Wybieramy to, co inni opuścili
Starcy zaopatrzeni w pałki walczący z bezpańskimi psami o resztki jedzenia z
amerykańskiej stołówki, bezdomni, umierający z zimna na ulicy. Obserwacja
bezmiaru ludzkiej nędzy w Tbilisi na początku lat 90. przynagliła ks. Witolda
Szulczyńskiego do założenia w Gruzji Caritas, aby nieść tym opuszczonym ludziom
pomoc, choćby najmniejszą. Dziś Caritas prowadzi w Tbilisi stołówkę,
przychodnię, dom dziecka, piekarnię. Ich chleb jest najlepszy w stolicy.
Ksiądz Witold przyjechał do Tbilisi w 1993 roku. Rozpoczęło się dla niego wtedy
nowe, z początku bardzo trudne życie. – Myślałem, że stąd ucieknę. To był jeden
wielki koszmar. Nie było ani wody, ani światła, ani gazu, ani ogrzewania. Nie
mogłem wyjść z nuncjatury, bo dookoła strzelali – wspomina.
Gruzja jest byłą republiką ZSRS, leżącą na Zakaukaziu. Upadek Związku
Sowieckiego przyniósł Gruzinom w 1991 r. niepodległość. Jednak radość z wolności
nie trwała długo, gdyż wkrótce wybuchły konflikty zbrojne, a gospodarka się
załamała. Wojna domowa w Osetii Południowej w latach 1991-1992 doprowadziła do
utraty kontroli władz rosyjskich nad autonomicznymi republikami gruzińskimi –
Abchazją, Osetią Południową i Adżarią. Do Gruzji przybyło wówczas ponad 200 tys.
uchodźców. Po kolejnej wojnie w 2008 r. Osetia Południowa praktycznie
uniezależniła się od Gruzji, wchodząc w orbitę wpływów rosyjskich. Było to
przyczyną ponownego napływu uchodźców. Wojny pogłębiały panujący w kraju chaos.
70 lat zależności od ZSRS całkowicie pozbawiło gospodarkę Gruzji samodzielności.
Po odzyskaniu niepodległości dostawy ropy, gazu, żywności oraz leków z terenów
byłego ZSRS nagle się skończyły. Okazało się, że Gruzja nie jest w stanie
funkcjonować jako niezależne państwo. Pozamykano fabryki, przestały funkcjonować
elektrownie, infrastruktura, służba zdrowia. Zapanował chaos i bieda. Władze
były bezradne.
Ksiądz Witold wraz z tworzącą się Caritas ruszył z pomocą. – Za pracę nie
płaciliśmy ludziom pieniędzmi, bo za pieniądze nie można było niczego kupić.
Dawaliśmy dwa kilo makaronu, trzy konserwy, litr oleju za dzień pracy i to była
najlepsza pensja – tak szef gruzińskiej Caritas wspomina drugą połowę lat 90. –
Szukaliśmy takich kanałów dystrybucji, aby jak najwięcej trafiało do
najuboższych. Otrzymywaliśmy od władz listy od biednych i uchodźców. Rozdaliśmy
10 tys. koców, ubrania, ale przede wszystkim jedzenie – wspomina. Pracownicy
Caritas jeździli po wioskach, gdzie kupowali ziemniaki, buraki, kapustę,
marchew, fasolę, jajka, co się dało. Żywność przywozili do Tbilisi i rozdawali
uchodźcom, którzy uciekali z domów najczęściej tak, jak stali, bez niczego.
Z tego pieca jest chleb
Po ostatniej wojnie z Rosją w 2008 r., w sierpniu, w ciągu kilku dni do Tbilisi
przybyło ponad sto tysięcy ludzi – pieszo, w kapciach, w jednym lekkim ubraniu.
Sierpień to w Gruzji najgorętszy miesiąc. – Koczowali godzinami przed ratuszem.
