Od kłamstwa do nienawiści
Społeczeństwo polskie atakowane jest brutalnym słowem agresywnych
polityków, szczególnie w ostatnich kilku latach, a wymowa tych słownych ataków
staje się coraz ostrzejsza. Dziś można już mówić o zimnej wojnie słownej, która
stanęła na granicy wojny gorącej.
Najpierw zabija się słowem, potem przechodzi się do rękoczynów. Tak było w
hitlerowskich Niemczech – w czasie nazistowskich wieców, i jest to cecha
charakterystyczna całej ich propagandy. Tak było w PRL od samego początku tego
sowieckiego dominium, gdy komunistyczna propaganda najpierw opluwała polskich
patriotów, by następnie mordować ich w katowniach UB. Tak było zresztą do
ostatnich dni PRL, gdy jeszcze w późnych latach 80. ginęli księża i działacze
niepodległościowi, skrytobójczo mordowani. Po dziś dzień nie wyjaśniono tych
zbrodni poprzedzonych brutalną nagonką medialną.
Zadziwiająca jest postawa połowy uczestniczących w wyborach Polaków, którzy
akceptują taki styl uprawiania polityki i taki język "społecznego dyskursu".
Niektórzy ludzie jakby zostali zaczadzeni tą mową nienawiści, nie można z nimi
nawiązać normalnej rozmowy, nie chcą słuchać żadnych argumentów. Sytuacja taka
jest zaprzeczeniem jakiejkolwiek formy demokracji. Jest tej demokracji
kompromitacją, jeżeli w ogóle mamy jeszcze do czynienia z demokracją. Co się
stało z ludźmi? Podziały idą nieraz w poprzek rodzin, najczęściej
nieprzekraczalną granicą porozumienia jest cenzus majątkowy. Ale w wielu
przypadkach "zaczadzone" są także te osoby, które najwcześniej mogą na własnej
skórze odczuć skutki takiego brutalnego rządzenia.
Jak u Andersena
W znanej baśni-przypowieści Hansa Christiana Andersena na dwór cesarski
przybywają wędrowni tkacze, zachwalając swoje doskonałe umiejętności. Wzięli
obfity zadatek na poczet powstających w ich warsztacie tkanin. Dostojni
urzędnicy dworscy przychodzili sprawdzać postęp prac. Zachwycali się pięknem
materiałów i powstających szat, choć warsztat tkacki był pusty… Oni jednak
zdawali się tego nie widzieć. Bali się, że inni uznają ich za głupców… Dopiero
gdy szaty były już "gotowe", a władca paradował w nich przez stołeczne miasto,
jeden z najmłodszych poddanych zawołał spontanicznie: "Król jest nagi"!
Diagnozy Rudniańskiego
Ta sytuacja powtarza się po dziś dzień. Ludzie dają sobie wmówić nie tylko
głupstwa, ale nawet podłości. Jarosław Rudniański (1921-2008) poświęcił jeden z
rozdziałów swej pracy "Homo cogitans" (1975) metodom manipulacji, czyli metodom
ograniczania swobodnego myślenia stosowanym w środkach społecznego przekazu.
Można dziś podziwiać, jak trafnie, wnikliwie i w sposób zwarty już na początku
lat 70. opisał metody manipulacji medialnej, które dziś obserwujemy! Oczywiście,
przykłady, jakimi się posługiwał, odnosiły się do języka propagandy Goebbelsa
czy Mussoliniego albo "propagandy imperialistycznej", bo wówczas jedynie w takim
kamuflażu można było dokonać klasyfikacji chwytów propagandowego kłamstwa,
wszechobecnego na co dzień w komunistycznych mediach. Omawiany fragment książki
ukazał się być może przez niedopatrzenie ówczesnego cenzora lub zbagatelizowanie
tekstu "schowanego" wśród rozważań o myśleniu twórczym i kryteriach wartości.
Gdy czytamy ten tekst dzisiaj, uderza nas jego niezwykła aktualność i trafność
diagnozy. Rudniański wyróżnił kilkanaście metod manipulacji stosowanej w
mediach. Wszystkie one są dziś obecne, może tylko jeszcze udoskonalone i
stosowane w gigantycznych wymiarach, czego zapewne przed laty autor nie
przewidział.
