Czy kolejny „pijar”?
Przyzwyczailiśmy się już, że do stylu pracy rządu Donalda Tuska należy
zapowiadanie jakichś nowych projektów związanych z reformą państwa. Tak było w
przypadku nowych przepisów wprowadzających przymusową chemiczną kastrację
pedofilów, zapowiedzi o częściowej delegalizacji hazardu, reformy finansów
publicznych, zmian przepisów o funkcjonowaniu funduszy emerytalnych, emerytur
mundurowych, zapowiedzi dokończenia reformy administracji publicznej, reformy
ZUS, całościowej reformy służby zdrowia, wprowadzenia Polski do strefy euro. Do
tej długiej listy rządowych zamierzeń należałoby jeszcze dodać zapowiadane i
nadal niewprowadzone zmiany ułatwiające funkcjonowanie przedsiębiorstw (ile się
nagadano na temat komisji Palikota "Przyjazne państwo"…) czy deklaracje o
reformie służby więziennictwa, szkolnictwa itd. Doprawdy trudno nie wymienić
dziedziny naszego życia, która nie miałaby ulegać jakimś zmianom proponowanym
przez PO i rząd. Trudno jest się połapać w tym wszystkim, gdyż te zapowiedzi
rządu nie mają najczęściej swojego dalszego ciągu. Na usprawiedliwienie
słyszeliśmy, że przeszkadzają prezydent i opozycja. Ale teraz jest przecież
inaczej.
Jest zaprzyjaźniony prezydent, a opozycja nie jest w stanie przeciwstawić się
większości sejmowej, która w ostatnich dniach, o czym świadczy głosowanie w
sprawie ustawy medialnej, powiększyła się o SLD. W najbliższych miesiącach
przekonamy się, co z tych wszystkich zapowiadanych projektów przemieni się w
konkretne ustawy i co z nich zostanie. Oby dyskusja toczyła się na oczach opinii
publicznej, a opozycja miała możliwość wyrażenia swojej opinii, no i oby media
chciały wypełniać swoje ustawowe i obywatelskie zadania.
Tymczasem rząd zapowiedział zamiar wprowadzenia zmian w Konstytucji RP. Już tego
samego dnia, kiedy premier ogłaszał wstępne założenia do projektu,
dowiedzieliśmy się, że nie uzyskał on akceptacji koalicjanta, czyli PSL. Projekt
będzie więc inicjatywą parlamentarną, a nie rządową.
Oto kilka wybranych, najbardziej charakterystycznych propozycji zmian. Ma
zmniejszyć się liczba posłów z 460 do 300, a senatorów ze 100 do 49. Weto
prezydenta będzie można odrzucić większością nie 3/5 głosów, a większością
bezwzględną (50 proc. + jeden). Przy 300 posłach będzie to jedynie 151 głosów, a
nie jak dzisiaj 276 głosów. Tendencja osłabienia konstytucyjnej pozycji
prezydenta RP w państwie zawiera się też w pomyśle, aby Trybunał Konstytucyjny
rozpatrywał prezydenckie prawne wątpliwości tylko do trzech miesięcy. TK nie ma
być elementem prezydenckiej "gry" z parlamentarną większością. Po co zatem
wybieramy prezydenta w wyborach powszechnych?
Ale to już jest konsekwencja innej, znacznie ważniejszej zmiany polegającej na
odebraniu prezydentowi możliwości powoływania się na dotychczasowy konstytucyjny
zapis, że jest "najwyższym przedstawicielem Rzeczypospolitej Polskiej".
Prezydent musiałby się zadowolić jedynie tym, że jest "gwarantem ciągłości
władzy państwowej". Te zmiany potwierdzają "kanclerski" model (na wzór Niemiec)
władzy wykonawczej, jaką wybiera dla Polski Donald Tusk. Konsekwencją tych
zapisów ma być wtórna, usługowa względem rządu rola prezydenta w polityce
zagranicznej. W swoich zagranicznych relacjach prezydent będzie musiał działać
jedynie na wniosek i za zgodą szefa rządu.
Do pomysłów skrajnie liberalnych, do których wraca dziś Platforma Obywatelska,
należy wyrzucenie z Konstytucji rozdziału o KRRiT. Nie ma już być
konstytucyjnego zapisu o instytucji, która "stoi na straży wolności słowa, prawa
do informacji oraz interesu publicznego w radiofonii i telewizji". Jej
członkowie nie będą też musieli zawieszać swojego członkostwa w partii
politycznej. Te propozycje wpisują się w konsekwentną politykę PO mającą na celu
osłabienie roli mediów publicznych w państwie. Ale nie tylko mediów, skoro
według projektu zniknąć ma z Konstytucji zapis o Radzie Bezpieczeństwa
Narodowego. Ten krok nie może być interpretowany inaczej, jak dalsze osłabienie
prerogatyw prezydenta RP, dla którego RBN jest konstytucyjnym organem doradczym.
Innych niepokojących pomysłów zmian w Konstytucji jest znacznie więcej. Ale
warto też odnotować nieliczne, moim zdaniem, dobre koncepcje, jak np.
podniesienie ze 100 tysięcy do 300 tysięcy limitu głosów popierających kandydata
na prezydenta. Czy to jednak wystarczy, by ograniczyć wykorzystywanie wyborów
prezydenckich przez "egzotycznych" kandydatów do promowania siebie i swoich
towarów czy usług? Jest też długo oczekiwana zapowiedź, a raczej preludium do
zapowiedzi zmiany ordynacji wyborczej. Wieloletni sztandarowy postulat Platformy
Obywatelskiej wprowadzenia ordynacji większościowej dostaje szansę realizacji
dzięki wykreśleniu ze starej Konstytucji zasady proporcjonalności wyborów.
Wybory byłyby powszechne, bezpośrednie i tajne. Ale nie musi to oznaczać, że
zaistnieją jednomandatowe okręgi wyborcze w wyborach parlamentarnych.
Zastanawiam się, jaki jest sens występowania z kolejnym pomysłem reformowania
państwa, tym razem poprzez zmiany w Konstytucji, skoro przepisy obecnej Ustawy
Zasadniczej przewidują, że wymaga to akceptacji 2/3 głosów w Sejmie, a więc
zgody na zmiany ze strony PiS.
Wojciech Reszczyński
Autor jest komentatorem Programu 3. Polskiego Radia.
