Komorowski otworzył puszkę Pandory

Bronisław Komorowski, domagając się w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej"
usunięcia krzyża sprzed Pałacu Prezydenckiego – bo ponoć jest to "sanktuarium
państwa" – rozpętał bezprzykładną antykrzyżową krucjatę, wypuścił demony z
puszki Pandory. Wywołał dyżurny temat radykalnej lewicy – obecności Kościoła w
życiu publicznym. Dał zielone światło tym, którzy z Kościołem walczą
najordynarniejszymi metodami. Przyzwolił na najprymitywniejsze zachowania
młodzieży spod znaku "róbta, co chceta".

W najczarniejszych snach nie można było przewidzieć, że Polska, która w roku
1980 – za sprawą "Solidarności" i Jana Pawła II – wyniosła Krzyż Chrystusowy
wysoko, pod jego znakiem w imię dobra bez przemocy zwyciężając zło, znajdzie się
w oku antykrzyżowego, antychrystusowego cyklonu. Idzie on głównie przez Europę,
depcząc jej najświetniejsze tradycje.
Nie można było przewidzieć, że prezydent Polski (wybrany głosami zaledwie jednej
czwartej uprawnionych do głosowania), mieniący się katolikiem, wyda krzyżowi
walkę. Nie wchodzę w jego motywacje, liczą się fakty. Dziś cynicznie chowa się
za plecami szefa swojej kancelarii Jacka Michałowskiego, który tłumaczy się z
kolejnych akcji usuwania krzyża – ukradkiem, w tajemnicy. Kryje się w cieniu
części rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej, które chcą wywieźć krzyż do
Smoleńska, tak jakby był ich własnością. Tymczasem nie jest on niczyją
własnością, ale świadectwem miłości do Ojczyzny tych wszystkich Polaków, którzy
od 10 kwietnia – szykanowani, opluwani, bici – niezłomnie stawali pod krzyżem,
wierząc, że tylko w nim jest nadzieja na poznanie prawdy o smoleńskiej
katastrofie. Bici, opluwani, szarpani przez młodzieżową, najczęściej naćpaną
barbarię, przy biernej – a czasem wręcz sprzyjającej prowokatorom – policji i
straży miejskiej. Tak wygląda "sanktuarium państwa". Czy takiej Polski chce
prezydent Bronisław Komorowski, takiego "sanktuarium państwa"? Czy na
fundamencie takiej zgody opiera on swoją wizję Polski?

Kim są "przeciwnicy krzyża"?
Podobno to światli Europejczycy na czele z pospolitym przestępcą Januszem S. i
kucharzem Akademii Sztuk Pięknych Dominikiem Tarasem. Bądźmy szczerzy – to
margines, ale margines sprawnie się organizujący. Młodzieżowa hołota słucha ich
poleceń (zapewne wydanych zupełnie gdzie indziej). Młodzieżowa dzicz spod znaku
"róbta, co chceta", mająca się za emanację "postępu" i nowoczesności,
"Europejczycy" w swoim własnym mniemaniu. A znakiem ich europejskości jest
absolutne wyzwolenie od wszystkiego, "wolność od". Są tacy sami jak ich
rówieśnicy w Nowym Jorku i Amsterdamie – mogą ćpać bez ograniczeń, upijać się,
poniewierać drugiego człowieka, bezcześcić wszelkie wartości. Widzą w tym akt
wielkiej odwagi – dzisiaj, kiedy wartości bezczeszczone są co krok, a wzorce
brane są wprost od "gwiazd" w rodzaju Jakuba Wojewódzkiego albo Janusza Palikota!
Kim byłbyś, młody człowieku, gdyby na ciebie przyszła godzina próby, jak
przyszła na pokolenie "Sztuki i Narodu", Krzysztofa Baczyńskiego, Tadeusza
Gajcego, poległych w walce o Polskę? Czy wiesz, kim byli Jurek Bitschan, Romek
Strzałkowski? Jakim Europejczykiem byłbyś w tamtych czasach wojennej pożogi –
czy takim jak Maria Peszek, głosząca wszem i wobec, że w razie jakiegokolwiek
zagrożenia Polski "sp…rza za granicę"? Za którą granicę? – pytam. Za granicę
kolaboracji, zdrady? Kim ty jesteś w Europie, młodziaku, jeśli nie jesteś
Polakiem? Czy Francuzowi przedstawisz się: "Europejczyk jestem"? I co będziesz
mu miał do powiedzenia o Europie, gdy będzie on odkrywał przed tobą kolejne
karty historii swojego kraju – Karola Wielkiego, Joannę d’Arc, Frondę, rewolucję
francuską, wątpliwy francuski tytuł do chwały w II wojnie światowej? Co mu
odpowiesz? Eee…, "że koń, że drzewo…"? Bo nic innego nie wiesz i nie
pamiętasz, bo pamięć odebrały ci i nadal odbierają kłamstwa sączące się
codziennie z ekranów telewizorów? Opowiesz mu, jak szarpałeś ludzi pod krzyżem
na Krakowskim Przedmieściu? To będzie twój dowód tożsamości? Co wiesz o
"Europie"? Gdzie są jej korzenie, dlaczego jest, mimo wszystko, nadal tak ważna
w kulturze? Dlaczego chcesz być Europejczykiem? Co jest w Europie
najpiękniejszego – komisariaty policji, amsterdamskie coffee shopy czy może
katedry z pogardzanym przez ciebie krzyżem na wieżach – w Chartres i Rouen, w
Mediolanie, Sienie, Rzymie, Kolonii i Akwizgranie, Wilnie i Krakowie? Co
przetrwało dwa tysiące lat, dając ludziom nie tylko piękno, ale i nadzieję –
bachanalia Rzymu czy Chrystusowy krzyż? Co trwa – ponad nienawiścią i pogardą –
znak, "któremu sprzeciwiać się będą", czy twoje "odloty" łątki jednodniówki?
Przekreślając swoją polskość, stajesz się niewolnikiem. Czy wiesz, co śpiewali
rycerze polscy przed bitwą pod Grunwaldem i dlaczego racja była po ich stronie?
To nie była walka o krzyż – to była walka prawdy krzyża przeciwko zawłaszczonemu
przez nienawiść znakowi krzyża. Taka, jaką twój prezydent rozpętał, z użyciem
knechtów i ciurów w rodzaju Tarasa – przeciwko świadectwu wielu milionów
Polaków.