Rudniański wprowadził pojęcie zatrucia informacyjnego środowiska społecznego
człowieka. I wyjaśniał, iż "zatrucie informacyjne polega m.in. na tym, że wśród
olbrzymiej ilości informacji niewiele jest informacji rzeczywiście dla człowieka
istotnych i niewiele jest informacji prawdziwych. Mamy zatem do czynienia z
deprawacją natury etycznej poprzez bardzo dużą ilość przekazów wzrokowych i
słownych. Oddziałują one na człowieka w ten sposób, iż przestaje on swobodnie i
samodzielnie myśleć, traci kontakt z rzeczywistością pozaznakową". Ważne jest
podkreślenie zachodzącej tu deprawacji natury etycznej za pośrednictwem
stosowania owego procederu. Zatrucie informacyjne prowadzi do obezwładnienia
umysłowego człowieka, u którego zanika wszelka inicjatywa poznawcza,
"stabilizują się horyzonty myślowe, a to, co indywidualne, ulega zamrożeniu,
staje się statyczne", człowiek staje się bezwolny w rękach propagandzisty.
Rudniański powołuje się na prace badaczy amerykańskich nad tym zjawiskiem z lat
60. odnoszące się do zjawisk propagandy politycznej i reklamy.
Wszechobecny PR
Dziś zamiast o propagandzie mówi się częściej o tzw. public relations, pojęciu
przeniesionym z języka angielskiego, początkowo stosowanym przeważnie do
prezentacji firm i ich produktów wobec szerokiej klienteli, ostatnio jednak
częściej o PR lub PR-owcach – pracownikach działających na tym polu – mówi się w
odniesieniu do polityki i partii politycznych.
Public relations stała się dziedziną profesjonalną, istnieje szereg firm
zajmujących się tym obszarem w zależności od tego, co zachwalają – towar czy
jakiegoś polityka. Osiągają niekiedy krociowe zyski. Wyższe uczelnie wprowadzają
specjalne kierunki kształcenia PR-owców, istnieją stowarzyszenia firm i
zawodowców z tej branży, a nawet Rada Etyki PR. Wszystko więc wydaje się być w
jak najlepszym porządku. Tylko że zwykły śmiertelnik na ogół nie zdaje sobie
sprawy z tego, że podlega ogromnej machinie manipulacji i że "wiadomości" i
"informacje", jakie do niego docierają, nie mają wiele wspólnego z
rzeczywistością. Pół biedy, jeżeli dotyczy to nowego modelu kapelusza czy butów.
Gorzej, gdy odnosi się to do całej organizacji życia publicznego i perspektyw
społeczeństwa, do polityki.
Już w początkach XIX w. odkrył pewien ówczesny "pijarowiec", że "nieważne, co o
mnie mówią, ważne, żeby poprawnie pisali nazwisko". Tak też i dziś czytelnik,
słuchacz czy telewidz rozpoznaje tego polityka, o którym po prostu częściej się
mówi i to niezależnie od tego, co o nim się mówi i co on mówi. Przyjmuje się
bezrefleksyjnie to, co głosi, choć byłyby to kompletne bzdury lub krańcowa
niegodziwość – tylko dlatego, że powiedział to wobec wielomilionowej widowni,
głośno i z zastosowaniem jakichś ekstrawaganckich gagów. Sytuacja wypisz,
wymaluj jak z bajki Andersena o nowych szatach cesarza!
PR lepszy niż propaganda
Przy tej okazji warto zwrócić uwagę, że już tu mamy do czynienia z zastosowaniem
jednej z wyróżnionych przez Rudniańskiego metod manipulacji medialnej – metodzie
zmiany nazwy. Nie mówi się już o propagandzie, które to słowo po latach zaczęło
się ludziom źle kojarzyć i nie budzi zaufania. W to miejsce wstawia się termin
obcojęzyczny "public relations", choć wielu z nas nie zna przecież języka
angielskiego. Wprowadza się spolszczenie PR-owcy, jeszcze mniej zrozumiałe.
Zanim powszechnie będzie kojarzone z manipulacją, czyli zwykłym kłamstwem,
trochę czasu upłynie, a do tej pory można sobie na wiele pozwolić… Zapewne
pojęcie to i stosowana metoda ugruntowane są na relatywizmie poznawczym, który
"filozoficznie" uzasadnia proceder kłamstwa. Tak bywa szczególnie na gruncie
polityki.
Zawsze coś się przyklei…
Blisko tego jest metoda powtarzania sloganów wyróżniona przez Rudniańskiego.
