Polityczna próba sił

Inauguracja prezydentury Bronisława Komorowskiego łączy się z realnym już
przejęciem pełni władzy w państwie polskim przez Platformę Obywatelską. Monopol
to olbrzymi, zważywszy na fakt, iż PO ma za sobą również przychylne jej media,
nie tylko publiczne, które właśnie przejmuje, ale również prywatne, typu TVN czy
"Gazeta Wyborcza". Wszystko to daje wielką władzę. Czy taki monopol jest groźny,
czy raczej ułatwia zarządzanie państwem?

Wydaje się, że w przypadku Platformy Obywatelskiej główny problem polega na tym,
iż nie miała ona nigdy ochoty na realne rządzenie krajem. Jest to partia typowo
sondażowa, która czyniła rozliczne pozorowane ruchy, aby zyskać wyborców, a nie
po to, by realnie coś zrobić. Jak wszyscy wiedzą, państwo pod rządami PO wcale
nie jest tanie. Administracja się rozrasta, mnożą się też różnorakie
biurokratyczne utrudnienia. Główna zapowiedź programowa liberałów sprzed lat –
redukcja podatków, okazała się karykaturą dzisiejszej sytuacji, tj. zapowiedzi
podniesienia stawek podatku VAT o jeden procent. Finanse państwa są w tak
krytycznym stanie, że szuka się dochodów w portfelach zwykłych obywateli, a nie
w oszczędnościach administracyjnych. Jest to pierwszy bardzo niepopularny ruch
rządu po wygranych przez Bronisława Komorowskiego wyborach prezydenckich. Takich
decyzji będzie na pewno coraz więcej, co może być trudne do przyjęcia przez
wyborców nawet po przepuszczeniu tego wszystkiego przez czyszczący medialny
matrix.
Oczywiście można się spodziewać, że wyjdą na jaw z większą siłą walki frakcyjne
w Platformie. Już w mediach mówi się o nowym triumwiracie (przed laty stary
triumwirat stanowili Donald Tusk, Jan Rokita i Zyta Gilowska), który mieliby
stanowić: premier, marszałek Sejmu Grzegorz Schetyna i prezydent Komorowski.
Napięcia między tymi politykami mogą rosnąć, co już dało się zauważyć w
przypadku wyboru nowych członków Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji czy w
kwestii podwyższenia podatków. Wewnętrzne tarcia w PO mogą osłabiać to
ugrupowanie, zwłaszcza że nie da się w prosty sposób zrzucić winy za nieudolność
rządzenia na prezydenta czy w ogóle na opozycję.
Najbliższy rok zapowiada się zatem jako bardzo gorący w politycznych zmaganiach.
Kluczową rolę miało w tej walce odegrać Prawo i Sprawiedliwość, o czym świadczył
bardzo dobry wynik wyborczy Jarosława Kaczyńskiego. Strategia wyborcza szła w
kierunku przesunięcia PiS w stronę centrum i lewicy, o czym świadczyły
deklaracje prezesa Jarosława Kaczyńskiego dotyczące obozu postkomunistycznego
(przykład: stosunek do postaci Edwarda Gierka). Jednakże po wyborach strategia
zmieniła się radykalnie. Joanna Kluzik-Rostkowska, mimo zapowiedzi niektórych,
nie uzyskała po udanej kampanii żadnego eksponowanego stanowiska w PiS. Pojawiły
się też bardzo zdecydowane w tej partii oskarżenia pod adresem PO o zaniedbania
w sprawie śledztwa smoleńskiego. Strategia ta umacnia PiS w elektoracie
prawicowym, oddala go jednak od centrowego. Wielu komentatorów mówi o wielkim
błędzie Jarosława Kaczyńskiego, który może pogrzebać szansę na powrót do władzy
po przyszłorocznych wyborach parlamentarnych. Nikt jednak nie rozważa, że prezes
PiS mógł porzucić plan przejęcia władzy w przyszłym roku. Po pierwsze, jest to
bardzo mało prawdopodobne. Trudno liczyć, aby PiS zdobyło ponad pięćdziesiąt
procent mandatów. Po drugie, jedyny możliwy koalicjant – PSL, może być zbyt
słaby lub po prostu nie zechce wejść w układ z PiS. Zresztą posiadanie
minimalnej większości parlamentarnej dawałoby olbrzymie możliwości prezydentowi
Komorowskiemu w kwestii wetowania rządowych ustaw.
Strategia, którą przyjęło PiS, może świadczyć o tym, że Jarosław Kaczyński
zaplanował długi – trwający pięć lat – marsz po władzę. Wtedy (tj. w 2015 roku)
będziemy mieli do czynienia z podwójnymi wyborami – parlamentarnymi i
