Demaskacja zbrodni
O rosyjskiej zbrodni dokonanej na polskich oficerach w Katyniu
dowiedziałem się w Krakowie 15 kwietnia 1943 roku. Donosił o niej dziennik
"Goniec Krakowski". Wkrótce do wiadomości ogólnych prasa Generalnego
Gubernatorstwa zaczęła dołączać spisy ekshumowanych i zidentyfikowanych
oficerów. Pamiętam widok tych numerów, tak jak warszawiacy pamiętali numery
"Nowego Kuriera Warszawskiego". Wstrząsające zaskoczenie. Nikt się tego nie
spodziewał.
Odkrycie było świeże, dopiero w lutym 1943 roku Niemcy rozpoczęli rozkopywanie
grobów w Lesie Katyńskim. Na początku kwietnia odkryciu w Katyniu nadali wielki
wymiar. Już 11 kwietnia na niemieckie żądanie do Smoleńska i Katynia przyleciała
z Warszawy improwizowana polska delegacja, w której znaleźli się między innymi
dwaj znani pisarze: Ferdynand Goetel i Jan Emil Skiwski. Byli obecni także
przedstawiciele legalnie działającej w Generalnym Gubernatorstwie Rady Głównej
Opiekuńczej (RGO). Na miejscu polscy patrioci przekonali się naocznie, że
przekaz niemiecki jest prawdziwy. Po powrocie do Warszawy Goetel napisał
sprawozdanie dla władz podziemnych i spotkał się z gen. Stefanem
Grotem-Roweckim. Władze podziemne wiadomość o odkrytej masakrze przekazały
tajnie do Londynu. W ten sposób została potwierdzona informacja, przekazana
światu przez berlińską radiostację Transozean w dniach 11-13 kwietnia. Niemcy
dokonali odkrycia już po Stalingradzie, gdy front zbliżał się do Smoleńska.
Obnażyło się kłamstwo Stalina, który oświadczył wprost gen. Władysławowi
Sikorskiemu (grudzień 1941), że poszukiwani polscy oficerowie "uciekli do
Mandżurii".
Stalin: "Uciekli do Mandżurii"
Już 14 kwietnia 1943 roku odleciała z Warszawy do Smoleńska (przez Mińsk)
Komisja Techniczna Polskiego Czerwonego Krzyża (PCK działał w Generalnym
Gubernatorstwie legalnie) z sekretarzem generalnym hr. Kazimierzem Skarżyńskim,
by zdecydować o wspólnej ze służbami niemieckimi ekshumacji i identyfikacji
ofiar. Niemcy nagrali pierwsze kroniki filmowe z Katynia. W końcu kwietnia
przybyli do Katynia członkowie powołanej przez Niemców Międzynarodowej Komisji
Technicznej złożonej z lekarzy, profesorów patomorfologów z państw europejskich
(był przedstawiciel państwa nieokupowanego przez Niemcy prof. Fran?ois Naville
ze Szwajcarii). Komisja jednoznacznie określiła czas zalegania zwłok, a więc
czas dokonania morderstwa – na wiosnę roku 1940 (mordu mogli więc dokonać tylko
Rosjanie). Podczas badań terenu i ekshumacji do czerwca odkryto osiem masowych
grobów. Ekshumowano z nich niewiele ponad 4000 zwłok. Ponieważ wiadomo było, że
polski rząd w Londynie zaraz po umowie Sikorski – Majski (30 lipca 1941)
rozpoczął bezskuteczne poszukiwania polskich zaginionych oficerów z trzech
obozów (tę misję gen. Władysław Anders zlecił mjr. Józefowi Czapskiemu), Niemcy
spodziewali się odnalezienia w Katyniu ofiar z tych trzech obozów. Okazało się
jednak, że rozstrzelano tam tylko jeńców z obozu w Kozielsku. Los reszty
pozostawał przez kilkadziesiąt lat nieodgadniony. Józef Mackiewicz, świadek
Katynia, nigdy się o grobach pozostałych jeńców nie dowiedział. Dopiero 13
kwietnia 1990 roku agencja TASS ogłosiła, że to rosyjskie NKWD dokonało tej
zbrodni. Ośmieliło to rosyjskich świadków rozstrzeliwania polskich oficerów ze
Starobielska i Ostaszkowa, którzy pomogli w odnalezieniu grobów ofiar tych
obozów (tych ze Starobielska, rozstrzeliwanych w Charkowie, wrzucono do masowych
grobów w podcharkowskich Piatichatkach, jeńców z Ostaszkowa rozstrzelanych w
Kalininie (Twer) pogrzebano w nieodległym Miednoje). Ja sam w 1991 roku
uczestniczyłem w ekshumacjach w Charkowie, pamiętając, że rozstrzelano tam
jednego z najwybitniejszych poetów dwudziestolecia Władysława Sebyłę. Zawiązałem
wtedy przyjazne więzy ze śp. Stefanem Melakiem, którego okrutny los zamordował w
katastrofie smoleńskiej.
