Ustawowa chrystofobia
Z prof. Jackiem Bartyzelem, kierownikiem Katedry Hermeneutyki Polityki na
Wydziale Politologii i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika
w Toruniu, rozmawiają Piotr Czartoryski-Sziler i Małgorzata Rutkowska
Przedstawiciele PO twierdzą, że nasycenie przestrzeni publicznej pomnikami,
symbolami wiary rozbija narodową wspólnotę. Czy nie jest odwrotnie – to brak
symboli, z którymi może utożsamiać się Naród, prowadzi do jego atomizacji?
– Oczywiście. W Polsce na szczęście nie brak i miejsc, i symbolicznych znaków,
które pozwalają się odnaleźć w tym poczuciu wspólnotowości i tożsamości.
Prezydent Lech Kaczyński został przecież jednak pochowany na Wawelu, a więc w
miejscu najbardziej intensywnie przepojonym tą symboliką narodową. W sporze o
krzyż na Krakowskim Przedmieściu wyróżniłbym dwie płaszczyzny, które się na
siebie nakładają. Pierwsza z nich to płaszczyzna zasadnicza, ogólna, którą
moglibyśmy nazwać za św. Tomaszem tezą, a dotyczy kwestii obecności krzyża w
sferze publicznej w ogóle. Druga to hipoteza, czyli sprawa tego konkretnego
krzyża przed Pałacem Prezydenckim. Na płaszczyźnie pierwszej odpowiedź
chrześcijanina jest oczywista – krzyż nie tylko ma prawo być obecny w sferze
publicznej, ale obowiązkiem nie tylko osób prywatnych, ale i wspólnoty
narodowej, politycznej jest uznawać w ten sposób królowanie Chrystusa, nie tylko
w ludzkich duszach, ale i w społeczności. Ta ogólna teza została tutaj włączona
w pewien bardziej doraźny, polityczny kontekst. Krzyż postawiony na Krakowskim
Przedmieściu był znakiem jakiegoś wyjątkowego przeżycia, związanego z konkretnym
wydarzeniem i z konkretnymi osobami.
Przyniesionym z potrzeby serca…
– To prawda, dlatego traktowałbym jego obecność w tym miejscu jako stację, etap
do czegoś. Najlepszym rozwiązaniem wydaje się być umieszczenie przed Pałacem
Prezydenckim tablicy upamiętniającej tragedię smoleńską. Krzyż w ogóle jest
symbolem odkupicielskiej męki Jezusa Chrystusa, natomiast ten konkretny krzyż
upamiętnia tragiczne wydarzenie.
Pomniki-krzyże w Gdańsku, w Gdyni, w Poznaniu – polska pamięć wyraża się w
połączeniu symboliki religijnej ze znakami narodowymi. Dlaczego ten związek jest
tak silny?
– To jest spontaniczny zrost, który wyrasta z idei artysty i z oczekiwań
zbiorowego mecenasa, czyli Narodu. Bylibyśmy zdziwieni, gdyby pomnik
upamiętniający osobę czy jakieś wydarzenie tego nie uwzględniał. On wyraża
naturalne przekonanie, że nie można polskości zrozumieć bez Chrystusa.
Tym bardziej bolą wypowiedzi negujące sens umieszczenia znaku krzyża w
pomniku ku czci ofiar katastrofy…
– To wręcz świadczyłoby o jakiejś dziwnej cenzurze czy nakładanym kagańcu, gdyby
pomysł upamiętniania miał inny charakter, tym bardziej że wiąże się z tragizmem
śmierci. W czasie żałoby, ogólnonarodowych pogrzebów pojawiło się kilka głosów
ze strony środowisk laickich czy wojująco antyreligijnych, że w Polsce nie ma
symboliki laickiej, która pozwalałaby żegnać wysokich rangą urzędników
państwowych. Nie ma, i to jest oczywiste. Żal, złość tych środowisk świadczą o
ich kompletnej alienacji od tego, czym żyje, co czuje wspólnota. Widać, jak ci
ludzie nie potrafią współodczuwać z nami. Niektórzy zwracali uwagę, że ta
wściekłość jest wyrazem bezdennego smutku ateizmu.
W jaki sposób można wykorzystać potencjał, który uwidocznił się w Narodzie po
10 kwietnia?
– Ten potencjał powinien przełożyć się na pewne działania, jakiś ruch, który
konsekwentnie broniłby i podnosił sprawy rzeczywistej obecności w prawie,
obyczajach, w życiu publicznym tego, co wynika z nakazów Ewangelii. Ostatnio
była okazja ku temu, by bardziej zmobilizować się przeciwko bezczeszczeniu
przestrzeni publicznej przez takie imprezy, jak parada homoseksualna. Z obroną
krzyża wiążą się rzeczy, które mają nie tylko charakter symboliczny, ale jak
najbardziej realny. Wolałbym więc, żeby ci politycy czy te partie, które teraz
włączyły się w obronę krzyża, także w sferze realnej, już nie symbolicznej,
walczyły o to, co wynika z tej identyfikacji z chrześcijaństwem. Tu jednak bywa
bardzo różnie, przykładem może być ustawa o ochronie życia sprzed dwóch lat czy
obecnie kwestia in vitro. Tutaj ich stanowisko jest dwuznaczne, niekonsekwentne.
Prawdziwa walka o krzyż w tej chwili odbywa się w Europie przed Europejskim
Trybunałem Praw Człowieka w Strasburgu w związku ze sprawą krzyża we Włoszech.