To był dramat. Byli jak szaleni, jak dzicy – opowiada ks. Witold. Kilka tysięcy
uchodźców zostało umieszczonych w starych, opuszczonych budynkach poszpitalnych,
rozrzuconych na kilku hektarach terenu, w jednej z dzielnic Tbilisi – Isani,
gdzie od 20 lat nie działa kanalizacja, nie ma bieżącej wody, prądu. Ściany
domów są zagrzybione, brudne, w wielu miejscach nie ma nawet tynku. Miejsce
przerażające, jak po jakimś kataklizmie.
W Isani ludzie na nasz widok machają, chcą, abyśmy weszli do środka zobaczyć ich
nędzę. Wnętrza są jeszcze bardziej przygnębiające. Pomieszczenia przypominają
nory – zimne, brudne, często bez szyb w oknach, gdzieniegdzie zatkanych
prowizorycznym kartonem lub szmatą. Wokół budynku, tuż przy ścianach, pod
oknami, góry śmieci i odchodów. Nikt się nie przejmuje wywózką odpadów. Wszystko
jest wyrzucane po prostu przez okno… Jakaś kobieta, wyglądająca na 50 lat,
prowadzi mnie do pomieszczenia, gdzie została ulokowana. Nie ma prądu ani
ogrzewania. W kącie miejsce do spania: zgrzebny barłóg, przykryty brudnymi
kocami i szmatami. Na środku stoi coś na kształt stołu, na nim resztki chleba i
mięsa w puszce. Kobieta pokazuje mi jedną ze ścian, gdzie wisi długi kabel.
Opowiada, że niedawno próbowała się powiesić, cudem ją odratowali. Nie ma żadnej
nadziei na lepsze życie. Straciła swoich bliskich oraz cały dorobek.
Dzięki Caritas Gruzja uchodźcy mają zapewnione przynajmniej minimum wyżywienia.
– Gdy przyjechaliśmy z wodą, z owocami, z chlebem, z jajkami, wszyscy chcieli od
razu jeść. To było jedno z moich najgorszych doświadczeń. Tych najsmutniejszych
– relacjonuje ks. Witold. Pracownicy Caritas nieśli pomoc przez kilkanaście
godzin dziennie. Sprawdzili się. Nikt nie patrzył na zegarek i nikt nie pytał,
czy mu zapłacą. Obecnie w Tbilisi działa stołówka Caritas przygotowująca posiłki
dla 800 osób. Na piętrze jest też świetlica dla dzieci. Rząd w żaden sposób nie
pomaga uchodźcom. Nie mają szans na pracę ani ubezpieczenie zdrowotne. Dostają
ekwiwalent 50 zł miesięcznie, tymczasem litr mleka w sklepie kosztuje 6 złotych.
Caritas przywozi codziennie chleb ze swojej piekarni. – To nie tak prosto
otworzyć piekarnię – opowiada ks. Witold. Najtrudniejszym problemem do pokonania
była i jest w Gruzji mentalność ludzi. Łatwiej jest wybudować budynek czy drogę
niż zmienić wnętrze człowieka, naprawić 70 lat destrukcji, jakiej dokonał system
sowiecki w ludzkich duszach – to jest zadanie dla kilku pokoleń. – Ludzie
pracują po sowiecku, przysłowiowe "czy się stoi, czy się leży"… Trzy lata się
męczyliśmy w piekarni i żadnego dochodu – dodaje. Caritas musiała do
przedsięwzięcia sporo dokładać. W końcu udało się – pojawiły się zyski. –
Głównym celem Caritas w Tbilisi jest dać pracę ludziom; po drugie mieć jakiś
dochód – chociażby na chleb dla biednych; a po trzecie dać możliwość biednej
młodzieży nauczenia się zawodu. Teraz stąd wychodzą profesjonaliści. Jeśli ktoś
dzisiaj w Tbilisi pójdzie do jakiejś piekarni i powie, że tu pracował trzy lata,
to go w ciemno przyjmą. Dostaliśmy certyfikat, że nasz chleb jest najlepszy w
stolicy – z radością oznajmia ks. Szulczyński.
Ja wszystkie te dzieci kocham
Przy piekarni działa też pizzeria – jedzenie i lokalne wino wyśmienite.
