też średnie zaangażowanie osób
praktykujących częściej niż raz w tygodniu jest znacząco wyższe niż osób
niepraktykujących. Widać, że praktykowanie religii łączy się ze służbą
bliźniemu.

W jaki sposób można wykorzystać ten potencjał wartości i edukacji do
przeprowadzenia najważniejszych reform?

– Mam nadzieję, że Polacy staną się nowoczesnym społeczeństwem. Pojęcie
nowoczesności nie powinno kojarzyć się z prymitywnym wykorzystaniem środków
technicznych, takich jak internet, czy z plagą rozpadania się małżeństw.
Nowoczesne społeczeństwo oznacza, że jest w stanie rozwijać się, wytwarzać dobra
kultury materialnej i niematerialnej na wysokim poziomie. Żadna z instytucji
społecznych w Polsce nie posiada takiego kapitału społecznego jak Kościół
katolicki. Dlatego uważam, że jest on instytucją niosącą największy potencjał
dla modernizacji Polski.

Nowoczesne społeczeństwa zachodnie odchodzą jednak od Kościoła, a nawet od
chrześcijaństwa. Mainstreamowe media w Polsce idą w tym samym kierunku…

– Ale ja nie twierdzę, że media mainstreamowe, jak pan je określił, i ich
przekaz prowadzą do modernizacji Polski. Proszę zauważyć, iż media te wykluczają
wielką część społeczeństwa z udziału w debacie nad przyszłością Polski –
chociażby Czytelników "Naszego Dziennika". Polska powinna realizować model
włączający jak najszersze kręgi społeczeństwa w budowanie jej przyszłości.

Podkreślając rolę Kościoła, wytyka Pan jednocześnie politykom zaniechania w
rozwoju kraju.

– Niestety, od czasów rządu Jerzego Buzka wszystkie kolejne rządy zaniedbywały
reformy państwa. Można oczywiście różnie oceniać ich wyniki – ja również
krytykuję skutki niektórych zmian z tamtego okresu, np. reformy systemu edukacji
publicznej. Jednak żaden następny rząd nie podjął się realizacji jakichkolwiek
działań o charakterze modernizacyjnym.

Jakie reformy są obecnie najbardziej potrzebne Polsce?
– Moim zdaniem, przede wszystkim reforma finansów publicznych, mądra
prywatyzacja, a nie pospieszna wyprzedaż firm w wyłącznym celu zasypania tzw.
dziury budżetowej oraz reforma edukacji. Powstaje też dzisiaj konieczność
udzielenia odpowiedzi na zasadnicze, rzekłbym – egzystencjalne pytanie. Rok 2010
jest pierwszym rokiem w historii Polski po 1945 r., w którym liczba nowo
wchodzących na rynek pracy Polaków jest niższa niż w roku poprzednim. Angielski
tygodnik "The Economist" w swoim corocznym wydawnictwie "Świat w 2010" rozdział
poświęcony Polsce zatytułował "Polacy odchodzą". Żyjemy w obliczu katastrofy
demograficznej. Utrzymanie obecnego stanu, w którym statystycznie na każdą Polkę
przypada 1,38 dziecka, prowadzić będzie do tego, że znikniemy do końca stulecia
jako naród. Co więcej, mimo że przeprowadziliśmy reformę systemu emerytalnego,
ujawniając dług wobec emerytów, który większość państw Unii Europejskiej ukrywa,
system kapitałowy nie uratuje nas przed bankructwem systemu emerytalnego.
Konieczne już teraz jest podwyższenie wieku emerytalnego oraz wprowadzenie
systemu podatkowego, który nakierowany byłby na promowanie postaw
pronatalistycznych w rodzinach średniozamożnych i zamożnych. Jest absolutnie
błędem mieszanie prorodzinnego systemu podatkowego z pomocą społeczną. Państwo
powinno wspierać rodziny, tj. małżeństwa decydujące się na przyjęcie i
wychowanie dzieci. To nieprawda, że dla państwa jest obojętne to, w jaki sposób
układają sobie życie jego obywatele. Pełna rodzina składająca się z rodziców i
dzieci jest lepsza aniżeli dwoje singli czy para homoseksualistów. Lepsza z
punktu widzenia celów wspólnoty politycznej. Zapewnia bowiem jej przetrwanie i
rozwój.
Dlatego też twarde potwierdzenie przez rząd, że model współistnienia wspólnoty
politycznej – państwa, i wspólnoty religijnej – Kościoła, zdefiniowany w
Konstytucji i konkordacie jest przez państwo w pełni afirmowany, jest słuszne
nie tylko z punktu widzenia katolików. Jest to po prostu dobre dla państwa, dla
przyszłości Narodu. Mam wielki żal, że Rzeczpospolita Polska, mimo wezwań ze
strony wielu autorytetów, w tym polityków partii rządzącej, jak na przykład
europosła Platformy Dariusza Lipińskiego, nie wsparła Włoch w sprawie dotyczącej
obecności krzyża w szkołach publicznych.

