Idzie zima demograficzna

Podstawową słabością polskiej debaty politycznej są pozorne spory
toczone przez polityków PiS i PO. Obie partie koncentrują się na zupełnie
podrzędnych tematach, dostarczając mediom tandetnej rozrywki. Zagadnienia, którym
ze swej natury polityka powinna być poświęcona, są zaledwie marginesem
publicznej debaty. To podejście jest najbardziej widoczne w obliczu wyzwań
demograficznych, których konsekwencji już dziś, niestety, zaczynamy doświadczać.

Kryzys demograficzny jest dziś największym wyzwaniem i zagrożeniem dla naszej
przyszłości zarówno w wymiarze indywidualnym, jak i narodowym. Fakt ten z
trudnością przebija się do debaty publicznej. Nawet jeśli problem zaistnieje
w mainsteamie, wnioski są dalekie od odpowiedzi adekwatnej do skali zagrożenia.
Sytuacja demograficzna naszego Narodu jest dramatyczna. Od początku lat 90.
pokolenie dzieci nie odtwarza pokolenia rodziców. Współczynnik zastępowalności
pokoleń wynosił w ostatnich latach 1,2, czyli pokolenie dzieci jest mniej
liczne od pokolenia rodziców o blisko 40 procent. Jest to najniższy (po
Litwie) współczynnik reprodukcji prostej w Europie. W ostatnich latach poziom
urodzeń wahał się w przedziale 350-400 tys. dzieci rocznie. Przy utrzymaniu
się tej tendencji w następnym pokoleniu będzie to liczba oscylująca w
granicach 200 tys., a w kolejnym pokoleniu już poniżej 100 tysięcy. Oczywiście
o ile wcześniej młode pokolenie nie wyemigruje przytłoczone ciężarami
utrzymania systemu emerytalnego i nie rozpłynie się w mozaice narodów krajów
osiedlenia. Katastrofa demograficzna grozi nie tylko spadkiem liczebności
naszego Narodu. W perspektywie kilku następnych pokoleń zagraża samemu jego
istnieniu. Do 2030 r. liczba ludności w wieku przedprodukcyjnym spadnie o półtora
miliona, a w 2050 r. będzie jej o połowę mniej niż obecnie. Drugą stroną
tego kryzysu demograficznego jest starzenie się społeczeństwa. Do roku 2030
liczba osób w wieku emerytalnym wzrośnie o prawie 50 proc. (z 6,43 mln do 9,59
mln). Oznacza to, że przy zachowaniu obecnego poziomu świadczeń emerytalnych
potrzebne będzie dodatkowe 89 mld zł na świadczenia emerytalne i dodatkowo
ok. 50 mld na opiekę zdrowotną. Już dziś do systemu emerytalnego budżet państwa
dopłaca ok. 30 mld zł rocznie. W najbliższych latach szacuje się wysokość
transferów z budżetu na 75 mld złotych. Do roku 2050 zaś liczba ludności w
tzw. wieku poprodukcyjnym wzrośnie o kolejne 2 miliony. Ten wzrost liczby osób
utrzymywanych w ramach systemu emerytalnego będzie następował w sytuacji
spadku liczby osób w wieku produkcyjnym. Do 2030 r. będzie to spadek rzędu
prawie 5 mln osób, a do 2050 r. – kolejnych 5,5 milionów. Ta sytuacja
spowoduje ogólny spadek liczebności Polaków do poziomu 35,7 mln w roku 2030 i
31 mln w 2050 roku A będzie to ludność w przeważającej mierze starsza i bez
tzw. demograficznej przyszłości.

Co po niżu?

Starzenie się polskiego społeczeństwa spowodowane jest nie tylko
statystycznym wydłużeniem średniej życia, ale przede wszystkim dramatycznym
spadkiem urodzeń, co prowadzi w konsekwencji do spadku ludności zdolnej do
wypracowywania dochodów na opłacenie wzrastającej liczby emerytów. Oznaczać
to będzie nie tylko nieuniknione podwyższenie wieku emerytalnego czy likwidację
przywilejów emerytalnych poszczególnych grup zawodowych, ale i postępujący
proces obniżania świadczeń emerytalnych. Próba zwiększenia kosztów pracy
na rzecz utrzymania systemu emerytalnego zakończy się tylko przyśpieszoną
emigracją młodego pokolenia i tym samym zupełną jego niewypłacalnością. W
konsekwencji obecny kryzys demograficzny przeobrazi się w katastrofę
demograficzną ze wszystkimi konsekwencjami tego zjawiska. To nie tylko załamanie
systemu emerytalnego, to także załamanie systemu finansów publicznych, gdyż
wzrastająca liczba emerytów będzie próbowała ratować swój standard życia
poprzez transfer środków budżetowych na rzecz systemu emerytalnego. Żaden
budżet takiego obciążenia nie udźwignie. Załamanie finansów publicznych
wraz z masową emigracją ludzi młodych, zdolnych do pracy, wpędzi naszą
gospodarkę w trwałą zapaść. Konsekwencją katastrofy demograficznej będzie
praktyczny upadek naszego państwa i Narodu.