Zatrudnia kilka osób. Zdobywa coraz większą popularność. Przyjeżdżają do niej
bogaci Gruzini (bo tacy też są), nawet z odległych części miasta.
Piekarnia i pizzeria zatrudniają m.in. byłych wychowanków domu dziecka,
prowadzonego przez Caritas. Obecnie trzydzieści dwoje dzieci z ulicy mieszka w
domu na stałe, około trzydzieściorga dzieci z bardzo biednych rodzin, często z
marginesu, korzysta z dziennego pobytu w placówce. – Problem sierot czy
opuszczonych dzieci jest w Gruzji olbrzymi. Rodzice, najczęściej bezrobotni,
często pogrążeni w nałogach, wyrzucają dzieci z domu, żeby żebrały lub kradły –
opisuje szef gruzińskiej Caritas. Normalna matka nigdy by na rączkach swojej
córki nie gasiła papierosów. W ośrodku Caritas przebywa Maja – gdy wracała z
domu, na rękach miała takie poparzenia… Ojciec Ani, jak wrócił z więzienia,
zaczął molestować dziewczynkę. Uciekła do dziadka, gdzie było jeszcze gorzej.
Trafiła na ulicę, skąd przywieziono ją do Caritas. Jej ciało było pogryzione,
nie przez psa, przez człowieka… – Każde z tych dzieci, które u nas mieszka, ma
swoją jakąś bardzo smutną historię. Ja wszystkie te dzieci kocham. Znam
tragiczną historię każdego z nich – mówi ks. Witold.
– Kiedy się urodziłem, po 2 latach mama mnie zostawiła. Jakiś czas opiekowała
się mną babcia, potem zostałem na ulicy. Trafiłem do schroniska. Tam były złe
warunki, za drobiazg bili kijem. Traktowali nas jak rzeczy – opowiada jeden z
chłopców. – Moja babcia przychodziła czasami, zabierała mnie na wieś do dziadka,
ale dziadek mnie bił. Zdarzało się, że wyrzucał mnie z domu. Nocowałem wtedy na
ulicy. Kiedy tu trafiłem, poczułem się jak w raju – wyznaje. Nie przypuszczał,
że czegoś podobnego w życiu doświadczy. – Tu świętuje się urodziny każdego z
nas, organizowane są różne zabawy, jeździmy na wycieczki. Nie wyobrażałem sobie
nigdy, że takie szczęście może panować w rodzinie – dodaje. Wychowawcy traktują
dzieci jak swoje. – Zdarza się, że nagle zwracam się do wychowawczyni "mamo" –
mówi nasz rozmówca.
Opiekunowie wiedzą, że tym dzieciom potrzeba przede wszystkim miłości. Każde
trzeba przytulić, pogłaskać. Powiedzieć dobre słowo – nawet jeśli bariera
językowa nie pozwala zrozumieć słów, dzieci i tak rozumieją, że wychowawcy po
prostu chcą im pomóc. Najmniejszymi dziećmi zajmują się polskie Siostry
Elżbietanki. – Kiedy tu przyjechałam i po raz pierwszy poszłam do dzieci, były
zaskoczone, bo zobaczyły katolicką siostrę – opowiada s. Elżbieta. "Czego ona
może od nas chcieć? Pewnie będzie nas nawracała" – myślały i były pełne strachu.
Po krótkim czasie zawiązaliśmy pierwsze więzi. Dzieci spostrzegły, że nie
przyjechałam nawracać, że modlę się z nimi ich modlitwami, może troszkę inaczej
się żegnamy – opowiada.
Dom dziecka Caritas zapewnia wychowankom również naukę zawodu – tuż obok
sierocińca znajduje się warsztat samochodowy i wielka stolarnia. Po zakończeniu
nauki bez problemu znajdują pracę, co przy powszechnym bezrobociu w Gruzji jest
wielkim sukcesem i radością. Caritas Gruzja prowadzi także warsztaty – tkackie,
stolarskie, rzemiosła artystycznego, malarstwa, metaloplastyki, teatrzyku
kukiełkowego, tańca, fryzjerstwa. Prace ręczne mają również wielkie znaczenie
terapeutyczne.
