Komu przeszkadza ten niewielki krzyż?
Z Beatą Przelaskowską, nauczycielką z Lublina, i jej bratem Arturem
Przelaskowskim, profesorem z Politechniki Warszawskiej, rozmawia Bogusław Rąpała
Czego wyrazem jest Państwa obecność i modlitwa pod krzyżem przed Pałacem
Prezydenckim?
Beata Przelaskowska: – Chciałam tutaj być, aby móc wyrobić sobie własne zdanie.
To, co widzę, jest obrazem naszego społeczeństwa, takiego, jakim ono jest, czyli
bardzo spolaryzowanego. Panuje napięta atmosfera i jest bardzo dużo agresji
wobec modlących się. Zachowanie tych młodych ludzi, którzy protestują przeciwko
krzyżowi, wymusza modlitwę za nich.
Artur Przelaskowski: – Chciałbym, żeby w tym miejscu powstał pomnik, jako forma
upamiętnienia osób, które były i są mi drogie. Oczywiście chodzi o coś więcej
niż o symbolikę samego krzyża. Po 10 kwietnia przychodziłem tutaj z rodziną.
Należę do "Solidarności" i miałem zaszczyt pełnić wartę przy trumnach pary
prezydenckiej. To, co tutaj wtedy przeżywaliśmy, ciągle jeszcze we mnie tkwi.
Dlatego wielkim smutkiem napawa mnie widok tych młodych ludzi, którzy tuż obok
modlących się śpiewają "Czterech pancernych".
Jaka jest przyczyna tego typu zachowań?
A.P.: – Ciągle się zastanawiam, dlaczego tak bezlitośnie nęka się obrońców
krzyża. W pełni solidaryzuję się z nimi. Podziwiam ich za modlitwę, umiłowanie
Boga i Ojczyzny, dążenie do prawdy, szacunek dla innych, pamięć o zmarłych i
wrażliwość. A obserwując zachowanie przeciwników krzyża, widzę, że została u
nich zatracona wrażliwość na drugiego człowieka, naszą tradycję narodową,
poszanowanie starszych i żałobę po zmarłych. Bo w jakimś sensie ciągle jeszcze
trwa żałoba po prezydencie Kaczyńskim i innych ofiarach katastrofy smoleńskiej.
Nad tym wszystkim powinniśmy się zadumać. Osoby, które modlą się tutaj od
tygodni, nie krzyczą i niczego nie manifestują. W nich nie ma agresji. Trwają w
postawie modlitwy, szacunku i nadziei na to, że ofiary tej tragedii zostaną
wreszcie godnie upamiętnione. Myślę, że jest to także ich reakcja na postawę
władzy względem tego wydarzenia. Wyczuwa się chłód i brak dobrej woli. Czy to
naprawdę taki wielki problem dla nowego prezydenta i rządu, że gromadzą się
tutaj ludzie, którzy się modlą? Dlaczego im to przeszkadza? Dlaczego komuś
przeszkadza niewielki krzyż? Gdzie mam się modlić za prezydenta, którego
szanowałem za to, co zrobił, jeśli nie tutaj? Wydaje mi się, że potrzebne są nam
refleksja, zaduma i spokojna rozmowa. A przede wszystkim – wzajemna tolerancja.
Ale przeciwnicy krzyża zupełnie nie wykazują takiej postawy.
B.P.: – Jako że na co dzień pracuję z młodzieżą, zadaję sobie pytanie, kto tych
młodych ludzi wychował, wykształcił i kto jest za to odpowiedzialny? Nasze
społeczeństwo jest po prostu chore i tę chorobę trzeba zdiagnozować. Wszyscy
musimy uderzyć się w piersi i zapytać samych siebie, w którym momencie jako
społeczeństwo popełniliśmy błąd. Ci młodzi ludzie za parę lat będą rządzić
naszym krajem! Tymczasem podczas gdy inni się modlą, oni "po piwku" krzyczą i
tańczą pogo, bez szacunku dla innych. Mimo to wobec tych młodych ludzi trzeba
dawać świadectwo.
Widzicie Państwo w tych wydarzeniach głęboki problem społeczny, tymczasem
zwłaszcza w mediach uparcie próbuje się je sprowadzić do zwykłej awantury
politycznej.
A.P.: – Według mnie, źle się dzieje, że poprzez media narzucany jest nam
polityczny kontekst tych wydarzeń. A tu chodzi o coś znacznie głębszego, o
elementarne wartości. W mojej kulturze, w której zostałem wychowany w małym
mieście na Podlasiu, oczywiste jest, że kiedy ktoś umiera, to nie mówi się o nim
źle. Wszyscy jednoczą się w bólu razem z jego bliskimi, modlą się i starają
uczcić zmarłego. Nikt nie próbuje tej śmierci wykorzystywać do własnych celów.
Dlaczego my, Polacy, nie możemy się tutaj po prostu spotkać? W tragicznych
okolicznościach zginęło prawie sto osób, które wspaniale służyły naszej
Ojczyźnie. Przecież oni wszyscy w chwili śmierci byli razem i nieważne, jaką
partię polityczną reprezentowali. Wszyscy w jednej chwili stanęli przed Bogiem.
I z tego my jako Naród i nasi rządzący powinniśmy czerpać naukę i siłę, i
wyciągnąć wnioski. Choćby takie, że są rzeczy poważniejsze, większe niż nasze
kłótnie. Co się stało z naszym poczuciem jedności z tych pierwszych dni po
tragedii kwietniowej? Dlaczego nie może stanąć w tym miejscu pomnik
upamiętniający tragedię, wokół którego wszyscy moglibyśmy się jednoczyć? Niech
prezydent uszanuje wartości drogie wszystkim Polakom. Wziął przecież na siebie
taki ciężar i taką służbę.
Jeśli dobrze rozumiem, traktujecie Państwo te wydarzenia jako swego rodzaju
rekolekcje…
A.P.: – Przyszedłem tutaj po to, żeby popatrzeć w moje serce, zadumać się nad
tym, co się tutaj dzieje, i odpowiedzieć sobie na pytanie, czy chcę bronić nie
tylko tego konkretnego krzyża, ale również krzyża w mojej pracy i w kontaktach z
innymi ludźmi. I czy potrafię zachować spokój i szukać jedności z tymi, którzy
mają zupełnie inne zdanie. Spotkajmy się na poziomie ogólnoludzkich wartości i
otwórzmy się na siebie. Gdyby ci modlący się ludzie byli tak naprawdę
nieistotni, nie organizowano by kontrmanifestacji. Oni wstrząsnęli całym krajem,
mówią o nich wszystkie media. Cieszę się, że tutaj jestem. I wierzę, że skoro
już się tutaj spotkaliśmy, to teraz będzie już tylko lepiej.
Dziękuję za rozmowę.
