Kotula kontra Kulesza

We wrześniu w Sądzie Metropolitalnym w Przemyślu dojdzie do rozprawy
pojednawczej między prezesem Stowarzyszenia Contra in vitro Jackiem Kotulą a
posłem Platformy Obywatelskiej Tomaszem Kuleszą. Obaj panowie zostali wezwani do
pogodzenia się i znalezienia rozwiązania sporu. Tymczasem na razie nic nie
wskazuje na to, by do tego doszło. Czy zatem całą sprawę będzie musiał
rozstrzygnąć sąd kościelny?

Fakt wpłynięcia skargi potwierdził ks. dr Józef Bar, oficjał Sądu
Metropolitalnego w Przemyślu, który wyjaśnił nam także procedury dotyczące
przebiegu tego typu spraw. Zaznaczył też, że planowane spotkanie stron jest
jednak etapem wstępnym. – Najpierw sąd wzywa do ugody pomiędzy stronami. Jest to
wstępny etap przedprocesowy. Sąd od momentu wpłynięcia skargi ma miesiąc na
rozstrzygnięcie, czy sprawa zostanie przyjęta, czy nie. Okres ten może się
jednak przedłużyć z uwagi na czynności przedprocesowe; jedną z nich jest właśnie
wezwanie do ugody. Potem analizuje, czy są podstawy do przyjęcia skargi. W tym
przypadku byłby to proces sporny, nie karny – wyjaśnia ks. dr Bar. Jacek Kotula
jest usatysfakcjonowany, że wbrew temu, co głosiły niektóre media, jest odzew ze
strony sądu kościelnego. Stoi na stanowisku, że jeżeli ktoś kogoś obraża, to
powinien przeprosić. Przypomina, że gdyby poseł Kulesza odpowiedział na apel i
przeprosił, sprawa nigdy nie trafiłaby sądu. – Nie wolno nikomu opluwać
katolików. Po ustaleniu terminu na pewno będziemy na spotkaniu pojednawczym.
Zobaczymy, co poseł Kulesza będzie miał nam do zaproponowania. Teraz ruch jest
po jego stronie. W wypowiedziach dla różnych mediów twierdzi, że powtórzyłby raz
jeszcze to, co powiedział. Samo wyciągnięcie ręki w tej sytuacji na pewno nie
wystarczy – tłumaczy Jacek Kotula. Poseł Kulesza w rozmowie z "Naszym
Dziennikiem" zapowiedział, że owszem, stawi się przed sądem kościelnym, ale nie
wycofuje się z wcześniej wyrażonej opinii. – Ja nie zmieniam swojego zdania, bo
nadal uważam, że pan Kotula postąpił bardzo niegodziwie, i będę to podtrzymywał
także na tym spotkaniu. To nie ja rozpocząłem tę rozróbę, ale pan Kotula, który
obraził wówczas jeszcze marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego – zaznaczył
poseł Kulesza. Przypomnijmy, że sprawa dotyczy wydarzeń z 16 czerwca br., kiedy
to na dzień przed wizytą w Rzeszowie kandydata na prezydenta Bronisława
Komorowskiego na ulicach pojawił się samochód prowadzony przez Kotulę z lawetą,
a na niej billboard ze zdjęciem Bronisława Komorowskiego w zestawieniu z martwym
dzieckiem zabitym w wyniku aborcji. Pod zdjęciami widniały napisy: "Marszałek
Komorowski popiera kompromis aborcyjny" i "Kompromis aborcyjny zabija chore
dzieci". Inicjatorom zależało na podkreśleniu faktycznych poglądów Bronisława
Komorowskiego ubiegającego się o najwyższy urząd w państwie, który wielokrotnie
publicznie pochwalał tzw. kompromis aborcyjny. Ich zdaniem, jest to sprzeczne z
prawem naturalnym i z nauczaniem Kościoła. Chcieli też pokazać, że każdy
przypadek aborcji – bez względu na motywy sprawcy czy okoliczności – pozostaje
morderstwem. Oburzyło to posła PO Tomasza Kuleszę. Po jego interwencji w tej
sprawie lawetę z billboardem zatrzymano, a następnie zaaresztowano. Na łamach
jednej z lokalnych gazet poseł Kulesza nazwał Kotulę i organizatorów
billboardowej akcji "ateistami" i "praktykującymi niewierzącymi". Lekceważące
wypowiedzi posła na temat inicjatorów akcji pojawiły się także w innych mediach.
Dlatego Jacek Kotula wezwał Kuleszę do przeproszenia i wycofania się z
wypowiedzianych słów, a wobec braku reakcji skierował sprawę do Sądu
Metropolitalnego w Przemyślu o naruszenie przez posła praw osób wierzących i ich
do dobrego imienia.

Mariusz Kamieniecki

drukuj