Kadencja kupletów
Z Andrzejem Maciejewskim, ekspertem ds. polityki z Instytutu
Sobieskiego, rozmawia Bogusław Rąpała
Według danych PKW
prawie połowa osób uprawnionych do głosowania (44,69 proc.) nie wzięła
udziału w drugiej turze wyborów prezydenckich. Dlaczego?
– Jak na
polskie warunki 55-procentowa frekwencja jest i tak stosunkowo wysoka,
jednak w mojej ocenie, wciąż niezadowalająca. Świadczy to chociażby o
tym, że połowa społeczeństwa prawdopodobnie ma już dosyć polityki i tej
grupie jest wszystko jedno, kto sprawuje władzę – przez to osoby te nie
chcą się włączyć w życie publiczne. Trochę szkoda, bo wybory kosztują, i
to my jako podatnicy za nie płacimy. Myślę, że warto się zastanowić,
czy wobec takiego stanu rzeczy nie jest to jakiś czynnik przemawiający
za wprowadzeniem ustawowego obowiązku wyborczego, tak jak w wielu innych
państwach. Chociaż podejrzewam, że ten pomysł u nas by się raczej nie
przyjął.
Dlaczego żadnemu z kandydatów nie udało się przekonać
tej części społeczeństwa do pójścia do urn i oddania na niego głosu?
–
Obserwujemy kryzys klasy politycznej i dewaluację poziomu życia
politycznego. Gdyby dzisiaj wyjść na ulicę i zapytać, z czym kojarzą się
politycy, to każdy z ankieterów usłyszałby, że z aferami, układami,
złodziejstwem i kolesiostwem. Obraz nie jest więc pozytywny.
Jednocześnie wiele osób jest po prostu zmęczonych tym wszystkim. W
konsekwencji wygrywa „filozofia garnka”, według której ludzie chcą
najzwyczajniej w świecie pracować i zarabiać na życie. Ile dzieci
wyjechało na wakacje? Ilu rodziców na to stać? Obawiam się, że wielu nie
może sobie na to pozwolić, bo musi myśleć o tym, że od września zacznie
się szkoła i trzeba będzie kupić książki, opał na zimę. W konsekwencji
sporo dzieci spędzi wakacje przed telewizorem. To są właśnie ich wybory.
Wybory rodziców, którzy pytają: Po co nam tacy politycy, którzy
oczekują tylko naszego głosu, a nie chcą spojrzeć na nasze życie i nasze
problemy?
Gdyba kampania wyborcza trwała dłużej, to
frekwencja byłaby wyższa?
– Obawiam się, że byłoby wręcz
odwrotnie. „Zmęczenie materiału” byłoby jeszcze większe. Napięcie
wyborcze i marketingowe parcie polityków są tak agresywne i
wszechobecne, że nie przypuszczam, aby ludzie chcieli tego dłużej
słuchać. Człowiek ma ograniczone możliwości, jeśli chodzi o wytrzymałość
na eksplozję informacji wyborczych w mediach. Wielu wolałoby po prostu
szybki i konkretny przekaz. Jako „zwierzę polityczne”, które dużo ogląda
telewizji i różnych programów publicystycznych, sam w pewnym momencie
miałem dosyć, bo ileż można słuchać tego samego wystąpienia pana
Komorowskiego, który wszystko, co mówi, wygłasza w taki sposób, jakby
deklamował wierszyk. Jego wystąpienie w trakcie wieczoru wyborczego też
niczym się nie różniło od poprzednich, nie było w nim nic odkrywczego,
nic, co wyrażałoby jego faktyczną wielką radość z zapowiadanego
zwycięstwa. Bronisław Komorowski znów wyrecytował wiersz, typowy wiersz
wyborczy, slogan ubrany w ładne słowa przez PR-owców, który miał wywołać
zamierzony efekt.
Czy nowy prezydent kiedykolwiek z tych
wierszyków wyrośnie?
– Czeka nas kadencja „wierszykowania” i
serwowania sloganów w rodzaju: „Chodźcie z nami, będziemy razem,
solidarność” itp. To się kiedyś skończy. Brzmi to wprawdzie w stylu
amerykańskim – mówienie o tym, że jesteśmy wszyscy patriotami, nasz kraj
jest wielki, piękny i kochany – ale przypominam, że przeżywamy rok
przełomowy i na całym świecie trwa poważny kryzys finansowy. My w
dalszym ciągu go bagatelizujemy, każdy głos krytyki jest odbierany przez
rząd jako straszenie społeczeństwa. Nie bierze on pod uwagę, że jest to
pewna forma realizmu, mówienia i patrzenia na coś, co – niestety – jest
nieuchronne. Przecież polski budżet nie jest w najlepszej kondycji,
stan polskiego systemu emerytalnego również. Wciąż pożyczamy, wciąż
żyjemy na kredyt, a te pożyczki kiedyś trzeba zacząć spłacać. Pytanie
tylko, kto i jakim kosztem zechce to unieść. Widmo drugiej Grecji ciągle
gdzieś nad Polską wisi. Premier Donald Tusk, który w ostatnim czasie
był lokomotywą kampanii Bronisława Komorowskiego, chyba dopiero po
zwycięstwie kandydata PO uświadomił sobie, że tak na dobrą sprawę,
wygrywając te wybory, skazał się na poważne wyzwania, które sam przed
sobą postawił. Sam sobie naobiecywał dziwnych rzeczy, które po prostu są
nierealne, niewykonalne.