prezydenckimi, a więc będzie to sytuacja analogiczna do tej z roku 2005, kiedy
to prezydentem został Lech Kaczyński, PiS wygrało wybory parlamentarne i objęło
w koalicji z LPR i Samoobroną władzę w kraju. Jest to scenariusz dalekosiężny,
ale trudno wyrokować, czy realny. W każdym razie PiS może dążyć do tego, aby w
przyszłym roku Platforma była zmuszona do koalicji z SLD. Czteroletnie rządy
postkomunistów i PO mogłyby skompromitować oba ugrupowania, co w sposób
zasadniczy musiałoby wpłynąć na wyniki wyborów w 2015 roku.
W tej sytuacji jednym z głównych celów politycznych przywódców PO staje się
przejęcie elektoratu lewicowego. Taka próba kompletnie nie powiodła się w czasie
kampanii prezydenckiej. Poparcie Włodzimierza Cimoszewicza dla Komorowskiego, a
także wybór Marka Belki na prezesa NBP okazały się wyborczo nieskuteczne. Dobry
wynik Grzegorza Napieralskiego daje szansę odrodzenia siły SLD. Niewykluczone,
że Platforma zdecyduje się na "wysadzenie" alternatywnej partii lewicowej.
Doskonałym kandydatem na lidera takiej partii byłby Janusz Palikot, o czym sam
publicznie zakomunikował. Sąd partyjny przełożył datę rozpatrzenia wniosku o
wyrzucenie Palikota z PO, co może świadczyć o tym, że Donald Tusk rozważa różne
warianty gry o elektorat lewicowy.
Z perspektywy kraju przesunięcie sceny politycznej na lewo jest niezwykle
niebezpieczne. Z jednej strony wynika to ze wzrastającej siły SLD i pragnienia
innych partii (szczególnie PO) wejścia w elektorat lewicowy. Z drugiej jednak
strony, przesunięcie na lewo płynie z siły lewicowych mediów w Polsce. Wszystkie
wielkie stacje telewizyjne czy radiowe lansują liberalny obraz świata, podobnie
rzecz wygląda na poziomie prasy. Kapitał, który stoi za tymi mediami, albo ma
obce pochodzenie, albo posiada korzenie postkomunistyczne. Dla nikogo nie jest
tajemnicą, że świat polityki w sposób zasadniczy jest uzależniony od mediów,
gdyż to właśnie media kształtują opinię publiczną. Wielu zwykłych działaczy PO
dziwi się, jak to się stało, że ich partia tak bardzo przechyla się w lewą
stronę, mimo iż była – czy jest – określana mianem konserwatywnej. Opis
mechanizmu jest prosty: środowiska TVN czy "Gazety Wyborczej" nie udzielają
poparcia za nic.
Od czasu do czasu zdarzają się w społeczeństwie polskim przebudzenia, z jakimi
mieliśmy do czynienia po śmierci Jana Pawła II czy po katastrofie smoleńskiej.
Jednakże wpływ takich przebudzeń na scenę polityczną jest raczej chwilowy, gdyż
media w większości pracują nad jej manipulacją. O długotrwałym kształcie sceny
politycznej decyduje zaplecze społeczne i siła tego zaplecza, zaś w mniejszym
stopniu doraźne wybuchy społeczne.
W najbliższym czasie możemy się zatem spodziewać nie tylko rywalizacji między
PiS a PO. Przede wszystkim będziemy mieć do czynienia z próbą sił między PO i
SLD. Realny jest scenariusz, że skończy się to wymuszoną koalicją rządową obu
tych partii po przyszłorocznych wyborach parlamentarnych. Taki stan rzeczy może
kosztować kraj bardzo dużo poprzez wprowadzanie różnorakich lewackich pomysłów
ustawowych (przykład: niedawna nowelizacja ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w
rodzinie).
Oczywiście do tego dodać musimy odejście od procesów dekomunizacyjnych, co
będzie szczególnie widoczne podczas prezydentury Bronisława Komorowskiego. Wielu
komentatorów prawicowych ocenia, że nowy prezydent jest o wiele bardziej
uzależniony od nieformalnych układów postkomunistycznych niż inni liderzy PO.
Jego sukces wyborczy będzie się z pewnością łączył z obroną interesów tych
środowisk.
 

Prof. Mieczysław Ryba

Profesor Mieczysław Ryba jest kierownikiem Katedry Historii Systemów
Politycznych XIX i XX wieku Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II,
wykładowcą w WSKSiM, członkiem Kolegium IPN.

drukuj