Po zbudowaniu w latach 90. polskich cmentarzy dla ofiar z trzech polskich obozów
wydawało się, że ukrywana tajemnica Katynia wyjaśni się do końca. Jednak
Rosjanie zamknęli archiwa dotyczące Katynia. Niewiele dni temu kremlowski
politolog i doradca administracji prezydenckiej Siergiej Karaganow określił
przyznanie się Rosjan do popełnienia katyńskiego mordu jako gest "wielkoduszny".
Może w takim razie "wielkoduszny" aparatczyk przyznałby, że w utajnionych
archiwach katyńskich są jeszcze tajemnice (np. teczki osobowe jeńców, lista
agentów) i przyczynił się do rezygnacji Rosji z umarzania śledztwa w sprawie
zbrodni przeciw ludzkości, które nigdy nie mogą być umorzone (w Polsce byli i są
także moralni zdrajcy, określający Katyń jako tylko zbrodnię wojenną, choć
zbrodni tej dokonano w czasie pokoju). Brak jeszcze wielu danych o ofiarach.
Jeśli bowiem udało się określić nieco dokładniej listy ofiar z trzech obozów
(Kozielsk, Starobielsk, Ostaszków, a więc około 14 700 osób), to los około 11
000 osób rozstrzelanych w więzieniach "zachodniej" Ukrainy i Białorusi jest o
wiele mniej znany. Brak wciąż bardzo ważnej "listy białoruskiej".
Niezakończone dzieje kłamstwa katyńskiego
Historia walki o wydarcie najokrutniejszej w XX wieku tajemnicy masowego
ludobójstwa popełnionego na polskich oficerach jest dramatyczna i długa,
podobnie jak długa jest historia fałszowania prawdy przez Rosję. Rosja jest
przecież największym fałszerzem prawdy historycznej w XX wieku. Zaś akta
katyńskie powinny być pilnie studiowane, gdyż mówią one nie tylko o faktach, ale
i o nikczemności moralnej katyńskich sprawców. Oto tylko dwa drobiazgi, które
znalazłem w najpóźniej przekazanych dokumentach katyńskich. Pierwszy szczegół
dotyczy zwalniania niektórych jeńców polskich "pochodzenia niemieckiego" na mocy
porozumień niemiecko-sowieckich w 1940 roku (wymuszony pretekst do uzyskania
przepustki na wolność). Otóż jeden z urzędników rosyjskich w moskiewskiej
centrali zapisuje, że takie to a takie prośby niemieckie nie mogą być
uwzględnione, gdyż: "eti nomiera daże proszli" ("te numery już przeszły" – czyli
już zostali rozstrzelani!). Podobnie jak w Auschwitz, człowiek w rosyjskiej
maszynerii stawał się numerem, choć nie zadawano sobie trudu tatuowania. Drugi
szczegół dotyczy pomysłu napisania książki, z której miało wynikać, że mord
katyński wynikał ze specjalnych i szczegółowych predestynacji i cech
niemieckiego ducha i charakteru. Jednak książka taka nigdy nie została
ogłoszona. Wymagałaby przecież ukrytej psychoanalizy Stalina i Berii, i innych
katów na wszystkich poziomach państwa sowieckiego.