Slogan jest stylistycznym skrótem myślowym i zastępuje pełne i wnikliwe opisanie
realnej rzeczywistości kilkoma słowami. Slogan musi być krótki, wpadający w ucho
i niekoniecznie prawdziwy. Słuchacz tego sloganu nie będzie się zastanawiał nad
prawdziwością sformułowania, "wykorzystuje się zatem lenistwo myślowe ludzi".
Ostatnio tak dalece odbiega się od rzeczywistości, że zupełnie bez żadnego
skrępowania jako sloganu używa się zwykłej obelgi w odniesieniu do przeciwnika
politycznego. Operujący takim sloganem odwołuje się do najniższych instynktów
człowieka. Celuje w tym między innymi poseł PO Janusz Palikot, także niektórzy
niemieccy pismacy obrzucający śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego sloganami –
obelgami. Takiego schamienia życia publicznego nie przewidział nawet wnikliwy
profesor Rudniański. Nasza rzeczywistość przerosła jego diagnozy i opisy.
Ośmieszyć, wyszydzić…
Bez skrępowania stosuje się dziś metodę ośmieszania, ale wbrew temu, co sądził
Rudniański, ośmiesza się nie tylko ludzi, także ich poglądy. Jest to niekiedy
metoda równie skuteczna jak metoda sloganów. Obelgi i ośmieszanie na trwałe
przylegają do potraktowanych tym sposobem ludzi. Wykluczają jakąkolwiek
racjonalną refleksję i krytyczną ocenę rzeczywistości. Ośmieszający slogan i
obelga zastępują myślenie. Nie pozostawiają miejsca na jakikolwiek dialog i
wymianę argumentów. Nie chodzi tu bowiem o żadne argumenty.
Po prostu kłamstwo
Główna jednak zasada manipulacji medialnej polega na kłamstwie. Kłamstwie
dozowanym w różnych proporcjach jako ćwierćprawdy i półprawdy, a w ostateczności
jest to po prostu zwykłe, stuprocentowe kłamstwo. I okazuje się, że jest to
metoda ostatnio najpowszechniejsza. "Metoda bezpośredniego kłamstwa, którą
często posługiwała się propaganda nazistowska, wymagała dużej dozy bezczelności
i pewności siebie" – pisał Jarosław Rudniański. Okazuje się, że nie tylko
naziści to potrafią, także dziś ową bezczelnością i pewnością siebie osiągają
swoje cele współcześni PR-owcy i ich medialne tuby, politycy hołdujący metodom
bezpośredniego kłamstwa. Dziś stosuje się tę metodę, gdy oczywiste jest, że
prawda dla dysponentów owych kłamstw jest bardzo niebezpieczna. Wypuszcza się
takie postacie, które działają niby "na własny rachunek", ale nie dezawuuje się
tego, co mówią i czynią, trzyma się ich jako funkcyjnych w strukturach partii,
traktując ich wobec szerokiej publiczności niby jak oryginałów czy maniaków, ale
w pełni korzysta się z efektów ich działalności medialnej. Ustanawia się
najwyższej rangi urzędnika po to, aby nie brać na siebie odpowiedzialności za
jego gafy czy niegodziwości. A gdy nawet głównemu dysponentowi kłamstw przyjdzie
stanąć przed kamerą i głosić oczywiste nieprawdy, to wówczas ucieka wzrokiem na
bok, nie ma odwagi spojrzeć w oko kamery – jak premier, gdy mówił o tzw.
profesjonalnej armii, której po prostu już w ogóle nie ma. Polska została
rozbrojona pod pozorem uzawodowienia armii, likwiduje się nawet takie służby,
jak kwatermistrzowskie zabezpieczenie wyżywienia wojska, wojskowe kuchnie,
szpitale itd. Tusk mówi natomiast o tym jako o wielkim sukcesie PO i jego rządu.
Kłamstwo oczywiste i niezwykle perfidne. To zresztą tylko jeden z przykładów
likwidacji elementów polskiej państwowości, jest ich wiele, a wśród nich
pojawiające się tendencje separatystyczne, zmierzające do rozczłonkowania
państwa i bliskiej perspektywy jego likwidacji jako integralnego, samodzielnego
podmiotu na arenie międzynarodowej.
"Nienormalna" polskość?
