Prezydent spłaca polityczny dług

Z ks. prof. Waldemarem Chrostowskim, biblistą z Uniwersytetu Kardynała
Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, rozmawia Dariusz Pogorzelski

Przed Pałacem Prezydenckim byliśmy świadkami gorszących scen. Czy musiało do
tego dojść?

– Na początku trzeba odróżnić dwie rzeczy: to, co faktycznie działo się pod
krzyżem, od tego, jak zostało to nagłośnione. Był to bowiem sposób zupełnie
bezprecedensowy, z niczym nieporównywalny. Jest we mnie ten sam smutek i ból,
jaki odczuwałem kilka lat temu w związku z niedoszłym ingresem ks. abp.
Stanisława Wielgusa. Myślę, że coś podobnego się powtórzyło, ponieważ Warszawa
była w centrum uwagi nie tylko całej Polski, ale i wielu krajów Europy i świata.
(…) Moim zdaniem, największym poszkodowanym był sam Ukrzyżowany Chrystus. Bo
pamiętajmy, że nie tylko o symbol, o krzyż jako kawałek drewna tutaj chodzi, ale
o znak, którego źródłem i punktem odniesienia jest Kalwaria. I wszyscy ci,
których to dotyczy, powinni mieć to nieustannie na uwadze.

Wspomniał Ksiądz Profesor o złożonych przyczynach tej eskalacji konfliktu. Co
konkretnie Ksiądz miał na myśli?

– Tych przyczyn jest bardzo dużo. Nawarstwiło się wiele rozczarowania,
frustracji, bólu, niepokoju, który w dużej części jest uzasadniony. W grę
wchodzą bowiem bardzo różne okoliczności. Pierwsza to ta, że upływają prawie
cztery miesiące od katastrofy smoleńskiej, a my zamiast wiedzieć coraz więcej,
wiemy coraz mniej i coraz mniej rozumiemy z tego wszystkiego. W pierwszych
tygodniach można było odnieść wrażenie, że rozmaici decydenci polityczni dawali
poznać, że oni wiedzą więcej, a wy się dowiecie, kiedy przyjdzie czas. Teraz się
okazuje, że chyba również oni wiedzą niewiele więcej, a jeżeli wiedzą, to do tej
pory tym się nie podzielili. Cóż to za demokracja i cóż to za sposób załatwiania
tego rodzaju rzeczy! Druga sprawa. Zginęło 96 osób i przez cztery miesiące nie
ma nikogo, kto poczuwałby się do jakiejkolwiek odpowiedzialności za to, co się
wydarzyło. Nie ma kompletnie nikogo, kogo można byłoby wskazać i powiedzieć, że
czegoś nie dopilnował. Przy rozmaitych małych rzeczach prowadzi się śledztwa,
dochodzenia, a tutaj nie ma nic. Myślę, że to też jest powód wielkiej
frustracji. (…)
Bardzo niefortunnie i źle się stało, że jedna z pierwszych wypowiedzi prezydenta
elekta na łamach "Gazety Wyborczej" dotyczyła usunięcia krzyża. Tu trzeba
postawić bardzo ważne pytanie: czy prezydent został, mówiąc kolokwialnie,
wpuszczony w ten temat? Jego odpowiedź wyglądałaby wtedy jako swoiste spłacanie
politycznego długu wobec ludzi, którym krzyż jest nie na rękę, a takich ludzi
nie brakowało i nie brakuje również w środkach społecznego przekazu. Istnieje
coś takiego jak antyewangelizacja i prezydent został wpuszczony w pewien nurt
myślowy, który jest bardzo niebezpieczny. Być może prezydentowi ktoś tę myśl
podsunął, a jeśli tak, to trzeba odważnie i roztropnie postawić pytanie: kogo
prezydent ma w swoim najbliższym otoczeniu? Być może warto przypomnieć sobie,
kto uznał, że jedną z priorytetowych spraw na progu nowej kadencji ma być sprawa
usunięcia krzyża.
I wreszcie to zupełne milczenie kancelarii premiera, ale także władz kościelnych
o tym, co będzie dalej. (…) Nikt w sposób wyrazisty i autorytatywny nie
powiedział i nie wziął na siebie odpowiedzialności za to, że ofiary smoleńskiej
katastrofy zostaną upamiętnione w godny sposób właśnie tam. (…)

Miejsce przed Pałacem Prezydenckim zapełniło się zaraz po tragedii ludźmi,
którzy w ten spontaniczny sposób chcieli wyrazić swój ból i solidarność.

