Sofistyka nie pokona małżeństwa
Z prof. Peterem A. Redpathem, filozofem z Uniwersytetu Świętego Jana w
Nowym Jorku, rozmawia Łukasz Sianożęcki
W ostatnim czasie Sąd Okręgowy w Kalifornii odrzucił wyniki referendum, które
wprowadzało zakaz określania mianem "małżeństwa" układów homoseksualnych.
Dlaczego sąd zlekceważył wolę obywateli tego stanu?
– Sędzia Vaughn Walker, wydając orzeczenie, iż poprawka do konstytucji stanu
Kalifornia znana pod nazwą "Proposition 8", która broni tradycyjnie pojętego
małżeństwa jako związku kobiety i mężczyzny, jest niekonstytucyjna, stwierdził,
że dzieje się tak ze względu na wykluczenie przez nią związków jednopłciowych.
Uzasadniając swój wyrok, Walker wyraził opinię, że takie tradycyjne definiowanie
małżeństwa jest reliktem i artefaktem zamierzchłej epoki, czymś, co utrwala
stereotypy oraz wzmaga uprzedzenia. Wyciągając wnioski z takiego rozumowania,
Walker oparł swoje orzeczenie na stwierdzeniu, że "małżeństwo to związek równych
sobie osób". Jak dowodził, w przeszłości osoby homoseksualne nie były traktowane
na równi z heteroseksualnymi. Według niego, na fundamencie tego, że niegdyś
dochodziło także do nierówności w traktowaniu płci, ukształtowała się definicja
małżeństwa jako związku mężczyzny i zależnej od niego kobiety. Jak podkreślał,
dziś wszyscy są równi, także homoseksualiści i heteroseksualiści. Dlatego też
wyciągnął wniosek, że należy ustanowić nowe prawo. Uznał, że może to być prawo,
które przekracza stanową konstytucję, a tym samym łamie prawa cywilne obywateli.
Oczywiście decyzja Walkera jest zwyczajną sofistyką. To kolejny przykład tego,
jak amerykańscy oligarchowie wymiaru sprawiedliwości ignorują rzeczywiste
różnice występujące pomiędzy osobami i wypływające z tego wzajemne relacje i
zastępują je czymś nieistniejącym, fikcją.
Ciężko wyobrazić sobie, by ktoś nazwał "małżeństwem" związek dwóch mężczyzn.
Jednak w tym wszystkim nie chodzi przecież wyłącznie o nazewnictwo.
– Zasadnicza kwestia stojąca za decyzją Walkera nie dotyczy tylko małżeństwa.
Chodzi w niej o jakąś dziwaczną "modę" panującą wśród amerykańskich sędziów,
którzy w coraz większym stopniu zupełnie lekceważą sobie zapisy zawarte w
Deklaracji Niepodległości oraz filozoficzne korzenie konstytucji Stanów
Zjednoczonych, które wypływają z prawa naturalnego. W rzeczywistości współcześni
Amerykanie, wśród nich są także katoliccy sędziowie Sądu Najwyższego USA,
zaczynają się zachowywać jak zsekularyzowani protestanci. Wydaje im się, że
religia jest jakimś ślepym uczuciem czy irracjonalną emocją. Do tego dodają
stwierdzenie, tym razem prawdziwe, że religia jest źródłem moralności. Od kiedy
jednak religia i moralność zostały przez nich zasadniczo oddzielone od prawdy,
wówczas wyciągnięto trzecią przesłankę, czyli że prawo odwołujące się do
moralności jest irracjonalne. Dlatego, orzekając na temat związków
międzyludzkich, które przecież w znacznym stopniu odwołują się do prawa
moralnego, traktują oskarżonego, jak i skarżącego jako równe strony, jako
twórców własnej, prywatnej moralności i praw z nią związanych. Zachowując się w
ten sposób, sędziowie niejako bawią się w "krytokratów". Oni nie "czytają" ani
nie "interpretują" konstytucji USA. Oni stawiają się ponad nią jako wyższa
instancja moralnego porządku. W wyniku tego zastępują naszą ustawę zasadniczą
swoimi socjalistycznymi teoriami dotyczącymi moralności i polityki.
Skąd więc sami czerpią wiedzę na temat moralności?
– Dla Walkera równość jest zwyczajnie kwestią społecznego porozumienia. Nie
prawa naturalnego, ale tego, że "oświecona elita" pewnego dnia orzekła, że
ludzie są sobie równi. To jest trochę tak, jakby stwierdzić, że dana osoba ma
metr osiemdziesiąt wzrostu, dlatego że kilka osób powiedziało, że ma metr
osiemdziesiąt.
Na tej zasadzie można uchwalić różne bzdury. Do czego prowadzi takie
rozumowanie?
– Prawdą jest, że homoseksualiści i heteroseksualiści są nie mniej naturalnie
równi sobie jako osoby niż kobieta i mężczyzna. Jednakże już całkowitą nieprawdą
jest, jak twierdzi sędzia Walker, że małżeństwo to związek dwóch osób naturalnie
równych. Od zawsze był to związek osób naturalnie nierównych, w przypadku
których właśnie te naturalne różnice sprawiały, że były w stanie przyczynić się
do rozwoju porządku socjalnego, opartego na poszanowaniu wzajemnej odmienności.
Nie jest przecież żadną tajemnicą, iż naturalne małżeństwo pomiędzy kobietą i
mężczyzną jest podstawą każdego społeczeństwa. Takie społeczeństwa są
fundamentem istnienia, moralnej i politycznej władzy i wreszcie wynikającego z
tego systemu i porządku politycznego. I to właśnie takie społeczeństwo powołało
do życia amerykańską konstytucję. Nie zaś jakaś "jaśnie oświecona" grupka, jak
próbuje dziś dowodzić swoim postępowaniem sędzia Walker.
Obecnie sprawa wychodzi na arenę całego kraju. Co się stanie, jeśli Sąd
Najwyższy poprze opinię sądu w Kalifornii?
– Sędziowscy oligarchowie w typie Walkera nie mają żadnej moralnej ani tym
bardziej prawnej władzy, by zmieniać definicję małżeństwa, jasno sformułowaną w
amerykańskiej konstytucji. Kiedy więc sędziowie, którzy składali przysięgę, by
stać na straży konstytucji, zachowują się w ten sposób, zwyczajnie dopuszczają
się krzywoprzysięstwa. Myślę więc, że obywatele powinni respektować tę decyzję w
tym samym stopniu, jak akceptowaliby prawo nałożone przez despotę lub
krzywoprzysięzcę. W dłuższej perspektywie nie powinniśmy się jednak tego
obawiać. Jeśli takie prawo zostanie wprowadzone w szerszym stopniu, naturalne
małżeństwo podniesie się z taką siłą, że pogrzebie wszystkich swoich
przeciwników, z sędzią Walkerem włącznie.
Dziękuję za rozmowę.