Trudno się zresztą dziwić człowiekowi, który już na początku lat 90. mówił, że
polskość to nienormalność… I takiego człowieka wybiera się na premiera! To nie
tylko syndrom "nowych szat cesarza" z bajki Andersena. To jest tragedia. Oto,
jak daleko postąpiła degradacja poczucia tożsamości narodowej, patriotyzmu, a w
końcu także rozumnego rozeznania rzeczywistości politycznej. A odnosi się to w
dużej mierze do tzw. inteligencji, czyli ludzi podobno wykształconych. To skutek
wojennej i powojennej hekatomby polskiej inteligencji rozstrzeliwanej w masowych
egzekucjach przez obu sygnatariuszy paktu Ribbentrop – Mołotow. To także skutek
antypolskiej propagandy komunistycznej po 1945 roku, z całą masową akcją
mordowania i eliminowania z życia społecznego najwartościowszych Polaków, którzy
bronili niepodległego bytu Narodu i jego narodowej świadomości. To skutek
cenzurowania i wycinania całych obszarów polskiej kultury budującej poczucie
tożsamości narodowej i patriotyzmu. To szydzenie z Polski i z polskości,
bezkarne poniewieranie narodowych symboli, całkowita obojętność wobec tych
faktów organów ścigania i sądzenia za obrazę chociażby polskiej flagi. Kim są
owi ludzie, którzy winni bronić narodowych symboli i szacunku dla Polski, a tego
nie czynią?
Wrestling
Zamiast do poczucia godności narodowej, patriotyzmu, niektórzy politycy odwołują
się do najniższych ludzkich instynktów, do gustów publiczności widowisk typu
wrestling, gdzie przeciwnika traktuje się z niezwykłą brutalnością. Wśród tej
widowni poszukują i znajdują zwolenników. Dziś mamy do czynienia z polityką typu
wrestling i politykami – gwiazdorami wrestlingowego ringu. Typowym przykładem
takiego osobnika jest przywołany wcześniej Janusz Palikot – z fantomem penisa i
butelką wódki w rękach jako już powszechnie rozpoznawalnymi symbolami jego
formacji politycznej. Osobników tego rodzaju jest więcej, jak choćby poseł
Stefan Niesiołowski, a ze światka filmowego Kazimierz Kutz (kiedyś po prostu
Kuc…) i Andrzej Wajda – każdy z nich w swojej oryginalnej osobowości. Gdzieś
na peryferiach polityki, ale jako postać w tej mierze także bardzo ważna,
funkcjonuje Jerzy Owsiak, który pod przykrywką akcji humanitarnej każe młodym
ludziom tarzać się w błocie, w sensie dosłownym, fizycznym, ale także moralnym.
Jego działalność realizuje pewien postulat środowisk masońskich, by łączyć gesty
charytatywne z drenażem postaw moralnych i światopoglądowych. To także oparte
jest na wyrafinowanym kłamstwie medialnym.
"Lewica"
Z kłamstwami mamy do czynienia w propagandzie tzw. lewicy. Ostatnio mieliśmy
okazję zauważyć w czasie kampanii wyborczej nie do końca przemyślane
stwierdzenie jednego z kandydatów, z wyraźnym ukłonem w stronę owej "lewicy", że
dziś już nie mówi się "postkomuniści", ale "lewica", bo to są ludzie młodzi,
którzy nie przeszli osobiście przez partyjną karierę.
Ale karierę tę zaliczyli w większości ich ojcowie. To oznaczało przejęcie ich
bagażu ideowego i wszystkich okoliczności życiowego "ustawienia". Dramatyczne
wydarzenia przy krzyżu smoleńskim na Krakowskim Przedmieściu odsłoniły prawdziwe
oblicze lewicy. Demagogia jako styl publicznego dyskursu – znany zarówno u
komunistów, jak i u nazistów – przerodziła się w bezpośredni brutalny atak.
Lewackie bojówki nawołujące: "mohery na stos!", posługując się językowym
stereotypem autorstwa Donalda Tuska, co wskazuje na ich ideowe pokrewieństwo,
obaliły złudzenia na temat ucywilizowanej wersji "nowej lewicy". To są te same,
co za komuny, bandyckie metody, które doprowadziły do morderstwa bł. ks. Jerzego
Popiełuszki i wielu innych księży, których morderców do tej pory nie wykryto. A
nie rozpłynęli się oni w powietrzu, nadal gdzieś są i być może szkolą swoich
następców.