Piszę tu o niektórych kłamstwach oficjalnej Rosji po 1943 roku. Ale przedtem,
czy było coś wiadome o tajemnicy niebędącej zresztą tajemnicą dla tych Rosjan,
którzy mieszkali w okolicach kaźni, rozstrzeliwania jeńców polskich i masowych
grobów ofiar? Tak, ta ludność posiadała tajemnicę okrytą wieczną pieczęcią
milczenia pod karą śmierci. Ale co wiedzieli Polacy, Naród Polski, rodziny
rozstrzelanych, polskie władze podziemne i rząd emigracyjny w Londynie, o
sprawie katyńskiej przed 1943 rokiem? Czy wolny świat mógł mieć tylko
podejrzenia? Niepewna wiedza ograniczała się do jednostek. Odnotujmy, że po
ataku Niemiec na Rosję w niemieckim raporcie z 2 sierpnia 1941 roku, dotyczącym
przesłuchania sowieckiego jeńca Merkuloffa (Mierkułowa?), skierowanym do "Wehrmachtuntersuchungstelle",
znalazła się informacja o rozstrzeliwaniu oficerów polskich. Raport zlekceważono
i zapomniano o nim. W kwietniu 1942 roku Polak z Poznania, Teofil Dolata, i jego
koledzy z niemieckiego Bauzugu stacjonującego koło Gniezdowa dotarli do polskich
zwłok, rozkopując fragment grobu nr 1 w katyńskim lesie, a potem postawili tam
niewielki brzozowy krzyż (istnieje jego zdjęcie). Wiedza ograniczona i ogółowi
nieznana.
Ale pod sam koniec 1989 roku otrzymałem telefon z Warszawy. Miał przynieść
zupełną rewelację. Mówił Zbigniew Koźliński, inżynier z Warszawy. Gdy spotkałem
się z nim w styczniu 1990 roku, okazało się, że mam przed sobą Polaka z Kresów,
który w czerwcu 1940 roku przekazał spod Lidy do Warszawy pierwszy polski
meldunek o dokonaniu przez Rosjan mordu na oficerach polskich znajdujących się w
Rosji. Koźliński miał wtedy niespełna dziewiętnaście lat. To, co mi opowiedział,
wydaje się wręcz historią fantastyczną, ale przede wszystkim historią
bohaterstwa w walce o prawdę, wspaniałego patriotyzmu ludzi Polski kresowej. Tę
niezwykłą opowieść nagrałem w formie wywiadu, który ukazał się najpierw w
londyńskim "Pulsie" (lato – jesień 1990, nr 46-47), a w wersji pełnej w mojej
książce o Katyniu "Powrót rozstrzelanej armii" (1994).
Spod kresowych stanic
Historia Zbigniewa Koźlińskiego nagle okazała się fragmentem układanki, w której
nazwisko Koźlińskiego miałem już w głowie. W podstawowej książce prof. Janusza
Zawodnego o Katyniu ("Śmierć w lesie. Historia mordu katyńskiego") znajdujemy
informację, że przed rewolucją tereny obok Gniezdowa należały do dwu kresowych
rodzin polskich: Lednickich i Koźlińskich. Podobnie Julian Siedlecki w swojej
książce "Losy Polaków w ZSSR" (1987) pisze: "Gniezdowo przeszło dziedzicznie do
Koźlińskich". I oto miałem przed sobą "późnego wnuka" przedrewolucyjnego
właściciela Gniezdowa i Lasu Katyńskiego.
Tragiczne zapewne, późne losy jego dziadka Piotra są nieznane. Ale Zbigniew
Koźliński znał dramatyczne losy swojego ojca i swojej matki przed ich
osiedleniem się na Kresach Rzeczypospolitej w niewielkim majątku w Nowogródzkiem,
ocalonym z pogromu razem ze staropolskim dworkiem – Czarnowszczyzną. Tam spędził
z rodzicami wspaniałe dzieciństwo i pierwszą młodość (gdy wybuchła wojna, miał
niespełna 18 lat). Czarnowszczyzna żyła codzienną pracą na roli, a od święta
tradycjami historycznymi Polski Odrodzonej. Były to też rodzinne tradycje
Koźlińskich, sięgające u pradziadów aż po walki o Smoleńsk (i Moskwę) w XVII
wieku. Dziad był jednym z kilku zaledwie ocalonych w pogromie partii Narbutta
pod Dubiczami w Powstaniu Styczniowym. Ojciec walczył w korpusie gen. Józefa
Dowbór-Muśnickiego (z ziemi rosyjskiej do Polski!). Ocaleni z rewolucyjnej Rosji
ojciec i matka, dworek w kresowej Czarnowszczyźnie to dzieciństwo Zbigniewa
wypełnione rodziną, nauką, polskością i kresowym pejzażem. W pierwszym rozdziale
książki Zbigniewa Koźlińskiego "Czerwoni z dobrego domu. Opowieść znad Niemna"
(2007, ŁośGraf): "Moja Czarnowszczyzna. Kresowa stanica", znajdziemy opis tych
cudownych międzywojennych lat. Opis za krótki – chciałoby się go jeszcze
chłonąć. Wspaniała natura, święta i rocznice, ludzie dworu i goście, okoliczne
chutory – niezwykłe to wszystko. Zbigniew Koźliński rośnie i uczy się, należy do
polskiego harcerstwa. Tuż przed wybuchem wojny zdaje egzamin w Karolinowie pod
Grodnem na pilota szybowcowego.
