W poszukiwaniu elektoratu

Jarosław Kaczyński uzyskał dużo lepszy rezultat, niż jeszcze przed
kilkoma tygodniami wieszczyły wszelkie przedwyborcze sondaże. Stosunkowo
niewielka różnica między hołubionym przez środki masowego przekazu Bronisławem
Komorowskim z partii rządzącej a niebędącym ulubieńcem mediów Jarosławem
Kaczyńskim, stojącym na czele partii skazywanej na pożarcie, staje się dla
polityków Prawa i Sprawiedliwości podstawą do budowy silniejszej partii i
otwiera pole do walki w kolejnych wyborach: samorządowych, a w przyszłym roku
parlamentarnych. Euforia nie powinna jednak przesłaniać faktu, iż są to
czwarte z rzędu wybory przegrane przez PiS i Jarosława Kaczyńskiego.

Z oficjalnych już danych opublikowanych przez Państwową Komisję Wyborczą
wynika, że Bronisław Komorowski otrzymał 8 mln 933 tys. 887 głosów, a Jarosław
Kaczyński – 7 mln 919 tys. 134 głosy. Frekwencja wyborcza wyniosła 55,31
procent. Blisko połowa Polaków nie pofatygowała się do urn wyborczych.
Dziś na Zamku Królewskim w Warszawie prezydent elekt otrzyma uchwałę Państwowej
Komisji Wyborczej o wynikach wyborów. Po ogłoszeniu przez PKW, że prezydentem
wybrany został Bronisław Komorowski, rezygnację z zajmowanych funkcji złożyli
prezydenccy ministrowie: Jacek Sasin, Maciej Łopiński, Małgorzata Bochenek,
Andrzej Duda i Bożena Borys-Szopa.
Gdy po ogłoszeniu sondażowych wyników wyborów na scenę – podczas swojego
wieczoru wyborczego – wyszedł Jarosław Kaczyński, wydawało się, że odetchnął
z ulgą, iż z kandydatem Platformy Obywatelskiej nie przegrał dwucyfrowym
wynikiem. Choć oficjalnie nie został policzony jeszcze ani jeden głos, to
Jarosław Kaczyński od razu pospieszył z gratulacjami zwycięstwa dla
politycznego konkurenta z Platformy. Tylko z tłumu zgromadzonych wokół sceny
sympatyków i działaczy Prawa i Sprawiedliwości dało się słyszeć
pojedyncze głosy: "Jeszcze nie, poczekajmy chwilę".
Zachowanie prezesa PiS pokazuje, jaki przede wszystkim cel przyświecał stającemu
do wyborów Jarosławowi Kaczyńskiemu. Choć prezesowi trudno zarzucić, że
nie walczył o zwycięstwo, to z drugiej strony można było wręcz usłyszeć:
"Uff… nie wybrali mnie, nie będę musiał zostawiać swojej
partii". Tak naprawdę nie chodziło o prezydenturę, lecz o kolejne
wybory: jesienne samorządowe i przyszłoroczne – parlamentarne. A kampania
prezydencka stała się okazją do zmobilizowania elektoratu, który skłonny byłby
poprzeć Prawo i Sprawiedliwość.
Zdawał się to potwierdzać sam Jarosław Kaczyński, który akcentował, że
zbliżają się kolejne wybory, a swoich wyborców i działaczy wzywał do
pozostania w mobilizacji. Wyborcza próba była PiS tym bardziej potrzebna, iż
sondaże poparcia dla partii politycznych regularnie przyznawały Platformie
Obywatelskiej, jeśli nie 60-procentowe, to przynajmniej 50-procentowe poparcie.
A notowania Prawa i Sprawiedliwości pikowały. Przy okazji mobilizacji wyborców
PiS wybory pokazały działaczom tej partii, że ich ugrupowanie wciąż może
się liczyć, a przy tym skompromitowały sondażownie, których wyniki badań
przesadnie faworyzowały politycznych konkurentów. Po pierwszym rozczarowaniu,
że to jednak nie Jarosław Kaczyński, lecz Bronisław Komorowski będzie nowym
prezydentem – z niewielkiej różnicy głosów politycy PiS wydawali się
zadowoleni i nie było to zadowolenie tylko na pokaz.
Jarosław Kaczyński, dziękując wyborcom za głosy, podkreślał, że jest ich
bardzo dużo, "tak dużo, że możemy spokojnie powiedzieć, że Polska się
zmieniła" – mówił prezes PiS.
Choć głosów na Jarosława Kaczyńskiego Polacy oddali bardzo dużo, to
wystarczyło to jedynie do zajęcia drugiego miejsca, czyli do czwartej z rzędu
wyborczej porażki Prawa i Sprawiedliwości i jego prezesa – po wyborach samorządowych
w 2006 roku, parlamentarnych w 2007 roku i ubiegłorocznych wyborach do
Parlamentu Europejskiego.
Z wyniku można się cieszyć, jeśli PiS zadowala drugie miejsce i wieczne
bycie opozycją, a przy tym czerpanie profitów z funkcjonowania w życiu
politycznym w wyniku pozostawania partią parlamentarną.
Otwarte jest też pytanie, w jaki sposób Prawo i Sprawiedliwość będzie
utrzymywało w mobilizacji wyborców. Czy regularnie będą powtarzane zdania
wychwalające Edwarda Gierka czy też te rehabilitujące postkomunizm? Co na to
powiedzą wyborcy PiS, którym umizgi do wyborców postkomunistycznej lewicy nie
odpowiadają? W wyborach notorycznie nie uczestniczy blisko połowa Polaków, których
głosy mogłyby do góry nogami wywrócić naszą scenę polityczną. Grupa ta
stanowi więc łakomy kąsek do zagospodarowania przez partie polityczne. Na
pewno dużej części z nich w ogóle nie interesuje to, co w naszej polityce się
dzieje, i nigdy głosować nie pójdą, inni z kolei nie widzą dla siebie żadnej
opcji wyboru z grona podobnych do siebie jak dwie krople wody kandydatów, a
wielu, obserwując nieustanną awanturę na scenie politycznej, zdążyło
stracić zaufanie do demokracji.
W kontekście poszukiwania nowych wyborców warto zauważyć, że Jarosław
Kaczyński wygrywał z Bronisławem Komorowskim na wsiach i w małych
miasteczkach. Można zaobserwować prawidłowość w skali całego kraju, że im
mniejsza miejscowość, tym większym odsetkiem głosów Kaczyński wygrywał z
Komorowskim.
Paradoksalnie Jarosław Kaczyński przegrał tymi właśnie miejscami, w których
wygrywał. Elektorat ze wsi i małych miasteczek, który mu zaufał, został
wyraźnie zaniedbany i w większej części niż do wyborców z miast nie trafiała
do niego retoryka żadnego z kandydatów. To właśnie wyborcy ze wsi i małych
miejscowości, najbardziej skłonni zagłosować na Kaczyńskiego, w największym
stopniu zaniżali wyborczą frekwencję, w ogóle nie pojawiając się w
wyborczych lokalach. Przyglądając się frekwencji wyborczej, mamy bowiem inną
w skali kraju prawidłowość: im większe miasto, tym wyższa frekwencja i
zarazem większa przewaga Komorowskiego nad Kaczyńskim.

Artur Kowalski

drukuj