Dobro Ojczyzny będzie dla mnie najwyższym nakazem…

Z niepokojem, ale i z nadzieją w sercach czekają Polacy na ogłoszenie
przez Państwową Komisję Wyborczą oficjalnych wyników II tury wyborów na
prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej. Rezultat już nam wczoraj podały w
sondażach media, ale nauczeni doświadczeniem z wcześniejszych wyborów, wolimy
czekać. Czas przed ogłoszeniem komunikatu PKW jest niepowtarzalną okazją do
namysłu nad urzędem, a raczej nad majestatem prezydenta Rzeczypospolitej – głowy
państwa, pierwszego obywatela, najwyższego przedstawiciela władzy, zwierzchnika
Sił Zbrojnych RP. Ta refleksja jest w tej chwili dla każdego z nas niezbędna –
niezależnie od wyników głosowania.

Musimy wspólnie poczynić wielki wysiłek ku temu, aby żadna Polka i żaden Polak
nie poczuli się upokorzeni wynikiem wyborów; by nie poczuli się przegrani. Gdyby
tak się stało, połowa aktywnych w życiu publicznym Polaków pozostałaby z tym
poczuciem przez 5 lat, a to byłaby prawdziwa katastrofa moralna. Takie poczucie
upokorzenia jest możliwe w państwie, gdzie przedstawiciele prostackiej kultury
Palikotów, Niesiołowskich, Wojewódzkich oraz im podobnych mogą bezkarnie "hasać"
po internecie i po innych mediach ze swoimi ordynarnymi konceptami i żartami –
tolerowani, a pewnie także zachęcani do tego rodzaju działalności przez swych
politycznych patronów, którzy oficjalnie, nieszczerze, dystansują się od tych
ekscesów. Nie ma żadnych gwarancji, że po wyborach nie będą tego nadal czynili.

Szacunek dla Rzeczypospolitej

Strażnikami powagi i majestatu urzędu prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej są
wszyscy jej obywatele. Tolerowanie aktów zniewagi i lekceważenia jest tożsame ze
zgodą na zuchwałość wobec Rzeczypospolitej, choć przecież to, czym jesteśmy, po
Bogu jej zawdzięczamy – pisała w wojennym "Dekalogu Polaka" Zofia
Kossak-Szczucka.
Nikt z nas nie ma też prawa do pięcioletnich "vacatio legis" od
odpowiedzialności za wybranego wczoraj prezydenta – nawet jeśli go nie
poparliśmy swoim głosem. On reprezentuje nas wszystkich. Najdobitniej ilustrują
to słowa przysięgi prezydenckiej: "Obejmując z woli Narodu urząd Prezydenta
Rzeczypospolitej Polskiej, uroczyście przysięgam, że dochowam wierności
postanowieniom Konstytucji, będę strzegł niezłomnie godności Narodu,
niepodległości i bezpieczeństwa Państwa, a dobro Ojczyzny oraz pomyślność
obywateli będą dla mnie zawsze najwyższym nakazem". Jest odpowiedzialny za nas,
a my za niego. Zatem pozostając przy swoich poglądach, nie musimy rezygnować z
naszych marzeń, wizji i pragnień, nawet jeśli nie ziściły się w tych wyborach,
ale starać się przekonać do nich nowo wybranego prezydenta i rządzących, jak
również modlić się za nich. Z drugiej zaś strony, gdyby zwyciężył tryumfalizm
pozostawiający na marginesie tych, którzy mieli inne wyobrażenia o prezydencie,
byłby to początek jeszcze jednej wspólnej porażki.

