Nie pora na politykę?
Czas po przegranych wyborach politycznych jest ważniejszy niż czas jeszcze
nadziei na wygraną. Skoro przegraliśmy – w zmaganiu o prawdę w naszym życiu
społecznym – to trzeba jeszcze pilniej rachować swoje polityczne sumienie niż
wtedy, kiedy jakoby staraliśmy się, aby prawda zwyciężyła. Niestety, prawda
przegrała podczas tych wyborów prezydenckich. Nie wierząc w żadne fatum,
nadrzędną moc konieczności czy przypadku w ludzkich dziejach, trzeba po męsku
powiedzieć, że pewnie nie przyłożyliśmy się do tego zwycięstwa. Kiedyż jest
stosowniejsza pora, aby o tym myśleć i mówić niż właśnie teraz?
Jeśli bezwzględnie słusznie przed wyborami przypominaliśmy sobie o poważnym
moralnym obowiązku nie tylko wzięcia udziału w głosowaniu oraz precyzyjnie
określiliśmy, na kogo nie należy zagłosować, nie chcąc poprzeć zbrodni, to
dzisiaj trzeba ten głos ze zdwojoną mocą powtórzyć. Skoro aż połowa Polaków nie
zechciała wypełnić tego bezwzględnego moralnego obowiązku, to nie ma bardziej
sposobnej chwili, aby im o tym przypomnieć, a nawet przypominać aż do skutku,
czyli aż do obudzenia sumienia. Widać, że ono jeszcze dobrze nie funkcjonuje u
tych, którzy z własnej woli nie wzięli udziału w głosowaniu nie w sprawie
sprzedaży pietruszki, gazu łupkowego czy innych tylko tej rangi kwestii, ale w
boju o zagrożone życie nienarodzonych dzieci, "robionych" w procedurze in vitro.
Tego przecież dotyczyły ostatnie wybory prezydenckie, chociaż nie wszyscy
politycy chcą być tego świadomi.
Odpuścić można było winę Odyseuszowi, który nie chciał iść ze wszystkimi na
wyprawę wojenną pod Troję i z tego powodu udawał wariata przed przybyłymi do
Itaki wodzami, zaprzęgając razem do pługa woła i kozę. Nie można jednak po
polskich wyborach prezydenckich zbyć milczeniem – a zatem jakoś w ten sposób i
usprawiedliwić – czynu tych naszych rodaków, którzy w boju o życie poczętych
dzieci zlekceważyli sobie swoją obecność. Nawet wyprawa na Troję miała mniejszą
rangę niż aktualne nasze zmaganie o powszechne zrozumienia zbrodniczości
praktyki zapłodnienia in vitro. Wyprzedzamy w tym politycznym czynie całą resztę
świata, gdzie jeszcze nawet nie rozpoczęto parlamentarnych rozstrzygnięć tej
kwestii. Jesteśmy zatem niczym nasi praojcowie, którzy w 1410 roku zjawili się
pod Grunwaldem, aby walczyć dla Europy z pseudochrześcijańskim zakonem
Krzyżaków, dla których cudze życie i własne sumienie były drobiazgami przy sile
miecza. Dzisiaj jednak wielu z nas zabrakło sił, by machnąć krzyżyk na kartce
wyborczej.
Mamy też pokaźną rzeszę tych, którzy wsparli swoimi głosami współczesnych
"krzyżaków" mieczami ingerującymi w ludzką prokreację. Nie można tej decyzji
wyborczej tłumaczyć niewiedzą, która tylko w przypadku niewiedzy niepokonalnej
zwalnia od zaciągnięcia winy. Rację ma zatem w tym przypadku poseł "Janusz z
Lublina", który po ogłoszeniu wyników wyborów od razu przypomniał wszystkim, w
czym naprawdę wzięli udział: w walce z "klerem", czyli – precyzyjnie mówiąc – w
walce z prawdą o godności i nienaruszalności ludzkiego życia, której Kościół ma
obowiązek strzec za wszelką cenę. Wiedza o najgłębszym sensie tego zmagania
wielu jednak nie powstrzymała.
Rzymianie przez kolejne pokolenia wspominali tragiczny czyn Torkwatusa, konsula,
który z bólem serca skazał na śmierć własnego syna, dlatego że ten – wbrew
wyraźnemu rozkazowi – podjął (zwycięskie zresztą) działanie wojenne z wrogami.
Czyż własnego syna nie należy wpierw uczyć trafnego rozeznania dobra i zła w
sprawach najważniejszych? Zwycięski czyn wyborczy większości naszych rodaków nie
był jednak ulegnięciem jakiejś pokusie, jak to pewnie było z synem Torkwatusa
chcącym zabłysnąć walecznością. Podobne słabości doskwierają i nam, kiedy nieraz
postępujemy wbrew radom własnych pasterzy i własnego sumienia. Ulegamy wtedy
sile jakiejś pokusy. Oprócz tego nieopanowania Arystoteles trafnie wyróżnił dużo
gorszy stan duszy, który nazwał nieumiarkowaniem. W pierwszym przypadku wiemy
jeszcze, że źle czynimy, a człowiek nieumiarkowany już tego nie wie. Nagiął
bowiem własny rozum do własnego złego rozpoznania.
Czyż w obliczu aż takiego stanu naszych sumień odnośnie do najważniejszych spraw
można dzisiaj milczeć?
Marek Czachorowski
