Pokój raczej mało prawdopodobny

W Waszyngtonie trwają rozmowy liderów Izraela i Autonomii Palestyńskiej:
Benjamina Netanjahu i Mahmuda Abbasa. To kolejna próba rozwiązania
bliskowschodniego węzła gordyjskiego. Obecna administracja amerykańska pod
kierownictwem prezydenta Baracka Obamy potrzebuje sukcesu i liczy na to, że go
teraz osiągnie. Wybrała sobie wszakże pole nadzwyczaj trudne, bo nikt jeszcze
nie wygrał walki o pokój na Ziemi Świętej i nic nie wskazuje na to, żeby to
miało się stać akurat teraz.

– Stany Zjednoczone chciałyby utrzymać strategiczny sojusz z Izraelem, ale
jednocześnie zależy im na odzyskaniu twarzy w świecie islamskim, do czego mają
teraz okazję. Obama w kampanii wyborczej obiecywał odnowę relacji USA z
państwami muzułmańskimi i obecna inicjatywa rozmów wpisuje się w tę wizję
polityki – mówi dr Przemysław Osiewicz, ekspert w dziedzinie stosunków
międzynarodowych z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu. – Nie wiemy tylko,
na ile to jest szczere – dodaje.
Na szczerość w tym konflikcie trudno liczyć. Życie kilku milionów zwykłych ludzi
mieszkających na tej ziemi i ich codzienny byt, ochrona miejsc świętych trzech
religii, potrzeby ruchu turystycznego i pielgrzymkowego, szansa na rozwój
gospodarczy – to wartości, które nierzadko przegrywają w konfrontacji z
zakorzenioną od lat wzajemną niechęcią, interesami struktur siłowych obu stron,
tych, którzy dostarczają im broń, szkolą terrorystów.

Miejsce na państwo żydowskie

Przyczyny obecnego stanu rzeczy są niewyobrażalnie odległe w czasie. Państwo
żydowskie, istniejące jako rzymska prowincja, które znamy z kart Nowego
Testamentu, przestało istnieć w roku 70, po zburzeniu Jerozolimy przez rzymskie
legiony pod wodzą Tytusa Flawiusza, i odtąd obecność Żydów na ziemi, którą
uważają zgodnie z Pismem Świętym za Ziemię Obiecaną, stopniowo słabnie. Dominują
narody ościenne, najczęściej także semickie, w tym Arabowie. Przez stosunkowo
krótki czas (1099-1291) wyprawy krzyżowe przyniosły panowanie Europejczyków,
jednak kolejne lata, do wieku XX, to już wyłącznie rządy władców muzułmańskich,
w tym od 1517 roku imperium osmańskiego.
Ale Żydzi cały czas marzyli o powrocie do Jerozolimy i z czasem do Palestyny
zaczęło przybywać coraz więcej żydowskich osadników. Następnym etapem w drodze
do utworzenia żydowskiego państwa było sformułowanie przez Theodora Herzla
(1860-1904) tez, znanych jako ideologia syjonizmu. Pomijając całą złożoność i
wewnętrzne zróżnicowanie tego ruchu, stanowił on inspirację do odtworzenia
własnego kraju. Hasło budowy państwa żydowskiego w Palestynie ze stolicą w
Jerozolimie z odrodzoną żydowską myślą i kulturą, językiem hebrajskim musiało
pociągać Żydów z całego świata i wielu skłoniło do osiedlania się w Palestynie.
Inni myśleli bardziej dalekowzrocznie. Gromadzili środki, szukali poparcia
politycznego i wojskowego dla realizacji swojej idei.
Od 1922 roku Palestyna wchodzi do tak zwanego Mandatu Brytyjskiego, czyli
terytorium na Bliskim Wschodzie o nieokreślonym statusie państwowym, nad którym
rządy sprawowała Wielka Brytania. Oddziały żydowskie były obecne przy tworzeniu
tego tymczasowego tworu politycznego, Żydzi byli też najliczniej osiedlającymi
się na jego obszarze. Ale rezolucja Ligi Narodów była jasna: prawa
dotychczasowych mieszkańców, wyznających islam, arabskich Palestyńczyków musiały
pozostać nienaruszone. Ambicje przybywających z różnych stron świata Żydów były
większe, a Palestyńczycy w tym przeszkadzali. Pokój od początku był nietrwały i
utrzymywany siłą stacjonujących wojsk brytyjskich. Działo się tak aż do II wojny
światowej, która zasadniczo zmieniła konfigurację sił i stosunków we
współczesnym świecie. Zaangażowana w wojnę Wielka Brytania nie miała sił ani
środków, aby zajmować się Palestyną, zaś masowe niemieckie ludobójstwo Żydów
umocniło w wielu z nich przekonanie, że bezpieczni mogą być tylko we własnym
państwie i należy je utworzyć za wszelką cenę.
To tragiczne doświadczenie stanowiło – jak twierdzą politycy i historycy
żydowscy – impuls do podjęcia walki zbrojnej, i taka walka została podjęta. W
1947 roku Wielka Brytania oficjalnie wycofała się, oświadczając, że nie jest już
w stanie rozwiązywać napięć między Żydami i Palestyńczykami. Doszło wówczas do
otwartej wojny, zwanej I wojną izraelsko-arabską, podczas której 14 maja 1948
roku ogłoszono powstanie państwa Izrael. Po ustaniu działań wojennych nastąpiło
zawieszenie broni i wytyczenie tymczasowej granicy (tzw. zielonej linii).
Wschodnia część Palestyny, zwana odtąd Zachodnim Brzegiem Jordanu (obejmująca
też Wschodnią Jerozolimę), przypadła Jordanii, położona na południu, nad
brzegiem morskim Strefa Gazy miała należeć do Egiptu.
Od tego czasu Izrael właściwie cały czas walczy z państwami arabskimi, nie mając
uregulowanych stosunków z żadnym ze swoich sąsiadów. Najważniejsze punkty
zwrotne w tej historii to tzw. wojna Jom Kippur w 1973 r., gdy Izrael zajął Gazę
i Zachodni Brzeg Jordanu. Na terenach tych zaczęły powstawać – będące obecnie
jednym z głównych problemów do rozwiązania w pokojowych negocjacjach – osiedla
żydowskie. Są one geograficznie niemal przemieszane z miejscowościami
palestyńskimi i ich istnienie utrudnia sensowne wytyczenie granic ewentualnego
Państwa Palestyńskiego. W 1978 r. podpisano w Camp David traktat pokojowy
izraelsko-egipski, a w 1993 r. w Oslo – porozumienie, na mocy którego powstała
na okrojonych terenach Zachodniego Brzegu i Gazy ograniczona forma państwowości
palestyńskiej, tzw. Autonomia Palestyńska ze stolicą w Ramallah. Jednocześnie
wciąż trwały powstania palestyńskie tzw. intifady.