Po co nam krzyż, po co Europa?
Wywołanie przez obecne władze antychrześcijańskich demonów to najgorszy skutek
decyzji nowego prezydenta o usunięciu krzyża z Krakowskiego Przedmieścia.
Bezprzykładne barbarzyństwo rozgrywające się przed Pałacem Prezydenckim
urzędujący premier Rzeczypospolitej nazywa "happeningami". Antykatolicki przekaz
sączący się z mediów dniami i nocami – tu, w sercu Europy, która wyrosła na
znaku Chrystusowego krzyża. Na nim zbudowała swoje wspaniałe piśmiennictwo,
sztukę, obyczaje. Polska włączyła się w nurt europejskiej kultury dopiero po
przyjęciu chrztu. Pośrednio dzięki tamtemu odległemu wydarzeniu historycznemu
młodzi antykrzyżowcy spod krzyża na Krakowskim Przedmieściu żyją dziś w wolnym
kraju. Bo "Solidarność", zgodnie z chrześcijańską zasadą nieodwoływania się do
przemocy, wywalczyła nam tę wolność pokojowo. Nie "dorzynała watah", nie wzywała
do odwetu na komunistach. "Nie jestem królem waszych sumień" – zwykł mawiać król
Zygmunt August. Dziś elity rządzące dokładają wszelkich starań, aby ustanowić
swój dyktat sumień. Cóż odrzucają pseudokontestatorzy krzyża w Warszawie? To tak
oczywiste, że wprost banalne. Bez krzyża nie ma europejskich katedr, nie
istnieje malarstwo, inspirowane Starym i Nowym Testamentem – po co tam komu
Poverello z Asyżu i jego "Pieśń słoneczna", po co "Ostatnia wieczerza" Leonarda
da Vinci, po co liczne arcydzieła ukrzyżowań – od Grünewalda do Masaccia, po co
Kaplica Sykstyńska i freski Michała Anioła, po co "Sąd ostateczny" Signorellego.
A w Polsce – po cóż nam Kochanowski i jego przekład psalmu "Czegóż chcesz od
nas, Panie, za Twe hojne dary", po co nam Mickiewicz i pamiętne nazwanie Polski
"Chrystusem narodów" w "Dziadach", po co nam Norwid i jego niezwykły wiersz
"Dziecię i krzyż".