Kłamstwa lewicy są, najogólniej mówiąc, dwa. Jedno to szeroko pozorowana troska
o warunki życia, płace i dobra socjalne "ludzi pracy", którzy mieliby na nich
głosować. Doświadczenia dziesiątków lat komunizmu stosowanego w ZSRS i
"demoludach", milionowe ofiary represji komunistycznych na wszystkich właściwie
kontynentach, gdzie tylko przechwycili władzę, są dobitnym dowodem na tragiczne
skutki tego kłamstwa. Współcześnie "lewica", po kompromitacji reżimów
komunistycznych i ich wszelkich dobrodziejstw dla "szerokich mas ludzi pracy
miast i wsi", zwraca się o poparcie do środowisk obyczajowo wyalienowanych
społecznie, gejowskich i lesbijskich, współpracując w tej mierze z ośrodkami
mającymi na celu drastyczne ograniczenie populacji ludzkiej w skali globalnej.
"Lewica" popiera więc bez zastrzeżeń szeroko dostępną aborcję, antykoncepcję i
środowiska homoseksualne – jako metody ograniczenia liczby ludności. Środowiska
gejowskie nie przysporzą dzieci rodzajowi ludzkiemu… Tworzy się znowu drogą
kłamstwa propagandę ludzi podobno szczęśliwych, a w istocie w dużej mierze
nieszczęśliwych, bo zredukowanych do ekscytacji genitaliami. Popierają ich i
uczestniczą w paradach gejowskich działacze "lewicy". Młody człowiek, którego
zainteresowania i horyzonty zostały tak znacząco zredukowane, nie będzie się
angażował w obronę Ojczyzny, pogardzi mundurem Wojska Polskiego, bo zupełnie
jest mu obojętna wolność i polska tradycja wojenna i rycerska. Owa "lewica" ma
dziś w swoim dorobku miliony zamordowanych przed narodzeniem dzieci. Najnowszymi
"osiągnięciami" w tej mierze szczyci się hiszpański premier, socjalista José
Luisa Zapatero, idol polityczny zarówno lidera SLD Grzegorza Napieralskiego, jak
też – może bardziej skrycie eksponowany – lidera PO Donalda Tuska, który
ostatnio popisał się groźbą użycia siły w celu usunięcia obrońców krzyża
upamiętniającego tragedię smoleńską. Język fałszu i zakłamania, jakim posługuje
się zarówno nowy prezydent, jak i rząd, uaktywnia agresję skrajnie lewackich
środowisk wobec obrońców krzyża, jak i w ogóle wobec Kościoła katolickiego.
Dzieje się to przy obojętności i cichej aprobacie władz.
"Europejczycy"
Formacja polityczna Platformy Obywatelskiej – zarówno rząd pod przewodem Donalda
Tuska, jak i zaprzysiężony ostatnio prezydent Bronisław Komorowski –
"zeuropeizowała się", czego wyrazem było rugowanie krzyża w stolicy – i to nie
tylko tego smoleńskiego, ale już parę tygodni wcześniej przydrożnych krzyży
stawianych spontanicznie w miejscach, gdzie ktoś zginął w wypadku drogowym.
Władze stolicy, pozostające we władaniu PO, czyniły to skrycie pod osłoną nocy,
jakby kierując się resztkami wstydu. Natomiast Bronisław Komorowski, nie
wstydząc się, wydał wojnę krzyżowi jeszcze przed objęciem urzędu prezydenckiego.
Wtóruje im lewica. A wszystko doskonale harmonizuje ze sprawą obrony krzyża we
włoskiej szkole, o co walczą Włochy, jednak ich starań PO na forum europejskim
wyraźnie nie poparła. Jest to także skutek wcześniejszych ataków na krzyże na
żwirowisku opodal obozu w Oświęcimiu i czynionych tam ustępstw, tak jakbyśmy nie
byli w Polsce, ale na jakimś czasowo administrowanym kawałku ziemi. Dziwią także
pojawiające się opinie, że krzyż smoleński ma jakoby tworzyć legendę poległego
prezydenta. Stawianie krzyży to dawny polski zwyczaj. Krzyże i kapliczki
zaznaczały granice polskości, w szczególności na zachodnich rubieżach Polski, o
czym pięknie w swoich esejach pisał przed laty historyk sztuki prof. Tadeusz
Chrzanowski w zbiorze "Żywe i martwe granice". Krzyż w polskiej tradycji i w
polskiej kulturze nie jest czymś przypadkowym i okazjonalnym, jest ściśle
zrośnięty z polskością. Jeśli ktoś twierdzi, że tego nie rozumie, lub udaje, że
nie rozumie, to wkracza na pole medialnego kłamstwa.