Dlaczego znowu chce Pan reformować edukację?
– Należy zmienić kierunek przeprowadzonych ostatnio w Polsce zmian w tej
dziedzinie. Obecnie w szkołach podstawowych, gimnazjach i liceach nabywa się
umiejętności. Tymczasem w tym okresie powinno się zdobywać wiedzę. Na nabycie
umiejętności jest czas na studiach albo nawet w okresie wchodzenia na rynek
pracy, na różnego rodzaju kursach czy w ramach tzw. kształcenia ustawicznego.
Aby następne pokolenia Polaków były w stanie konkurować z innymi społeczeństwami
w świecie, w których wiedza będzie kluczem do dobrobytu, konieczne jest, aby ze
szkół średnich wychodzili światli obywatele posiadający pewne kwantum wiedzy,
która pozwoli nabywać im w przyszłości różne umiejętności i pogłębiać na
studiach czy w ramach kształcenia ustawicznego nabytą w szkołach wiedzę ogólną.
Ktoś, kto przeczytał i zrozumiał "Fausta" Goethego czy potrafi przedstawić i
rozważyć konflikt pomiędzy Antygoną i Kreonem, będzie w stanie nauczyć się w
ciągu piętnastu minut napisać list motywacyjny. Natomiast ten, kto w szkole na
lekcjach uczył się pisać list motywacyjny i życiorys, nie zrozumie już nigdy,
jaka chwila i dlaczego powinna trwać wiecznie i że racje w konflikcie mogą być
równie słuszne, jak i niemożliwe do pogodzenia.

Co jeszcze budzi Pana niepokój w kwestii modernizacji kraju?
– Poważnym problemem jest "warszawocentryczność" Polski. Aby poważnie
uczestniczyć w życiu publicznym, trzeba przebywać w stolicy. Jeszcze lepszym
przykładem jest porównanie wielkości dochodu na mieszkańców Mazowsza. Poziom
dochodów w Warszawie jest na tyle duży, że znacznie przekracza średnią w Unii
Europejskiej, co sprawia, że gdyby województwo mazowieckie było traktowane jako
jedna całość, nie kwalifikowałoby się do uzyskiwania funduszy spójności dla
najbiedniejszych regionów UE. Tymczasem także na Mazowszu można znaleźć gminy
należące do najbiedniejszych w Polsce.

Zwykle za najbardziej typowy przykład zaniedbań podaje się niedorozwój
infrastruktury drogowej…

– Tu również widać zaniedbania polityków. Wystarczy spojrzeć na to, które drogi
budowane są w pierwszej kolejności i w jaki sposób. Najszybciej będzie gotowa
autostrada Berlin – Kijów. Natomiast nadal trudno w cywilizowany sposób dojechać
z Warszawy do Lublina, Białegostoku czy Siedlec, nie wspominając już o
Szczecinie, który jest świetnie komunikacyjnie, gospodarczo i powoli także
kulturowo zintegrowany z Berlinem, ale nie z resztą Polski. W ten sposób
realizowany u nas plan budowy autostrad traktuje Polskę jak korytarz tranzytowy
między Europą Wschodnią i Zachodnią oraz północną i południową częścią naszego
kontynentu. Nie widzę natomiast, aby ten program przyczyniał się do integracji
Polski jako jednolitego organizmu państwowego. Taka polityka była realizowana
bez względu na to, czy władzę sprawowało PiS, czy – tak jak obecnie – PO.
Znamienny jest tu przykład Łodzi. Gdy były już prezydent tego miasta za czasów
rządów PiS wnioskował do władz, a jakże, centralnych, aby droga S8 łącząca
Wrocław i Warszawę biegła bliżej Łodzi, odpowiedziano mu, że jest ona fragmentem
europejskiego korytarza transportowego i nie można zmienić jej przebiegu. To
pokazuje, że politycy wszystkich opcji nie umieją myśleć w kategoriach interesu
narodowego w dłuższej perspektywie. Tymczasem tak właśnie powinien myśleć mąż
stanu.

W Polsce zaniedbujemy budowanie gospodarki opartej na wiedzy. A przecież
takie są priorytety Unii Europejskiej, z której elity polityczne czerpią
wzory…

– Wcale nie uważam, że rolą Polski jest podążanie za wszelkimi aktualnymi
trendami modnymi w Unii. Jeżeli stado baranów biegnie w przepaść albo na
manowce, to w imię czego mam się z nim przemieszczać? Dlatego nie widzę powodów,
abyśmy biegli w tym samym kierunku tylko dlatego, że robią to inne państwa czy
społeczeństwa Unii. Jeżeli rządy krajów Unii zrównują w obowiązkach wobec
państwa pary homoseksualistów z rodzinami, to jest to po prostu niemądre i
kosztowne.

Jaki więc powinniśmy obrać model rozwoju gospodarczego?
– Państwo powinno przede wszystkim stworzyć odpowiedni system podatkowy
promujący rodziny i inwestycje w edukację. Ważne jest przy tym, by władze nie
myliły prorodzinnych podatków z zasiłkami dla ubogich, także rodzin. To są dwie
różne sprawy. Bowiem im więcej dzieci mają rodziny średniozamożne i zamożne, tym
lepiej dla Polski. Władze muszą już teraz myśleć o tym, jak nasz kraj będzie
wyglądał za 20, 30 i 50 lat.

