Kampania z akcentem na lewo

W ostatniej fazie kampanii prezydenckiej żaden z kandydatów nie podjął
tematów ważnych dla wyborców o przekonaniach głęboko katolickich; walka toczyła
się o sympatie elektoratu lewicowego.

Prezydencka kampania wyborcza dobiegła końca. Dziś o północy zapadnie cisza
wyborcza, która potrwa do zakończenia głosowania – do godz. 20.00 w niedzielę.
Ze względu na katastrofę pod Katyniem, a następnie powódź kampania miała
charakter wyjątkowy.
Zimą nikt nie przypuszczał, że wybory odbędą się już w czerwcu. W pierwotnych
założeniach poszczególnych sztabów wyborczych kampania miała wyglądać zupełnie
inaczej. Jednak 10 kwietnia w katastrofie lotniczej zginął prezydent RP Lech
Kaczyński. Jego tragiczna śmierć spowodowała także pierwszy w historii III RP
okres tymczasowego sprawowania obowiązków prezydenta przez marszałka Sejmu, a
jednocześnie kandydata na ten urząd. Ten ponaddwuipółmiesięczny okres rządów
Bronisława Komorowskiego jako p.o. prezydenta obnażył słabość dotychczasowej
regulacji konstytucyjno-prawnej na wypadek opróżnienia urzędu prezydenta i
wzbudził dyskusję o potrzebie szczegółowego ustalenia tej kwestii w Ustawie
Zasadniczej. Wielu znawców Konstytucji podkreślało, że p.o. prezydent RP w kilku
przypadkach przekroczył swoje kompetencje. Według konstytucjonalistów, powinien
on podejmować decyzje niezbędne, takie, które są konieczne z punktu widzenia
funkcjonowania państwa. Jednak marszałek już w kilkadziesiąt godzin po
katastrofie, zanim zdołano zidentyfikować ciała Władysława Stasiaka i Aleksandra
Szczygły, powołał nowego p.o. szefa Kancelarii Prezydenta, a także szefa Biura
Bezpieczeństwa Narodowego. W kolejnych dniach podpisał ustawę o nowelizacji IPN,
wskazał kandydata na prezesa BBN oraz podpisał decyzję o odrzuceniu sprawozdania
KRRiT. Wielu komentatorów podkreślało, że Komorowski bardzo szybko poczuł się
prezydentem, a nie jedynie pełniącym jego obowiązki.

W sztafecie kandydatów

Z uwagi na żałobę narodową dopiero pod koniec kwietnia przedstawiono wszystkich
kandydatów na urząd prezydenta RP. Najdłużej zwlekało Prawo i Sprawiedliwość,
które zdecydowało się zgłosić kandydaturę Jarosława Kaczyńskiego po pogrzebie
ostatniej ofiary katastrofy pod Katyniem. Oceniano, że w wyścigu do Belwederu
będą się liczyć przede wszystkim dwaj kandydaci: Jarosław Kaczyński i Bronisław
Komorowski. Tylko im dawano realne szanse na wejście do drugiej tury wyborów.
Pozostali kandydaci, według ocen komentatorów sceny politycznej, przystępowali
do wyborów w celu utrzymania dotychczasowego elektoratu, odbudowania struktur
partyjnych w oparciu o komitety wyborcze bądź dla promocji własnych poglądów.
Rzeczywista kampania ze względu na powódź rozpoczęła się pod koniec maja i
trwała bardzo krótko. Brakowało w niej merytorycznej dyskusji, odnoszono się
bardziej do symboli i emocji niż do zasadniczych problemów polskiej polityki.
Nie poruszano zagadnień związanych z rolą Polski w Unii Europejskiej ani z wizją
Polski w świecie. Była to raczej kampania wizerunkowa, z niewielkim udziałem
dyskusji programowych. Większego wrażenia nie zrobiły też debaty kandydatów,
które były stonowane i w których unikano stanowczych wypowiedzi. Jedynie w
ostatniej, środowej debacie lepiej zaprezentował się Jarosław Kaczyński.