Następują straszne i gorzkie lata. Napad niemiecki, a na polskich Kresach
zaborcze wkroczenie rosyjskiej armii 17 września, niosącej gwałt, zabór i
pożogę. Wiemy o bohaterskiej obronie posterunków KOP i Grodna, zwłaszcza przez
drużyny młodych. W tej słynnej obronie Grodna Zbigniew Koźliński bierze
bezpośrednio czynny udział, wymyka się sowieckiej obławie i powraca na
Czarnowszczyznę. Tam powstają już pierwsze zawiązki późniejszej polskiej
konspiracji. Młody Koźliński wraz z kolegami, od początku i dokąd będzie mógł,
jest uczestnikiem tej walki. Ale już niedługo, od przełomowego czerwca 1940 roku
wojenne przeznaczenie i wierność Ojczyźnie wybierają go do wypełnienia także
innego, bardzo ważnego i specjalnego zadania. Wezwany nagle rozkazem udaje się
do zakonspirowanego miejsca pod Lidą, gdzie ukrywał się także ksiądz z bliskiej
Iszczołny, i tam niespodziewanie spotyka swojego ojca, niewidzianego od roku,
gdy otrzymał wojskowy przydział. O jego wojennych losach nic nie wiedział. I tam
ważniejsza od cudownego rodzinnego spotkania okazuje się relacja ojca wraz z
towarzyszącym jej zadaniem.
Tajna misja
Gdy opublikowałem relację Zbigniewa Koźlińskiego, wydawała się niektórym zbyt
niezwykła. Zdarzają się historie tak proste, że trudno byłoby je zmyślić. Żeby
najkrócej streścić to, co znajduje się w mojej książce, a także w książce
opublikowanej przez Zbigniewa Koźlińskiego "Czas Wernyhory" (1997), a potem w
kilku nowych historycznych opracowaniach, musimy się cofnąć aż do czasu
bolszewickiej rewolucji. Istniał niesprawdzony mit, że w czasie rewolucji (gdy
okolice Lasu Katyńskiego należały jeszcze do Koźlińskich) przemieszczające się
oddziały "białych" ukryły w lesie broń, a przede wszystkim ogromny skarb i
pieniądze, po które nikt już nie mógł się zgłosić. Gdy rotmistrz Edward
Koźliński, ojciec Zbigniewa, znalazł się w 1939 roku w niewoli sowieckiej,
rosyjska "razwiedka" dotarła do jego rodowodu z Gniezdowa. Dwaj oficerowie
dawnego GPU, a teraz NKWD, prowadzą więc Koźlińskiego do lasu, aby na podstawie
legendy rodzinnej określił miejsca ukrycia skarbu. I tutaj następuje
wstrząsające wydarzenie: natykają się na odkryte jeszcze doły, gdzie widać
wyraźnie wrzucone w pełnym umundurowaniu ciała zamordowanych polskich oficerów.
Zmieszani enkawudziści wycofują Koźlińskiego, sugerując, że są to groby ofiar
jakiejś zarazy. Zamykają go prowizorycznie na stacji w Gniezdowie. Los jego jest
zapewne przesądzony. Jest to jednak jego okolica. Uwolnił się z zamknięcia, a
potem klucząc i korzystając z pomocy znanych mu miejscowych kolejarzy, zdołał
powrócić do Grodna z przekonaniem, że to, co widział w Lesie Katyńskim, ma
znaczenie podstawowe i strategiczne dla losów Polski. Musi być przekazany
meldunek. Konspiratorzy kontaktują go z synem. Po spełnieniu misji Edward
Koźliński miał przedzierać się do Finlandii, ale słuch o nim zaginął na zawsze.