Przemoc i arogancja
Ksiądz biskup Adam Lepa, medioznawca, autor wielu prac naukowych i
popularyzatorskich na temat funkcjonowania świata mediów, w jednym ze swoich
wykładów przypomina fragment wypowiedzi Jana Pawła II w ONZ w roku 1995:
"Oderwana od prawdy o człowieku wolność wyradza się w życiu indywidualnym w
samowolę, a w życiu politycznym w przemoc silniejszego i arogancję władzy".
Przemoc i arogancja władzy wobec społeczeństwa wyraża się ostatnio w zagarnianiu
mediów publicznych dla jednej tylko grupy opcji politycznych, w zwalczaniu
różnymi sposobami mediów niezależnych, w szczególności katolickich i
patriotycznych. W zwalczaniu prawa szerokich środowisk społecznych do wyrażania
religijnych i patriotycznych treści oraz emocji.
Troską ks. bp. Adama Lepy jest stan społeczeństwa polskiego, któremu tak łatwo
daje się wmówić właściwie cokolwiek. Wskazuje on na pasywność w odbiorze treści
medialnych, która stanowi swoisty "dorobek" okresu PRL, kiedy obowiązywał
państwowy monopol informacyjny i publiczność niejako przywykła do ówczesnych
technik manipulacji medialnej. Inną przyczyną tego stanu rzeczy może być
zagarnięcie w dużym procencie rynku medialnego przez obcych wydawców prasy i
nadawców audiowizualnych. Podobnie jak o pochopnym wyzbywaniu się polskiej
gospodarki można mówić o wyprzedaży za bezcen polskich mediów.
Po roku 1989 staliśmy się łatwym łupem kolonialnej penetracji dla kogokolwiek,
kto by chciał nas złupić. Na wysokości zadania nie stanął pierwszy prezydent
odradzającej się Polski, który mógł wiele uczynić dla pełnego odzyskania przez
Polskę niepodległości, ale nie dorósł do swej roli. I nie chodzi o to, jakie
"kwity" podpisywał dla bezpieki, ale co uczynił, gdy otrzymał władzę. Może też
zabrakło nam rozeznania we współczesnym świecie, co wynikało z wieloletniego
oderwania od wolnego świata, skutkowało naiwnością i nieobyciem w zmaganiach z
różnymi amatorami łatwych zysków naszym kosztem. Czas już ostateczny, aby z tych
dramatycznych doświadczeń wyciągnąć naukę.
Autor jest dziennikarzem, dokumentalistą, autorem wielu filmów, m.in. dokumentu
pt. "W lasach Piaśnicy" ukazującego zbrodnię niemiecką na Polakach w Lesie
Piaśnickim opodal Wejherowa, do której doszło jesienią 1939 roku. Film ten
zdobył nagrodę specjalną prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego na 24. Międzynarodowym
Katolickim Festiwalu Filmów i Multimediów w Niepokalanowie w 2009 roku. Jest on
także autorem m.in. 3-odcinkowego filmu przedstawiającego losy Polonii Wolnego
Miasta Gdańska "Tryptyk Gdański", filmu "Pieśnią moją jest Pan" poświęconego
działalności oświatowej bł. s. Alicji Kotowskiej, kilku filmów przedstawiających
sylwetki Sług Bożych z drugiego procesu beatyfikacyjnego polskich męczenników
okresu II wojny światowej i innych. Jest członkiem Katolickiego Stowarzyszenia
Dziennikarzy, a także Stowarzyszenia Gdynian Wysiedlonych. W latach 1990-2005
redagował "Gdański Magazyn Katolicki ETOS" w TVP Gdańsk.
Jarosław Rudniański (1921-2008) – filozof, psycholog i prakseolog, uczeń prof.
Tadeusza Kotarbińskiego. W czasie II wojny światowej trafił do sowieckiego
gułagu, z Armią gen. Andersa brał udział w walkach o Monte Cassino, po powrocie
do kraju zajął się pracą naukową. W książce "Homo cogitans" (1975) postawił
tezę, że ludzi trudno nazwać istotami rozumnymi (sapiens), że są raczej istotami
myślącymi (cogitans). W stwierdzeniu tym jest wiele realizmu i dobrotliwej
ironii w ocenie stanu psychiki i przypisywanego nam rozumu.
Lech Antoni Kujawski