Półśrodki nie wystarczą

W tak dramatycznej sytuacji właściwie nie wysuwa się żadnych propozycji mogących
oddalić to zagrożenie. Reformy powołujące II i III filar ubezpieczeń
emerytalnych są tylko półśrodkami. Ich efektywność zależy bowiem od stanu
polskiej gospodarki i wypłacalności finansów publicznych. Propozycje
likwidacji KRUS czy przywilejów emerytalnych poszczególnych grup zawodowych są
jedynie metodą poprawy bieżącego stanu państwowej kasy. Podwyższenie wieku
emerytalnego czy zrównanie wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn jest także
jedynie połowiczną próbą ratowania budżetu. Żadne z tych działań nie
zapobiega zasadniczej przyczynie kryzysu demograficznego, jaką jest wyjątkowo
dotkliwy spadek urodzeń. Bo właśnie spadek dzietności jest istotą
polskiego, ale i europejskiego niżu demograficznego. I na przezwyciężaniu
tego spadku powinna koncentrować się polityka naszego państwa. Bez wyraźnego
wzrostu dzietności polskich rodzin nie ma szans na zapobiegnięcie katastrofie
demograficznej.

Próba diagnozy

Przyczyn spadku dzietności jest wiele. Są to uwarunkowania mentalnościowe,
kulturowe, społeczne i ekonomiczne. W krajach Europy Zachodniej dominują
czynniki kulturowe. W Polsce, jak pokazują badania aspiracji rodzicielskich,
rodziny pragną mieć więcej dzieci, niż pozwala na to ich sytuacja
materialna. Najuboższymi grupami w Polsce nie są – wbrew powszechnym
przekonaniom – emeryci, ale rodziny młode i wielodzietne. To bariera
ekonomiczna w młodych rodzinach blokuje decyzje o posiadaniu większej liczby
dzieci. Tymczasem polityka państwa ma charakter antyrodzinny. Rodziny płacą
swoisty podatek za to, że wychowują się w nich dzieci. Poza wyjątkami nie ma
polityki prorodzinnej, a jedynie polityka socjalna. A to nie to samo. Polityka
prorodzinna to polityka wsparcia rodzin ze względu na posiadanie dzieci, a nie
tylko strategia ograniczenia biedy. To przede wszystkim długofalowa inwestycja
o charakterze narodowym w kapitał ludzki. I powinna być traktowana właśnie
jako inwestycja, a nie obciążenie budżetu.
Kryzys rodziny objawia się też poprzez rozwody, niechęć do posiadania
dzieci, zawierania małżeństw itp. Ale najważniejszą jego przyczyną jest
bariera ekonomiczna. I ją należy zlikwidować.
Właściwie o wszystkie dotychczasowe elementy polityki prorodzinnej trzeba było
walczyć wbrew dominującym tendencjom. Becikowe i duża ulga podatkowa na
dzieci były przegłosowane w Sejmie wbrew rządzącemu PiS. Nieśmiałe wydłużenie
urlopów macierzyńskich było w Sejmie blokowane przez wicepremiera Leszka
Balcerowicza w okresie koalicji AWS – UW i zlikwidowane przez rząd Leszka
Milera. Później zaś wydłużanie tych urlopów było jedynie markowaniem
polityki prorodzinnej przez rządy PiS, a następnie PO.
Dziś wiadomo, co należy zrobić. Niepotrzebna jest żadna wielka dyskusja na
ten temat. Tym bardziej że jest to ostatni moment, gdy możemy odwrócić
negatywne tendencje, bo w wiek reprodukcyjny wkroczyło już pokolenie "miniwyżu"
końca lat 70. i początku lat 80. Za kilka lat to pokolenie wyjdzie z wieku
największej dzietności i szanse na odwrócenie negatywnych zjawisk gwałtownie
zmaleją. Dziś trzeba wydłużyć płatne urlopy macierzyńskie przynajmniej do
roku, zdecydowanie podnieść ulgę podatkową na dzieci, zwłaszcza od drugiego
dziecka, i w formie świadczeniowej rozszerzyć ją na rodziny rolnicze i rzemieślnicze.
Należy uzależnić wysokość przyszłej emerytury od liczby dzieci. Nie jest
bowiem sprawiedliwe, aby dzieci z rodzin wielodzietnych pracowały przede
wszystkim na emerytury osób bezdzietnych i małodzietnych. Osoby samotne zaś
lub bezdzietne powinny płacić wyższe ubezpieczenie emerytalne, gdyż nie będą
korzystały z wkładu własnych dzieci do systemu emerytalnego. Trzeba wprowadzić
cały system wsparcia wychowania dzieci poprzez darmowe przedszkola, dopłaty do
podręczników szkolnych, ulgi komunikacyjne i na korzystanie z instytucji
kulturalnych i sportowych dla rodzin z trojgiem lub większą liczbą dzieci.
Trzeba także wyraźnie zwiększyć becikowe. Wsparcie rodzin powinno mieć
charakter systemowy, a nie jedynie ograniczony do poszczególnych elementów.
Niestety koncepcja Joanny Kluzik-Rostkowskiej, minister polityki społecznej w
rządzie PiS, bezkosztowej polityki prorodzinnej i utożsamiania jej z
aktywizacją zawodową kobiet jest drogą donikąd. Rząd Platformy przejął
PiS-owską koncepcję tejże polityki i nic istotnego w tym zakresie nie zmienił.
Przyjęcie projektu ustawy "żłobkowej" jest tylko stwarzaniem pozorów,
że zajmuje się on tą problematyką.
Ta karygodna bezczynność dominujących partii na polskiej scenie politycznej,
zafrasowanych jedynie wzajemnymi kłótniami, ukazuje ich zupełną niezdolność
do przewodzenia Narodowi w sytuacji dramatycznych zagrożeń. Nie są w stanie
nawet prawidłowo zdiagnozować społecznego zagrożenia. Przypominają zwalczające
się koterie magnackie w czasach saskich, walczące jedynie o władzę, z
wiadomymi skutkami dla Rzeczypospolitej.

Marian Piłka

Autor był posłem na Sejm I, III, IV i V kadencji. Jest wiceprzewodniczącym
Prawicy Rzeczypospolitej.

drukuj