Współistnienie, ale za jaką cenę?

Tak czy inaczej powstanie Autonomii Palestyńskiej było ukoronowaniem życiowej
walki przywódcy Palestyńczyków Jasera Arafata (1929-2004). Celem jego następcy
Mahmuda Abbasa jest utworzenie dla swojego narodu prawdziwego państwa.
Krótkie okresy względnego spokoju kończą się w Palestynie szybko. Wystarczy
jedna prowokacja albo zamach terrorystyczny, aby kruchy pokój zaraz ustąpił
miejsca wojnie. Palestyńczycy zamknięci i odgrodzeni zbudowanym w 2004 roku
murem nie widzą dla siebie przyszłości, borykają się z ubóstwem i bezrobociem.
Łatwo wtedy o rozwój wszelkiego rodzaju ekstremizmu. A ten rodzi izraelski
odpór, najczęściej brutalny i niewspółmiernie radykalny.
Czy obecne rozmowy mają jakieś szanse? Eksperci patrzą na to powściągliwie. Może
się to skończyć tak, że po długich rozmowach jakieś porozumienie zostanie
zawarte. Może ktoś z tej okazji dostanie nawet Pokojową Nagrodę Nobla, ale nadal
będzie tak jak było – wyjaśnia dr Przemysław Osiewicz. Być może z tego powodu w
imieniu Unii Europejskiej komisarz Catherine Ashton zrezygnowała z udziału w
rozmowach, w których nie może reprezentować wspólnego stanowiska krajów
członkowskich, gdyż są one w kwestiach bliskowschodnich podzielone. Przeciwnie
uczyniła Rosja. Jej minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow zapowiedział
zwiększone zaangażowanie dyplomacji rosyjskiej w waszyngtońskich rozmowach. –
Popieramy toczące się rozmowy, wiemy o sprzeciwach i protestach, ale nie
odbieramy im z góry szans powodzenia. Ta szansa jest. Czasem deklaracje stron są
na początku nierealistyczne, ale potem nabierają one do siebie zaufania i
dochodzi do porozumienia. Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, aby sprawy
potoczyły się w tym kierunku – powiedział.
– Rosja ma o wiele lepsze notowania w świecie arabskim niż Stany Zjednoczone.
Rosja może naciskać na Palestyńczyków, ale zwłaszcza na Syrię i Iran – tłumaczy
dr Osiewicz. Czy jednak będzie miała rzeczywistą motywację i determinację, aby
to uczynić wbrew swoim interesom.

Piotr Falkowski

drukuj