Codziennie do ośrodka Caritas przychodzi psycholog, parę razy w tygodniu ksiądz
prawosławny, ponieważ dzieci pochodzą z prawosławnych rodzin. Ksiądz Witold dba
o ich rozwój duchowy. – Kiedy spotkaliśmy się, ksiądz Witold powiedział, że dla
niego ważne jest, aby dzieci żyły z Bogiem, aby rosły pod okiem duchownego –
opowiada ks. Dawid, prawosławny kapłan.
– Na początku pobytu w placówce Caritas, kiedy maluchy przyzwyczajały się do
tutejszych warunków, było im trudno. Wiara w Boga pomogła im. Zaczęły się
spowiadać, oczyściły swoje dusze ze zła, i w tej chwili są bardzo dobrymi
dziećmi – podsumowuje.
Za dużo, by umrzeć, za mało, by żyć
Ksiądz Witold bywał częstym gościem Jana Pawła II. Ojciec Święty uważnie śledził
jego działalność w Gruzji. – Powiedziałem kiedyś w czasie audiencji, że
chciałbym wybudować większy dom dla dzieci, rozbudować to nasze centrum. Papież
dał mi wtedy czek na 50 tysięcy dolarów i powiedział: kup ziemię. Dla wszystkich
innych sponsorów to było bardzo ważne. Bo jak prosiliśmy o pieniądze, to
mogliśmy powiedzieć, że Jan Paweł II już nas wspomógł. To nam otwierało drzwi,
portfele – opowiada.
Dzieci ulicy to oczywiście nie jedyny problem społeczny Gruzji. W prawdziwie
dramatycznej sytuacji są ludzie starsi, emeryci i renciści. Jak żyć za
czterdzieści euro? To jest nierealne. Gruzińska emerytura to za dużo, żeby
umrzeć, a za mało, żeby żyć. Stary system rozpadł się, a w zamian nie powstał
żaden inny, który zapewniłby ludziom przyzwoity poziom życia. – Gruzja stanowiła
mały kawałeczek wielkiego sowieckiego imperium, gdzie ludzie przyjeżdżali
odpoczywać. Tu się dobrze jadło, dobrze piło. Gruzini mają piękne morze,
fantastyczne góry. Gaz otrzymywali z Azerbejdżanu. Teraz każda republika żyje na
swój rachunek. Tylko że Gruzja nie ma ani ropy, ani gazu, ani węgla, ani żadnych
innych złóż. Fabryki pozamykano, zostały tylko ruiny i gigantyczne bezrobocie –
mówi ks. Witold. Ludzie z wyższym wykształceniem – architekci, muzycy, lekarze,
nie są w stanie wyżyć z emerytury. Nie stać ich na ogrzanie mieszkania, na
wizytę u lekarza, wykupienie recepty, nawet na wyżywienie. Przepracowawszy w
reżimie sowieckim 40-50 lat, opuszczeni, wegetują w swoich nieogrzewanych
mieszkaniach jak żebracy. Często mają na swoim utrzymaniu dorosłe, bezrobotne
dzieci i wnuki. Ksiądz Witold otworzył dla tych ludzi stołówkę i dzienny dom
pobytu "Harmonia". Codziennie odwiedza go od czterdziestu do pięćdziesięciu
osób, które przychodzą m.in. na obiad do stołówki. Nierzadko przemierzają pieszo
kilka kilometrów, by dostać posiłek. W ośrodku mogą skorzystać z ciepłej wody,
wykąpać się, bo przez całą zimę, w nieogrzewanym mieszkaniu jest to oczywiście
niemożliwe.
Najczęściej każda z osób zabiera ze stołówki jedzenie do słoików dla tych,
którzy zostali w domu. Oprócz gorącego posiłku każdy potrzebujący dostaje
codziennie bochenek chleba z caritasowej piekarni.
