To nie był mecz: liberalni kontra solidarni. Szkoda

Z Maciejem Gołubiewskim z Belgii, ekspertem w obszarze polityka
Instytutu Sobieskiego, rozmawia Jacek Dytkowski

Mieszka
Pan w Belgii. Obserwował Pan kampanię wyborczą w Polsce?


Kampania była raczej wyjątkowo spokojna, w cieniu tragedii smoleńskiej.
Jednak mimo to Bronisław Komorowski starał się trochę sprowokować różne
reakcje ze strony Jarosława Kaczyńskiego, kandydata PiS. To się nie
udało – co zostało zauważone. Z tego też powodu kampania prowadzona
przez PO była trochę niemerytoryczna. Jej sztab starał się nawiązywać do
przeszłości – z czego zrezygnował prezes Kaczyński. Można powiedzieć,
że PO „strzelała nie w tę bramkę, którą trzeba”. Głównym moim
spostrzeżeniem jest to, że kampania miała dziwny charakter, ponieważ
argumenty wysuwane ze strony Komorowskiego mijały się z tym, o czym
mówił Kaczyński. Pojawiały się oczywiście oskarżenia wobec kandydata
PiS, że udaje i gra takiego „wyciszonego”. Dodawano natomiast, że jego
zaplecze polityczne robi tzw. brudną robotę. Jednak tego również nie
było widać, ponieważ składało się ono z ludzi młodych i stonowanych.
Jeśli spojrzeć na posła Pawła Poncyliusza czy Joannę Kluzik-Rostkowską,
to okazuje się, że nie są to osoby kojarzone z atakami politycznymi, a
tych głównych, bardziej agresywnych graczy nie wysuwano na pierwszy
plan. Więc kampania była nieco dziwaczna.

W jakim sensie?

Ponieważ każdy z kandydatów mówił jakby obok siebie. Kaczyński
prezentował wizję pójścia Polski naprzód, Komorowski walczył z duchami
przeszłości i starał się prowokować, a reszta – np. Grzegorz
Napieralski, robiła swoje, żeby cementować SLD.

Brakowało
dynamicznej debaty?

– Mało było wymiany zdań, „biało-czarnej
potyczki”, takiej jak podczas wcześniejszych kampanii w formule
liberalni kontra solidarni. Nie wiadomo było, na czym zasadza się oś
debaty. Było to dziwne, natomiast przyczyniło się do tego, że była ona w
miarę spokojna – by nie powiedzieć nudna.

Dziękuję za
rozmowę.

drukuj