Ani jednak rząd polski i partia rządząca, ani największa partia opozycyjna nie
czynią starań, by poprzeć Włochy w tej kwestii. To byłaby w pełni szczera i
konsekwentna obrona krzyża.
Chrystofobia to zjawisko zataczające w Europie szerokie kręgi. Czym
charakteryzują się środowiska walczące z krzyżem?
– To właśnie one wykorzystały spór o krzyż przed Pałacem Prezydenckim do tego,
żeby przenieść kwestię krzyża sprzed Pałacu Prezydenckiego z pułapu Tomaszowej
hipotezy na płaszczyznę tezy ogólnej. Spór ten umożliwił podniesienie ich
stałego postulatu walki z krzyżem, czyli domagania się laicyzacji i wyrzucenia
symboliki chrześcijańskiej ze sfery publicznej. Ta sprawa dała im oręż do tego,
żeby wyartykułować swoją wrogość do krzyża i chrześcijaństwa. Ze sporu o ten
konkretny krzyż, który ma być w tym miejscu lub innym, robi się spór o to, czy w
ogóle krzyż ma "kłuć w oczy" w miejscach publicznych.
Jest to wygodne dla Platformy, która usiłuje przyciągnąć do siebie lewicowy
elektorat.
– Wydaje mi się, że przede wszystkim aktywne są tutaj środowiska nowolewicowe.
Natomiast Platforma Obywatelska zajmuje stanowisko typowe dla XIX-wiecznych
liberałów, którzy znajdowali się pomiędzy katolikami a siłami rewolucji. Jak
pisał wówczas katolicki myśliciel Donoso Cortés, gdyby liberał był na dziedzińcu
palatium Piłata w Jerozolimie i miał stawać przed wyborem: czy ukrzyżować
Chrystusa czy Barabasza, to powiedziałby, żeby tę złożoną kwestię odłożyć do
następnej sesji parlamentarnej. Liberał bowiem najchętniej zamiata pod dywan
niewygodne dla niego kwestie, żeby nie mieć problemu. Nie chce wybierać między
Chrystusem a Barabaszem. Ulubione jego słowo to kompromis, konsensus. Szuka
pośredniego rozwiązania. Ale w fundamentalnych sprawach nie da się znaleźć nic
pośredniego. Liberał oszukuje więc sam siebie. Czasami uda się odwlec jakieś
rozstrzygnięcie, ale zawsze przyjdzie chwila, kiedy trzeba będzie dokonać
wyboru. I wtedy okazuje się, że nie istnieje trzecie stanowisko, czyli typowo
liberalne.
We Francji walka z krzyżem trwa od czasów rewolucji 1789 roku.
– Jak prześledzimy historię Francji, to zobaczymy, że ta walka jest trochę jak
sinusoida, która w pewnych momentach się nasila, a w pewnych słabnie. Walka z
krzyżem zaczęła się oczywiście od rewolucji 1789 roku, później trend ten trochę
osłabł. Następnie mamy znów bardzo intensywny okres terroru Komuny Paryskiej i
bardzo silny antykatolicyzm III Republiki z kulminacją w postaci ustawy o
separacji Kościoła od państwa w 1905 roku. Osłabło to trochę po I wojnie
światowej. Jednak przez cały wiek XIX siły katolickie i antykatolickie we
Francji mniej więcej się równoważyły, natomiast po II wojnie światowej
katolicyzm francuski nieomal zanikł, a Francja stała się krajem faktycznie
zdechrystianizowanym. Opór przeciwko takiemu stanowi rzeczy jest tam bardzo
słaby, bo właściwie większość katolików francuskich wychowana jest w
przekonaniu, że państwo powinno być laickie. To oczywiście ułatwia siłom
antykatolickim, które wciąż przyznają się do masonerii, walkę z krzyżem. Jeszcze
w XIX wieku katolicyzm francuski był dużą siłą, dzisiaj autentyczną siłą
religijną jest tam islam. To też popycha często katolików do obrony laickiego
status quo, żeby nie dopuścić do odgórnej islamizacji. W gruncie rzeczy nie ma
tam dziś formalnej walki z zorganizowanym – tak jak w XIX wieku – katolicyzmem,
który bronił tradycji Francji, "najstarszej córy Kościoła", bo takiego
katolicyzmu jako realnej siły społecznej nie ma dziś we Francji, jest natomiast
konsekwentne usuwanie w cień pozostałości pamiątek tego duchowego dziedzictwa.
Dlaczego głos katolików został tak zmarginalizowany?
– Owszem, bywa, że katolicy protestują czy występują w jakiejś poszczególnej
kwestii, np. obrony wolnej szkoły, ale nie ma katolicyzmu jako zorganizowanej
siły, która by stawiała postulaty stricte katolickie. Są tylko jakieś drobne
środowiska w przestrzeni metapolityki, które reprezentują tradycję
kontrrewolucyjną, ale stanowią one w życiu politycznym zupełny margines.
Nominalni katolicy, zarówno laikat, jak i hierarchia, w gruncie rzeczy pogodzili
się z laickim charakterem republiki, który opiera się na rozdziale Kościoła od
państwa, i to w bardzo rygorystycznej wersji. W efekcie we Francji nie można np.
postawić krzyża przy drodze publicznej. Im słabsza skala oporu katolików, tym
bardziej metody walki z Kościołem mają charakter administracyjny, a nie krwawych
represji. W czasie rewolucji księży gilotynowano, spławiano w dziurawych
barkach, jak w Wandei. Dziś, gdy są inne realia społeczne, Kościół prześladuje
się, wykorzystując ustawodawstwo, a nie fizyczną przemoc.
Dziękuję za rozmowę.