Z przeszłości

Prezydent Rzeczypospolitej to w Polsce instytucja młoda; młodsza od najstarszych
spośród żyjących obywateli naszego państwa. Ileż jednak w tych dziejach polskiej
prezydentury wydarzeń dramatycznych, traumatycznych, wzniosłych, często do dziś
jeszcze nie do końca rozpoznanych i mało znanych ogółowi Polaków. Za pierwszego
prezydenta RP uważa się prof. Gabriela Narutowicza, ale przecież de facto to
Józef Piłsudski, obdarzony godnością Naczelnika Państwa, był pierwszą głową
państwa odrodzonego po zaborach. Był zwierzchnikiem Sił Zbrojnych i wodzem
naczelnym w czasie, gdy rozstrzygała się wielka bitwa warszawska stanowiąca o
dalszych losach Polski, a pewnie i Europy. Gabriel Narutowicz został zamordowany
16 grudnia 1922 r., w tydzień po objęciu urzędu, i stanowiło to głęboki wstrząs
dla polskich elit społecznych i intelektualnych, które zawsze dumne były z
faktu, że Polacy – w przeciwieństwie do Moskali, Francuzów, Anglików czy
Amerykanów – nie splamili się "królobójstwem". Czy poseł-błazen nawołujący dziś
"żartem" do zabicia jednego z kandydatów na prezydenta myślał kiedy o tym? A
może dla "inteligencji", którą on reprezentuje, jest to refleksja nieosiągalna?
Drugi prezydent RP, Stanisław Wojciechowski, ustąpił z urzędu w okolicznościach
tragicznych, kiedy na ulicach Warszawy lała się bratnia krew. Wedle litery prawa
to on miał rację, wedle wyroku Narodu był człowiekiem, który nie stanął na
wysokości zadania, bo nie miał charyzmy i wyobraźni. Trzeci prezydent RP, prof.
Ignacy Mościcki, ustąpił z urzędu na skutek wojny. Umierał w samotności. Postać
niedoceniona, lekceważona, kojarzona wyłącznie z Marszałkiem Piłsudskim, a
przecież był to człowiek szlachetny, bardzo pracowity na swym urzędzie, oddany
Polsce bez reszty. W poczuciu bezsilności po ataku sowieckim na Polskę zwracał
się udręczony, lecz pełen wiary do rodaków ze słowami, które są aktualne w
każdym czasie, dziś także: "Na każdego z was spada dziś obowiązek czuwania nad
honorem naszego Narodu, w najcięższych warunkach. Opatrzność wymierzy nam
sprawiedliwość".

Z zadań i powinności

Na przykładzie prezydentury Ignacego Mościckiego – trwającej stosunkowo długo
(1926-1939) i w czasach względnie stabilnych, chyba najlepszych dla II RP –
możemy zbudować pewien historyczny wzorzec polskiej prezydentury, do którego
obecny prezydent mógłby nawiązać. Na pierwszy plan wysuwa się tu szeroko
rozumiana działalność państwowotwórcza, mobilizująca Naród, budująca jego
jedność, dumę i poczucie narodowej wspólnoty. Wielu komentatorów wyśmiewało w
obecnej kampanii kandydatów za to, że wypowiadają się w sprawach gospodarczych,
a przecież prezydent nie ma w tym zakresie żadnych kompetencji. Prezydent
Mościcki też nie miał takich "kompetencji", nawet po nowelizacji Konstytucji
Kwietniowej. Uważano, że ma jedynie zadania reprezentatywne. A jednak przeszedł
do historii jako patron rozwoju gospodarczego kraju. Jego nazwisko wiąże się
zarówno z budową Gdyni i portu gdyńskiego, jak i z Centralnym Okręgiem
Przemysłowym czy z Zakładami Azotowymi w Tarnowie – sztandarowymi inwestycjami
II RP. Potrzebę prezydenckiej służby dla kraju w tej dziedzinie widzi Jarosław
Kaczyński, przedstawiając bezpieczeństwo energetyczne Polski i konieczność
wykorzystania szansy, jaką są zasoby gazu łupkowego, jako działalność
porównywalną z pracą na rzecz niepodległości kraju. Niezależnie od kompetencji
wynikających z Konstytucji prezydent RP ma szczególną legitymację do
uczestnictwa we wszystkich dziedzinach życia kraju. Jest przecież wybierany w
wyborach powszechnych, to jego najważniejsza legitymacja, którą żaden inny
polityk w kraju nie może się poszczycić. To stanowi o jego autorytecie. Dlatego
korzystanie z weta – przedstawiane ostatnio niemal jak zbrodnia – jest nie tylko
jego prerogatywą, ale w uzasadnionych przypadkach – powinnością, nawet gdyby to
komuś "obniżało komfort sprawowania władzy"… Może, tak jak Ignacy Mościcki,
prowadzić szeroko rozumianą działalność na rzecz rozwoju gospodarczego,
kulturalnego – od symbolicznych Mościsk poczynając, na słynnych chrześniakach
kończąc, bo przecież potencjał demograficzny też stanowi o sile państwa. W
1926 r. Ignacy Mościcki wydał dekret, na podstawie którego był od tej chwili
ojcem chrzestnym dla każdego siódmego syna w polskiej rodzinie. Ci chrześniacy
posiadali przywilej bezpłatnej nauki w kraju i za granicą, także na studiach
wyższych, otrzymywali stypendium, mieli bezpłatne przejazdy i opiekę zdrowotną
oraz założoną przez państwo książeczkę oszczędnościową na samodzielny start w
życiu. W sumie tych synów chrzestnych prezydent miał do wybuchu wojny około
500…
Lista zadań i powinności prezydenta jest nieograniczona. Wynika z jego woli
służenia krajowi.