Może budżet planowany na przyszły
rok wszystko to zabezpieczy?
– Słyszałem taką wypowiedź, że w
Ministerstwie Finansów pracują nad tym osoby, które nie wiedzą, jak to
ugryźć. Dziś ogląda się te kartki z projektem budżetu i po nocach się
nie śpi. Budżet na rok przyszły, niestety, nie wygląda najciekawiej, tym
bardziej że jest to ciągle budżet wyborczy. W tym roku czekają nas
jeszcze wybory samorządowe, a za rok wybory parlamentarne, i znowu
ekonomiści muszą tworzyć dla polityków budżet wyborczy. To jest bardzo
ryzykowne.
Przed wyborami samorządowymi politycy wyciągną
wnioski z wyborów prezydenckich i zaktywizują choć część osób, które z
różnych przyczyn zostały 4 lipca w domu?
– Według mnie, kampania
przed tymi wyborami już ruszyła. To widać po panu Grzegorzu
Napieralskim, który wprawdzie odpadł w pierwszej turze, ale faktycznie
tej kampanii nie zakończył. Ona się będzie cały czas toczyła, bo jeśli
spojrzymy w kalendarz, to teraz mamy wakacje – zostają nam wrzesień i
październik na kampanię. To bardzo mało czasu i każdy odpowiedzialny
polityk powinien już działać, tworzyć zespoły programowe, przekonywać
wyborców. Na wybory pracuje się całą kadencję. To nie jest sprawa dwóch
tygodni, ani nawet miesiąca. Żeby skutecznie uruchomić tę maszynerię,
trzeba odpowiednio wcześnie zacząć. We wszystkich partiach trwają już
prace nad wyborami samorządowymi, bo jest to dla nich kolejne ważne
wyzwanie.
Patrząc z tej perspektywy, wynik Jarosława
Kaczyńskiego (46,99 proc.) jest niewątpliwym sukcesem.
– Jest to,
według mnie, reaktywacja PiS, jego drugie tchnienie. Prawo i
Sprawiedliwość jako partia ogólnopolska pokazało Platformie
Obywatelskiej, że to nie jest poziom 25 proc. poparcia. Mamy tu do
czynienia z realną siłą ludzi, którzy w skali kraju mają inne spojrzenie
na rzeczywistość. Łaska pańska na pstrym koniu jeździ. Wyniki wyborów
zarówno samorządowych, jak i parlamentarnych mogą okazać się ostatecznie
bardzo przewrotne. Partie władzy mają to do siebie, że ryzyko
przegranych wyborów jest bardzo wysokie.
A co do sposobu zachęcenia
do głosowania nieaktywnej części społeczeństwa, to powinny już zostać
utworzone listy wyborcze. To pierwsza sprawa. Muszą się na nich znaleźć
osoby, lokomotywy lokalne, które dzisiaj bez kampanii są aktywne,
pracują w swoim środowisku, życiem pokazują, że można coś robić
niezależnie od sytuacji w kraju czy spraw zawodowych. Nie wiem, czy jest
dziś możliwe przekonanie tej drugiej połowy społeczeństwa, która nie
była na wyborach. Mam co do tego poważne wątpliwości, bo to nie jest
sprawa tygodnia ani miesiąca, to sprawa odbudowania zaufania do klasy
politycznej. A to zaufanie niszczą wszelkiego rodzaju afery hazardowe,
paliwowe, alkoholowe itp. Na razie mamy do czynienia z odcięciem się
części społeczeństwa od polityków, spadkiem zaufania. We wszystkich
sondażach polityk jako zawód notowany jest bardzo nisko i darzony
najniższym zaufaniem społecznym.
Jaki wpływ na frekwencję
miały media? To przecież za ich pośrednictwem politycy komunikują się z
wyborcami.
– W wielu mediach można było zaobserwować brak dobrego
smaku i nawarstwienie informacji. Z polityką jest trochę jak z
ciastkami lub z lodami. Jeżeli jest czegoś za dużo, to w pewnym momencie
staje się to niesmaczne, a czasem wręcz odrażające. Jeżeli przykładowo w
TVN24, a więc w kanale typowo informacyjnym, nadawany jest program o
wyborach, a ja widzę listę czterech komentatorów z grupy osób
popierających Bronisława Komorowskiego, to pytam, gdzie jest obiektywizm
polityczny? Gdzie rzetelność dziennikarska? One nie istnieją, są
fikcją. Jeśli w trakcie kampanii słyszało się i widziało różnego rodzaju
kryptoreklamy pana Komorowskiego, to nie jest to nic innego jak jedna
wielka darowizna dla prezydenta-elekta, który będzie to musiał
odpracować, ale w innej formie. To oczywiste, że w życiu nie ma nic za
darmo. Pamiętajmy o tym: długi trzeba spłacać. A myślę, że PO zaciągnęła
w mediach prywatnych poważny dług polityczny, który będzie musiała w
najbliższych pięciu latach prezydentury Komorowskiego spłacić. O tym
trzeba mówić.
Dziękuję za rozmowę.