A co teraz można i należy zrobić dla ożywienia naszej gospodarki?
– Pracujący w kancelarii premiera Tuska zespół pod kierownictwem ministra
Michała Boniego opracował niedawno jedną z najlepszych analiz na temat sytuacji
w Polsce sporządzonych w ciągu ostatnich 20 lat, tzn. "Raport Polska 2030". Jest
tam wiele tez, z którymi dyskutowałbym. Jednak jest to dokument głęboko
przemyślany, oparty na dokładnych badaniach i mogący stanowić podstawę do
prowadzenia spójnej polityki. Problemem Polski jest bowiem to, że nawet obecna
liberalna polityka wcale nie jest spójna. Dlatego dziwi mnie, że w raporcie
wymienia się konkretne propozycje zmian polityki państwa, a władze podejmują
działania wprost przeciwne.

Jak Pan to tłumaczy?
– Bo tak jest łatwiej albo taka jest bieżąca potrzeba polityczna.

A może dlatego, że rząd myśli tylko o łataniu dziury budżetowej?
– Zapewne jest w tym dużo racji. Ale przecież to tylko jedna z wielu dziur w
Polsce. Każde takie łatanie polega tylko na przykryciu dziury. Tymczasem czas
pomyśleć o zmianie całego systemu podatkowego.

Niektórzy eksperci oceniają, że to z winy barier utrzymywanych przez władze
warunki prowadzenia działalności gospodarczej w naszym kraju są coraz gorsze…

– Polacy dokonali wielkiego skoku cywilizacyjnego w ciągu ostatnich 20 lat. Nie
lubię czarnej propagandy, która podważa ten wysiłek. Dzięki reformom
gospodarczym ostatniego komunistycznego rządu Rakowskiego i dzięki reformie
Balcerowicza Polska stała się jednym z szybciej rozwijających się społeczeństw w
Europie. Owszem, wiele błędów zostało popełnionych przez te dwadzieścia lat.
Dopuściliśmy, tak – my, bo to my wybieraliśmy tych polityków, do degradacji
społecznej olbrzymich obszarów, w szczególności na terenach, gdzie królowały
PGR-y. Dopuściliśmy do przejęcia monopoli państwowych, takich jak
Telekomunikacja Polska, przez inne monopole, tyle że z innych państw.
Dopuściliśmy do przeprowadzenia w Polsce złego tzw. programu powszechnej
prywatyzacji, a jednocześnie nie przeprowadziliśmy reprywatyzacji. Wiele rzeczy
zrobiliśmy źle. Wiele rzeczy mogliśmy zrobić lepiej. Ale też udało nam się
wiele. W Polsce ponad połowa dochodu narodowego tworzona jest przez prywatnych
przedsiębiorców. Znakomicie zwiększyła się liczba studiujących, a także osób
posiadających wyższe wykształcenie – inną sprawą jest jakość tego wykształcenia.
Udało się nam doprowadzić do tego, że życie dzieci nienarodzonych jest w Polsce
chronione, choć zamiast zakazu in vitro będziemy pewnie mieć ustawę o jego
dopuszczalności. Reforma samorządowa z 1990 r. uruchomiła olbrzymią aktywność
społeczną, która zmieniła polskie miasta i wsie.
Oczywiście jest tak, że Polacy dokonali więcej niż państwo polskie w tym samym
czasie. Co więcej, widać, że przeprowadzenie wielu zmian na początku lat 90. w
sposób bardziej radykalny pozwoliłoby nam uniknąć wielu patologii. Niestety,
jest tak, że władza nie ufa Narodowi. Nie ufa Polakom. Także co do naszej
umiejętności prowadzenia własnego biznesu. Międzynarodowe instytucje badające
jakość prowadzenia biznesu wskazują, że Polska ciągle nie może wybić się na
poziom wolności gospodarczej, którym cieszą się takie państwa jak Szwajcaria czy
nawet socjalistyczna przecież Szwecja. Te bariery, tak naprawdę ograniczające
Polaków, są jednym z głównych źródeł tego, że nie doszliśmy tak daleko, jak
byłoby nas stać.
W Polsce obie największe partie najchętniej tylko mówią o wolności
gospodarowania. Ale każda wolność jest ograniczeniem tego, kto ma władzę. A
czego jak czego, ale władzy partie nie lubią oddawać.

Dziękuję za rozmowę.

Andrzej Mikosz – prawnik i ekspert w dziedzinie praktyki rynków kapitałowych
oraz prawa spółek. Od października 2005 r. do stycznia 2006 r. pełnił funkcję
ministra Skarbu Państwa w rządzie Kazimierza Marcinkiewicza. Obecnie jest
partnerem w międzynarodowej kancelarii K&L Gates. Od 1979 r. związany z
duszpasterstwem młodzieży, a później akademickim prowadzonym w Poznaniu przez o.
Jana Górę OP i z corocznymi spotkaniami młodzieży nad Jeziorem Lednickim.

drukuj