Warto nie abdykować, gdy chodzi o poglądy
Innymi słowy, to, co jest uważane (przez media masowego rażenia,
„autorytety moralno-polityczne” lub sondażownie zawsze au courant z
wynikami) za sytuację utrwaloną, jest tylko stanem przejściowym.
Oczywiście, „przejście” może trwać bardzo krótko albo całymi latami. W
polityce – podobnie jak w świecie idei – takie kategorie, jak
roztropność i męstwo, rozumiane jako trwanie w przeciwnościach, są
zadatkami prawdziwego sukcesu. To, co zaczyna się z mizernym wynikiem, w
sensie słupków poparcia, może – choć nie musi – być zapowiedzią
dalekosiężnych zmian.
Jak przełamać monopol dominującej
opinii – przykład amerykański
Dobrym przykładem jest historia
ruchu konserwatywnego w Stanach Zjednoczonych w II połowie XX wieku. W
pierwszych latach po zakończeniu
II wojny światowej za oceanem
dominowała opinia, że dzieje myśli politycznej w Stanach Zjednoczonych
to dzieje liberalizmu, który miał być tym nurtem, który odcisnął
niezatarte piętno na całej tradycji politycznej USA. Trudno było zresztą
zaprzeczyć, że po epoce „New Dealu” F. D. Roosevelta liberalizm
(rozumiany w kontekście europejskim raczej jako socjaldemokratyczna
wizja państwa regulatora życia społecznego i gospodarczego) dominował
nie tylko w agendach rządowych, ale również na kampusach
uniwersyteckich.
Pisarze polityczni odwołujący się do zasad myśli
konserwatywnej byli uważani przez liberalny establishment za dziwaków
poruszających się na zupełnym marginesie amerykańskiej sceny politycznej
i historii idei. Jednak na początku lat 50. XX wieku wszystko zaczyna
powoli się zmieniać. Zostały opublikowane ważne książki odkrywające na
nowo konserwatywną tradycję amerykańskiej kultury politycznej (R. Kirk,
The conservative mind, opubl. w 1953 roku), zaczęły pojawiać się pisma
konserwatywne (na czele z powstałym w 1955 roku „National Review”).
Za
odrodzeniem konserwatyzmu jako idei poszło odrodzenie konserwatyzmu
jako ruchu politycznego. Naturalnym środowiskiem była tutaj partia
republikańska, która jednak w swojej oficjalnej polityce – wziąwszy pod
uwagę dwie kadencje republikańskiego prezydenta D. Eisenhowera w latach
1952-1960 – niewiele odbiegała od dominującego nad Potomakiem
„liberalnego konsensusu” (przy czym słowo konsensus należy rozumieć
tutaj jako dominacja). Nawet w partii republikańskiej w dwóch pierwszych
dekadach po II wojnie światowej konserwatyzm rozumiany jako niechęć do
rozrostu kompetencji państwa oraz sprzeciw wobec rugowania wartości
chrześcijańskich z życia publicznego był na marginesie. Przełomem okazał
się rok 1964 i „wspaniała porażka” Barry’ego Goldwatera –
republikańskiego kandydata w wyborach prezydenckich.
Nominacja tego
senatora z Arizony jako kandydata w wyścigu do Białego Domu była
rezultatem przejęcia kontroli nad tą partią przez działaczy, którzy
uczyli się polityki na książkach i pismach konserwatywnych powstałych po
1945 roku. Idee rzeczywiście mają konsekwencje. Chociaż Goldwater w
starciu z demokratycznym konkurentem (Lyndonem B. Johnsonem) poniósł
jedną z dotkliwszych porażek w dziejach prezydenckich elekcji w USA, to
dzisiaj nikt nie ma wątpliwości, że ta przegrana przecież kampania
prezydencka była początkiem zyskiwania na znaczeniu amerykańskiego
konserwatyzmu jako propozycji politycznej.
Jednym z republikańskich
polityków, którzy wsparli w 1964 roku prezydencką kandydaturę
Goldwatera, był Ronald Reagan. Jego kariera polityczna jest kolejnym
dowodem na to, że trwanie przy swoich zasadach – mimo porażek także
odnoszonych we własnym obozie politycznym – nie zawsze jest dowodem na
nieudacznictwo lub „rozmijanie się z czasem”. Reagan zanim w 1980 roku
uzyskał nominację swojej partii w wyborach prezydenckich, parokrotnie na
republikańskich konwencjach poniósł w tej samej sprawie porażkę. Dwie
kadencje prezydenckie Reagana (1981-1989) są powszechnie uważane za
osiem lat rządów jednego z najwybitniejszych przywódców amerykańskich.
Ustrzec
się politycznej atrofii
Czego uczy więc amerykański
przykład? Po pierwsze tego, że nie wolno tylko mówić, ale trzeba myśleć i
pisać o polityce. Nowoczesna polityka to nie PR-owskie sztuczki i
sądowe pieniactwo, ale przede wszystkim laboratorium idei. Amerykańska
polityka to nie tony konfetti wysypywane na konwencjach wyborczych dwóch
najważniejszych partii, ale przede wszystkim ciężka, intelektualna
praca think tanków, niekryjących zresztą swoich politycznych afiliacji
(co jest uczciwe zarówno wobec sponsorów, jak i wyborców). U nas
dziesiątki milionów złotych wydawane z budżetu państwa na partie
polityczne nie owocują powstaniem ośrodków – choćby i ściśle partyjnych
(czyli związanych z danym ugrupowaniem) – badania i tworzenia myśli
politycznej.
Do powstania ważnych dzieł z dziedziny myśli politycznej
nie trzeba zresztą państwowych pieniędzy. Nie brakuje przecież na
polskiej scenie politycznej ludzi od lat aktywnych, posiadających
znaczny intelektualny potencjał, którzy zaniedbują swój obowiązek
kształtowania myśli politycznej. Jak pisałem już wcześniej w kontekście
myśli chrześcijańsko-narodowej w Polsce po 1989 roku – za dużo jest
przyczynkarstwa, za dużo wywiadów rzek i blogów, a za mało ważnych
książek.
Z pewnością nurt chrześcijańsko-konserwatywny
(chrześcijańsko-narodowy) jest obecnie w Polsce w radykalnej
mniejszości. To nie jest jeszcze dramat. Ten się zacznie w momencie
abdykacji tego nurtu z formułowania własnej myśli politycznej. Nie
byłoby wielkich wpływów Narodowej Demokracji w społeczeństwie polskim
bez „Myśli nowoczesnego Polaka” Romana Dmowskiego. W jednym ze swoich
listów Zygmunt Krasiński przestrzegał przed ludźmi „o wiotkich mózgach”.
Wydaje się, że ostrzeżenie autora „Nie-Boskiej komedii” pozostaje
ciągle aktualne.
Doc. dr hab. Grzegorz Kucharczyk
Doc.
dr hab. Grzegorz Kucharczyk, kierownik Pracowni Historii Niemiec i
Stosunków Polsko-Niemieckich Instytutu Historii Polskiej Akademii Nauk.
Autor m.in. książek: „Czerwone karty Kościoła”, „Pierwszy holocaust XX
wieku”, „Kielnią i cyrklem. Laicyzacja Francji w latach 1870-1914”.