– Ojcze mój! twa łódź
Wprost na most płynie,
Maszt uderzy… wróć…
Lub wszystko zginie…
*
Patrz, jaki stąd krzyż,
Krzyż niebezpieczny…
Maszt niesie się wzwyż,
Most mu poprzeczny…
*
– Synku! trwogi zbądź,
Znak to zbawienia!
Płyńmy, bądź co bądź…
Patrz, jak się zmienia:
Oto – wszerz i wzwyż
Wszystko toż samo.
*
– Gdzież podział się krzyż?
*
– Stał się nam: bramą.

Na koniec – po co nam myśl i dziedzictwo Sługi Bożego Jana Pawła II? W
perspektywie hord z Krakowskiego Przedmieścia jest on tylko – jak określił to
Jerzy Urban – "wikarym z Niegowici". Tak "wyzwalają" się od chrześcijaństwa
"młodzi, wykształceni" z dużego miasta, Warszawy. W myśl swojej pseudologii – w
godzinie nieszczęścia, starości, choroby – nie powinni spodziewać się niczego
innego poza szyderstwem i kpiną. W tym, co dziś głoszą, nie mieści się bowiem
ani chrześcijańskie miłosierdzie, ani pojęcie bliźniego.
Byli już tacy, którzy domagali się w imię "futuryzmu" burzenia przeszłości,
katedr i dziedzictwa Europy. Skończyli w objęciach faszyzmu.

"Rewolucja" konformizmu
Kiedy w 1968 r. w Europie i USA do głosu doszedł ruch tzw. kontrkultury, z
hasłem naczelnym "zakazuje się zakazywać", oraz z portretami komunistów Che i
Mao – wielki artysta i bynajmniej nie prawicowiec, Pier Paolo Pasolini,
skwitował to krótko jako bunt rozwydrzonych synków bogatych tatusiów. A był to
rok zdławienia Praskiej Wiosny przez emanację tej samej ideologii, którą głosili
"nieśmiertelny" Che i wielki Mao. Dziś mamy do czynienia w Polsce już nie z
"kontrkulturą" (w samym pojęciu zawiera się dopuszczanie istnienia "kultury"),
ale z antykulturą, która próbuje zdławić wszystko, co inne od niej – włączając
własne korzenie i tradycję. I dziś to zjawisko nie ma za sobą oszalałych
ideologów postmarksizmu, w rodzaju Timothy’ego McLeary’ego, ale cały
establishment polskiej polityki. To są prawdziwi "nauczyciele młodzieży". Ci od
"wyrzynania watah", ci, którzy kwestionują narodowe prawo do żałoby, ci, którzy
nie szczędzą obelg społeczeństwu, wyzywając je od "bydła" i matołków. Tak zwani
czcigodni starcy, którzy dochrapali się stanowisk na plecach robotniczej rewolty
w 1980 roku.
W XVI wieku polski pisarz i myśliciel Andrzej Frycz Modrzewski zapisał pamiętne
słowa: "Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie". Dziś
obserwujemy owoce tego "chowania" – ograniczania nauki historii i języka
polskiego w szkołach przez jaśnie oświeconą minister Katarzynę Hall, propagandy
TVN i gazety, której tytułu nie zamierzam tu popularyzować. Nade wszystko jednak
na młodzież oddziałują "wzory" płynące z najwyższych sfer władzy. To, co
obserwujemy na Krakowskim Przedmieściu, to nie żadna "walka o wolność
wypowiedzi". To pospolity konformizm, zgodny z linią rządzących polityków
naszego kraju. Konformizm obrzydliwy i tchórzliwy, właśnie dlatego, że tworzą go
młodzi.
Panienki z Krakowskiego Przedmieścia z kolczykami w pępkach zapewne jedzą
jeszcze "rytualnego" karpia w Wigilię Bożego Narodzenia, może nawet chodzą ze
"święconką" do pobliskiego kościoła św. Anny albo Wizytek, bo taka tradycja. Za
kilkanaście lat, kiedy Polaków będzie nadal ubywać, może dochrapią się stanowisk
Niesiołowskiego, Kutza czy Palikota. Ale znacznie bardziej prawdopodobne jest,
że wylądują tam, gdzie chciały, wtykając sobie klejnociki w pępek – w
muzułmańskich haremach "nowej Europy". Nie trzeba być żadnym prorokiem, aby to
przewidywać – wystarczy porównać, jak islamiści bronią podstaw swojej religii i
kultury, a jak podkopuje swoje korzenie podobno chrześcijańska Europa, w tym
"pełniący obowiązki Polaków" politycy znad Wisły.

Elżbieta Morawiec

Autorka jest krytykiem teatralnym i literackim, redaktorem dwumiesięcznika "Arcana";
członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.

drukuj