Róże przyszłości

Nie zapomnimy nigdy o prezydentach RP na uchodźstwie. Władysław Raczkiewicz,
August Zaleski, członkowie Rady Trzech z Władysławem Andersem, Stanisław
Ostrowski, Edward Raczyński, Kazimierz Sabbat, Ryszard Kaczorowski – dobrze
wykonali swoje zadania. Tylko o tym ostatnim rodacy w kraju wiedzą coś więcej.
Pozostali giną w oparach sowieckiej propagandy wyszydzającej wielokrotnie ich
potrzebną i szlachetną misję na obczyźnie, w warunkach trwającego pół wieku
zniewolenia kraju. A przecież to oni, nie mając żadnej bieżącej satysfakcji ze
swej służby, niepewni przyszłości, sadzili róże wolności szczęśliwszemu,
przyszłemu światu – jak w słynnym wierszu Seweryna Goszczyńskiego dedykowanym
emigrantom popowstaniowym.

Uzurpatorzy

W tym czasie Sowieci mamili Polaków "obywatelem prezydentem" Bolesławem
Bierutem, ich kolaborantem i namiestnikiem na Polskę. Do tych zatęchłych
dekoracji dopasowało się pozbawione mandatu społecznego gremium – aspirujące
bezprawnie do miana Zgromadzenia Narodowego – Wojciecha Jaruzelskiego, nazywając
go "pierwszym prezydentem PRL i pierwszym prezydentem III RP"! Może to właśnie
wtedy nastąpiła pierwsza, trwająca do dziś marginalizacja tych spośród naszych
rodaków, którzy swoje ówczesne marzenia budowali na idei niepodległości pełnej,
niekontraktowej, także na wolnych wyborach prezydenta. Ani Bierut, ani
Jaruzelski nigdy nie byli prezydentami Rzeczypospolitej. Inne zgoła miano
przysługuje im na kartach historii naszego kraju.

* * *

Historia oceni po latach cztery prezydenckie kadencje po roku 1990. Napełniły
one goryczą wielu z nas. Jedno jest jednak pewne: śmierć prezydenta Lecha
Kaczyńskiego – niedocenionego za życia, bezkarnie wyszydzanego przez
przeciwników politycznych – obudziła nas z marazmu i obojętności, poruszyła
sumienia, wielu powołała na nowo do dobrowolnej służby dla kraju, z której
kiedyś wykluczeni przez tych, którzy na Polskę mają monopol, odeszli pełni żalu
w sercach. Niech nikt więcej nie odchodzi, niech nikt nie uważa się za
niepotrzebnego, bez względu na wyniki zapisane w protokole PKW. Niech trwa
wielka mobilizacja polskiego ducha!
 

Piotr Szubarczyk

drukuj