Zbigniew Koźliński z zaszyfrowanym meldunkiem przedostaje się przez sieć
zasieków na granicy rosyjsko-niemieckiej i przekazuje meldunek w lokalu
kontaktowym w Warszawie. Oficerowie wywiadu starają się sprawdzić, czy taka
straszna wiadomość nie jest wynikiem prowokacji. W końcu Koźliński zostaje
skierowany do Krakowa. Tam nastąpiły dalsze intensywne przesłuchania. Meldunek
Koźlińskiego zdawał się potwierdzony faktem ustania wszelkiej koresondencji
jeńców z rodzinami w Polsce. Następnie konspiracyjnie zdecydowano, że Koźliński
może być przerzucony do jakichś innych funkcji do Rumunii lub na Węgry. Zgodził
się, jednak przerzut okazał się niemożliwy. Pobyt w Sygneczowie pod Krakowem,
gdzie go odkomenderowano, w tamtejszym majątku, miał potrwać rok. W Krakowie
pracował w Solvayu. Gdy wybuchła wojna niemiecko-sowiecka, powrócił do Grodna, a
wreszcie do swego majątku Czarnowszczyzna, gdzie pełnił już tylko funkcję
wyznaczonego przez władze niemieckie zarządcy.
I wtedy właśnie nastąpiło nowe zadanie na polecenia władz konspiracyjnych.
Ponieważ Smoleńsk i Gniezdowo po przesunięciu frontu znalazły się na terenie
okupowanym przez Niemcy, oficer konspiracyjny "Garda" (rtm. Bolesław Lisowski) z
nowogródzkiego Związku Walki Zbrojnej dostał polecenie, aby wysłać tam patrol i
na miejscu sprawdzić zeszłoroczny meldunek o mordowaniu polskich oficerów. W
czteroosobowej grupie znalazł się oczywiście także Zbigniew Koźliński. Dwa
przedsięwzięte rekonesansy nie dotarły do celu, wreszcie przy trzeciej próbie, z
niemieckimi papierami podróży, patrol znalazł się 24 grudnia 1941 roku w
Smoleńsku, dotarł do Gniezdowa i bliskiej Sofiejki. Postawa okolicznej ludności,
oddychającej na razie z ulgą po wyzwoleniu od komunistycznej władzy, okazała się
przychylna dla Polaków przedstawiających się jako handlarze. Wypytywani w
Gniezdowie i Sofiejce miejscowi potwierdzili całkowicie meldunek Koźlińskiego
seniora, wskazując jednocześnie na ogromną, idącą w tysiące, liczbę
rozstrzelanych Polaków. Sam Zbigniew Koźliński udał się do lasu, gdzie wskazano
mu miejsca masowych grobów przeznaczone na zalesienie. Koźliński wymienił w
wywiadzie ze mną wiele szczegółów dotyczących czasu rozstrzeliwań, o których
mówili z przybyłymi ludzie ze wsi. Wyraziłem w tym wywiadzie sceptycyzm co do
niektórych z tych opowieści, dotyczących szczegółów rozstrzeliwania. Gdy jednak
kilka lat później nagrywałem, pierwsze w Polsce, zeznania Olega Zakirowa,
okazało się, że niektóre szczegóły praktyki rozstrzeliwania NKWD (a przynajmniej
wyobrażenia o nich ludności okolic Lasu Katyńskiego) zostały potwierdzone i
wymienione. To jeszcze bardziej uwiarygodniło mi relację Zbigniewa Koźlińskiego.
Wzmianka o tym podobieństwie obu relacji w nocie "Zamiast wstępu" ("Czas
Wernyhory").