Zawsze będziemy z ubogimi
Głód doskwiera bardzo, ale najgorsza jest samotność. "Harmonia" jest ratunkiem
dla wielu starszych ludzi. W domu często są sami. Tutaj są razem. I to jest
bardzo ważne. Chodzą wspólnie do teatru, do kina, na wycieczki. Śpiewają, nawet
tańczą, bo wśród nich są śpiewaczki operowe i primabaleriny. – Pracowałam przez
pięćdziesiąt lat w telewizji, potem w konserwatorium jako koncertmistrz,
następnie w szkole, z dziećmi. Moi uczniowie są teraz w Argentynie, w Paryżu, w
Japonii. No a ja siedzę bez celu. Usunęli nas z telewizji, zostaliśmy bez pracy
– mówi jedna z podopiecznych "Harmonii". – Kiedy pracowałam, odkładałam
oszczędności. Nawet mogłam trzy nowe samochody kupić. Wszystko przepadło,
nadeszły czasy głodu. Byłam w depresji i tutaj wyzdrowiałam. Dziękuję Caritas za
to, że oni mnie tak bardzo szanują – dodaje.
Starsi ludzie często nie mają żadnych możliwości leczenia. Ksiądz Witold i temu
stara się zaradzić. – Pojechałem do Włoch, poszedłem do ówczesnego księdza
arcybiskupa Stanisława Dziwisza. No i jak zawsze dostałem jakieś pieniądze na
biednych. Otrzymałem też lekarstwa z włoskiego szpitala. Znałem pewną lekarkę,
pokazałem jej te medykamenty, a ona na to: "Padre Witold, tym można dobry
szpital zaopatrzyć!". Powiedziałem, żeby może zaczęła biednym rozdawać –
wspomina ks. Szulczyński. Obok stołówki Caritas wynajął pokój i tak piętnaście
lat temu powstała pierwsza przychodnia. Pacjentów było tak dużo, że trzeba było
zatrudnić drugą lekarkę, pielęgniarkę. Dzisiaj przychodnia ma zarejestrowanych
500 pacjentów, głównie inwalidów, osoby starsze, rodziny wielodzietne. Obok
znajduje się centrum rehabilitacji. Funkcjonuje też leczenie domowe.
Pielęgniarki i Siostry Elżbietanki odwiedzają w domach osoby niedołężne,
niepełnosprawne, leżące, które nikogo w Gruzji nie obchodzą.
– Komu jest potrzebna stara, zniedołężniała 80-letnia babcia, czasami
sklerotyczka? Komu? Nikomu, a przecież człowiek powinien do ostatniego dnia żyć
jak człowiek, otrzymując z zewnątrz choć trochę szacunku – konstatuje ks.
Witold, na którym spoczywa gromadzenie funduszy na pomoc dla najbiedniejszych. –
Zawsze będziemy z ubogimi, ponieważ wybieramy to, co inni pozostawili, uznali za
nieważne. Stół ubogich został opuszczony przez inne organizacje. Caritas
natomiast kontynuuje tę codzienną troskę, nie o wszystkich, bo nie jest w
stanie, ale o wielu – mówi ks. Witold. Ta codzienna praca jest najbardziej
ukryta, nikt za nią nie dziękuje, ale właśnie dzięki niej jakiś człowiek może
żyć. Nierzadko tu, w Gruzji – dzięki ofiarnym Polakom. – Wszystkim tym, którzy
nam pomagają, bez znaczenia, czy są wierzący czy niewierzący, naprawdę wielkie
Bóg zapłać. Bo każdy człowiek, nawet ten najmniejszy, to jest wielki cały świat
– konkluduje szef Caritas Gruzja. "Kto ratuje jedno życie, ratuje cały świat" –
ten napis widniejący w Yad Vashem powinien znaleźć się także na fasadzie
sierocińca, domu "Harmonia", nad wszystkimi placówkami Caritas w Gruzji, gdzie
ratowane jest tak wiele ludzkich istnień.
Agnieszka Dzieduszycka-Manikowska
Autorka jest dziennikarką telewizyjną, reżyserem filmów dokumentalnych,
współpracuje z międzynarodową organizacją katolicką Pomoc Kościołowi w
Potrzebie.