– Cztery miesiące to był wystarczający czas, żeby zastanowić się nad formą
upamiętnienia ofiar, jak to ma być wkomponowane w całość tego miejsca, a nie
powtarzać jakieś słowa w rodzaju tych, że teren jest już zagospodarowany i nic
nie da się tam już umieścić. Bo pamiętajmy, że to, co się wydarzyło, jest tak
traumatyczne, iż odmieniło naszą polską świadomość, i właśnie ta odmiana, ten
dramat musi znaleźć wyraźny zewnętrzny znak. Nie widzę żadnego powodu, żeby
miejscem upamiętnienia ofiar smoleńskiego dramatu nie mogło być właśnie bliskie
sąsiedztwo Pałacu Prezydenckiego.

Tu dużą rolę odgrywają niestety względy polityczne. Politycy PO zarzucają
PiS, że próbuje wykorzystać tę tragedię i ją zawłaszczyć.

– Dzisiaj główny problem zrobiono ze sprawy krzyża, nie zastanawiając się i nie
poświęcając choćby jednej dziesiątej części tej samej uwagi kwestii podniesienia
podatków, która od przyszłego roku dotknie każdą rodzinę na sumę około kilkuset
złotych. Kolejne sprawy to pomoc powodzianom, opieka nad dziećmi na koloniach,
służba zdrowia i cała masa innych rzeczy. Mam wrażenie, że w mediach tworzy się
tematy pokazowe. Dzisiaj od samego rana byliśmy bombardowani wiadomościami, że
coś na pewno się wydarzy. Oglądając przekaz telewizyjny, zobaczyłem setki
policjantów, straży miejskiej, setki pracowników Biura Ochrony Rządu, zapewne
również jakiś tajniaków. To wszystko jest nienormalne. Do jednego małego krzyża
potrzeba setek ludzi? Oczywiście, że spodziewano się niepokojów, ale tak między
Bogiem a prawdą zrobiono bardzo wiele, żeby wzniecić te niepokoje. W tej mętnej
wodzie ktoś próbował złowić własne ryby i po części je złowił. To, co jest w tym
wszystkim niepokojące, to ogromna agresja wobec Kościoła. To, co można dziś
usłyszeć o Kościele, jest po prostu niesprawiedliwe i krzywdzące. Krzyż nie jest
własnością ani biskupa, ani jakiegoś jednego czy drugiego księdza. Krzyż jest
symbolem chrześcijaństwa i każdego chrześcijanina, integralnym, niezbywalnym
elementem kultury polskiej.

Przy okazji tych wydarzeń próbowano narzucić dyskusję o tym, czy krzyż jest
sprawą prywatną, czy powinien być obecny w przestrzeni publicznej.

– Krzyż i wyznawanie wiary nigdy nie było, nie jest i nie będzie sprawą
prywatną. Jest to sprawa osobista człowieka, a to zupełnie co innego. W
momencie, kiedy dokonałem wyboru Chrystusa, wyboru Boga, to mam obowiązek
wiernego o Nim świadczenia. I jednym ze znaków tego świadectwa jest także
obecność krzyża. Oczywiście krzyżem nie można ani szafować, ani krzyża używać
przeciwko komukolwiek, to byłoby niegodne ducha Chrystusowego Krzyża, Jego męki
i śmierci na krzyżu, ale z drugiej strony nie można powiedzieć, że krzyż jest
tylko sprawą zakrystii, kościołów, kapliczek, zepchniętych gdzieś poza nawias
społecznej świadomości. Tego zrobić nie wolno, bo nie było do tej pory Polski
innej niż Polska chrześcijańska. (…)

Czy można powiedzieć, że to zamieszanie, z którym mieliśmy do czynienia przed
Pałacem Prezydenckim, było obliczone na dzielenie Polaków?

– Myślę, że nie było to zamierzenie zupełnie przypadkowe. Była to sprawa tak czy
inaczej, jakkolwiek to brzmi, wielowątkowo i dość starannie przygotowana i
nagłaśniana. To wydaje się paradoksalne, ale waga, jaką do tego przyłożono,
obecność niemal wszystkich stacji telewizyjnych (…) to daje do myślenia. Ta
rzeczywistość dopiero wtedy stawała się ważna, kiedy ją zobaczyliśmy
zwielokrotnioną przez te miliony ludzi, którym zaczęto przedstawiać krzyż jako
swoisty temat zastępczy, który ma usunąć w cień inne sprawy, inne bolączki, inne
problemy.

Fragmenty programu "Polski punkt widzenia" w Telewizji Trwam, 3 sierpnia 2010 r.

drukuj