Alianci woleli milczeć
Gdy w 1990 roku opublikowałem wywiad ze Zbigniewem Koźlińskim w londyńskim
"Pulsie", wyczułem pewien dystans ze strony historyków zajmujących się sprawą
Katynia. Pierwszy przerwał tę nieufność Dariusz Baliszewski, zapraszając
Zbigniewa Koźlińskiego do swojej audycji telewizyjnej "Rewizja nadzwyczajna". Od
tego czasu upłynęło już sporo lat. I oto kazus Koźlińskiego i pierwszego
meldunku o Katyniu znalazł swoje miejsce w opracowaniach historycznych, a pewne
szczegóły jego misji zostały potwierdzone i pogłębione. Dariusz Baliszewski
pisze w swej niedawnej książce "Historie nadzwyczajne" (Wrocław 2008): "Jacek
Trznadel w roku 1990 odnalazł Zbigniewa Koźlińskiego, którego relacja rzuca
zupełnie nowe światło na sprawę zatajania prawdy katyńskiej. (…) Wszystko
wskazuje na to, że meldunek został odebrany przez oficerów organizacji
Muszkieterowie i niewątpliwie przekazany do Londynu". A oto, co pisał inny
historyk, Tadeusz A. Kisielewski, w książce "Katyń. Zbrodnia i kłamstwo" (Poznań
2008): "Zbigniew Koźliński wykonał polecenie ojca, dotarł do Warszawy.
Ostatecznie meldunek został uznany za prawdziwy. (…) Brak było jednak dotąd
potwierdzenia, że najwyższe polskie władze istotnie zostały zapoznane z
meldunkiem Koźlińskiego już latem 1940 roku. (…) Autor tej książki otrzymał
takie potwierdzenie. Pułkownik Jan Cieślak, oficer kontrwywiadu Armii Krajowej,
przekazał synowi Andrzejowi relację, według której polski wywiad już latem 1940
roku zameldował centrali w Londynie o zlikwidowaniu polskich oficerów przez
NKWD. (…) Cieślak co najmniej dwukrotnie jeździł podczas wojny jako kurier do
Londynu, w tym raz w 1940 roku, więc być może on właśnie przekazał meldunek
Edwarda Koźlińskiego (…), a niewykluczone, że wcześniej przesłuchiwał
Zbigniewa Koźlińskiego". I dalej: "Polski raport mógł być tak utajniony, że nie
wiedzieli o nim nawet ministrowie rządu londyńskiego". W innej swojej książce
("Gibraltar i Katyń", Poznań 2009) Kisielewski pisze, że Koźlińskiego
przesłuchiwało w 1940 roku trzech oficerów z Krakowa. Byli to mjr Antoni Hniłko,
ppłk Stanisław Lewicki i kpt. Józef Prus. Podobno też rotmistrz Edward Koźliński
(o czym już nie powiedział synowi) przekazał informację o zbiorowych mogiłach w
Lesie Katyńskim kpt. Stefanowi Fiszerowi. Tak po latach historia nagle odsłania
fakty. Jeszcze raz Kisielewski: "Wspomnienia Zbigniewa Koźlińskiego, wsparte
pozostałymi źródłami, ukazują w całkowicie nowym świetle, co wiedzieli Alianci o
zbrodni katyńskiej przed 13 kwietnia 1943 roku". Pozostawało to jednak zupełną
tajemnicą. Alianci milczeli, nie chcąc tracić sojusznika w Stalinie.
Wiemy, jak potoczyła się historia sprawy katyńskiej po 1943 roku. Na początku
roku 1944 powołana w Rosji tzw. Komisja Burdenki w fantastycznych i zgoła
kłamliwych wywodach przypisała tę zbrodnię Niemcom. Stanowisko to podtrzymali
Rosjanie także podczas procesu norymberskiego w roku 1946. Nie przekonali jednak
Międzynarodowego Trybunału Wojskowego i Katyń nie figuruje pośród zbrodni
osądzonych w Norymberdze. Jednak na terenach okupowanych przez ZSRS, a przede
wszystkim w Polsce, obowiązywała do 1990 roku wersja, że Katyń jest zbrodnią
niemiecką. Dopiero komunikat agencji TASS 13 kwietnia 1990 roku przypisał
dokonanie tej zbrodni rosyjskiemu NKWD. A wcześniej były niezliczone represje,
kary więzienia dla tych, którzy ośmielali się mówić prawdę.