Manipulacje sondażowe

Po raz kolejny mieliśmy okazję przekonać się, że publikowane sondaże wyborcze
nie mają nic wspólnego z rzeczywistością, a nawet są zafałszowane. Przedwyborcze
badania – podobnie jak w wyborach prezydenckich przed 5 laty – wyraźne dawały
zwycięstwo Bronisławowi Komorowskiemu. Niektórzy czołowi działacze PO ogłaszali,
że ich kandydat wygra wybory już w pierwszej turze. Polacy wybrali jednak
inaczej: choć Komorowski zyskał przewagę, to była ona znikoma (5,08 pkt
procentowego). Zaskoczeniem był bardzo dobry wynik Grzegorza Napieralskiego,
który zdobył blisko 14 proc. głosów. Od tej pory kandydat lewicy znalazł się w
centrum zainteresowania sztabów wyborczych PiS i PO. Głosy jego wyborców mogły
niewątpliwie zadecydować o zwycięstwie w drugiej turze, jednak sam Napieralski,
zgodnie z przewidywaniami, nie zdecydował się na poparcie żadnego z kandydatów.
Wynik SLD wzbudził dyskusje o roli elektoratu lewicowego w kształtowaniu się
polskiej sceny politycznej. Ważnym elementem tych dyskusji była postawa zarówno
Komorowskiego, jak i Kaczyńskiego. O ile ten pierwszy już wcześniej zwracał się
o poparcie elektoratu lewicowego (przykładem tych zabiegów było m.in.
zaproszenie Wojciecha Jaruzelskiego do wspólnego lotu na uroczystości do Moskwy
z okazji zakończenia II wojny światowej), o tyle część wyborców Kaczyńskiego z
pewną konsternacją obserwowała jego umizgi w stosunku do SLD. Temperaturę
podniosły wypowiedzi kandydata PiS oraz jego zaplecza, w których deklarowano, że
już nie ma postkomunistów, że są tylko działacze lewicowi oraz że Józef Oleksy
to "polski polityk lewicowy starszo-średniego pokolenia". Ta retoryka znacznie
odbiegała od dotychczasowego wizerunku partii, która w zdecydowany sposób
odnosiła się do spraw rozliczania z komunistyczną przeszłością. Ponadto
postawiła w trudnej sytuacji dotychczasowy katolicko-narodowy elektorat PiS.

Krajobraz powyborczy

Jarosław Kaczyński zapowiadał, że 4 lipca dojdzie do wyboru pomiędzy dwiema
wizjami Polski. Podkreślał też, że jego wizja różni się od tej prezentowanej
przez Bronisława Komorowskiego. Można mieć tylko nadzieję, że Kaczyński, jako
ewentualny prezydent, nie zechce odejść od idei głębokiego uzdrowienia państwa
polskiego i że zgodnie ze złożonymi deklaracjami będzie kontynuował politykę
swojego brata. Chodzi tu głównie o troskę o wartości patriotyczne, narodowe, o
kontynuowanie procesu rozliczania przeszłości komunistycznej, a także o
budowanie silnej pozycji Polski w Europie Środkowej i politykę wschodnią.
Ewentualne zwycięstwo Komorowskiego w wyborach prezydenckich, paradoksalnie,
może zagrozić jego partii, która wprawdzie uzyska pełnię władzy, ale
jednocześnie będzie za wszystko odpowiedzialna. W sytuacji gdy głową państwa
zostanie ktoś z przeciwnej strony politycznej, rządząca Platforma Obywatelska
uzyska usprawiedliwienie dla braku skuteczności swojej ekipy. Zawsze bowiem
można powiedzieć, że "rząd stara się, ale prezydent starania rządu niweluje".
Niezależnie od wyniku wyborów prezydenckich zmiany na scenie politycznej
spowodują wybory parlamentarne. Wcześniej czy później prezydent i premier znów
będą pochodzić z różnych obozów politycznych.

Co z wyborcą konserwatywnym?

Istnieje duża grupa ludzi o poglądach narodowo-konserwatywnych, która do tej
pory wspierała PiS, jednak w obecnej kampanii wyborczej, zwłaszcza w jej drugiej
części, została przez polityków pominięta. Żaden z nich nie podjął tematów
ważnych dla wyborców o przekonaniach głęboko katolickich, walka toczyła się o
sympatie elektoratu lewicowego. Można tu dostrzec mocne przekierowanie sceny
politycznej na lewo. Interesy osób o poglądach katolicko-narodowych nie będą
dobrze reprezentowane, dopóki nie zostanie utworzone ugrupowanie odwołujące się
do tradycji chrześcijańsko-narodowej. Niezależnie od wyników wyborów
prezydenckich na polskiej scenie politycznej znajdzie się miejsce dla nowych
partii, bowiem jak uważa chociażby dr Barbara Fedyszak-Radziejowska, "proces
tworzenia partii politycznych w Polsce ciągle trwa".

Dr Ewa Rzeczkowska

drukuj