Pożegnanie z kresowym światem
Ze względu na swoją specjalną rolę, jaką w sprawie katyńskiej odegrał Zbigniew
Koźliński, mógł on ujawnić swoją prawdę dopiero po 1989 roku i zrobił to w
rozmowie ze mną. Dzieje dostarczenia meldunku w 1940 roku do Warszawy i Krakowa,
ale także historię uczestnictwa w patrolu, który miał meldunek jego ojca
dodatkowo zweryfikować w grudniu 1941 roku, opisał Koźliński w urzekającej i
mającej ścisłość dokumentu książce "Czas Wernyhory" (Oficyna Vocatio 1997 r.).
Tytuł książki to kryptonim akcji sprawdzającej przekazany meldunek w Gniezdowie.
Załącznikiem do książki jest relacja innego autorstwa o bitwie partyzantów z
Niemcami pod Dubiczami pod koniec października 1943 roku. Ta bitwa zakończyła
wojenną kampanię Zbigniewa Koźlińskiego ps. "Gryf". Pod obstrzałem niemieckiej
broni maszynowej został ranny w udo, miał zmiażdżoną kość. W chatce,
niewidocznej dla Niemców za bagnem, gdzie przenieśli go koledzy wraz z inymi
rannymi, po trzech dniach maligny w skrytce w chlewie zjawił się lekarz chirurg
i prawie bez znieczulenia amputował mu nogę na kuchennym stole. Młody, silny
organizm sprawił, że rana została zaleczona. Do Polski po roku 1945 Koźliński
wrócił pod przybranym nazwiskiem Mackiewicz, utratę nogi tłumacząc
bombardowaniem Królewca, gdzie miał przebywać, i pod tym nazwiskiem rozpoczął
studia na politechnice w Łodzi.
Ale lata spędzone na Grodzieńszczyźnie pod niemiecką okupacją, cały czas w walce
partyzanckiej z Niemcami aż do chwili utraty nogi w końcu 1943 roku pod
Dubiczami, opisał – a właściwie nagrał Koźliński na kasety magnetofonowe – w
książce "Czerwoni z dobrego domu. Opowieść znad Niemna" (ŁośGraf 2007). Narracja
więc niewystylizowana, biegnąca nurtem przypomnień i skojarzeń, dobrze wybrana
dla tych dramatycznych zdarzeń. Zawsze jednak autor zachowuje porządek głównego
nurtu relacji. Książka ta ukazuje nasze Kresy, ukochane przez młodego chłopaka
miłością pieczętowaną walką o zachowanie i ocalenie tych ziem. Równie tu ważne
opisy partyzanckich walk (przez pewien czas w fikcyjnym przebraniu
niby-czerwonej partyzantki), co opis realiów tej ziemi i przyrody, chroniącej
partyzantów w ich wypadach i dającej wypoczynek (nie byli "leśnymi" ludźmi, po
akcji wracali do swoich domów i kryjówek jako "cywile" wobec okupanta).
Trzeba dodać, że Koźliński ma także wyobraźnię malarską. Rysowane przez niego
cienką kreską pejzaże i portrety dawnych towarzyszy potwierdzają wagę tych
wspomnień dla autora. W książce ujawnione są także czasem refleksje na temat
historii, owe "co by było gdyby" po przeszło półwieczu. Czasem dochodzi gorycz
refleksji na temat polskiego losu, ale nigdy nie zostaje podważona wiara w
potrzebę wypełniania powinności dla tej Ojczyzny, bo innej nie mamy. Ten kresowy
polski świat nie jest tylko tłem, na którym odbywają się partyzanckie dzieje.
Poprzez życiorys jednego człowieka widzimy wspaniałą tradycję kraju, obrazy
ludzi i ich siedzib pośród przyrody. Ta tradycja na zawsze została zniszczona
przez okupantów. Tak jak w wielu wspomnieniach innych Kresowian Koźliński mówi,
że NIC nie pozostało z Czarnowszczyzny, ich gniazda rodzinnego. Ocala ją tylko
to pisane słowo.
Prof. Jacek Trznadel – pisarz, poeta, krytyk literacki. Jeden z założycieli
Polskiej Fundacji Katyńskiej i Niezależnego Komitetu Historycznego Badania
Zbrodni Katyńskiej. Autor apelu o powołanie międzynarodowej komisji w celu
zbadania przyczyn katastrofy 10 kwietnia 2010 roku.
Prof. Jacek Trznadel
