Widmo chadecji krąży nad PiS
Z prof. Mieczysławem Rybą, kierownikiem Katedry Historii Systemów
Politycznych XIX i XX w. KUL oraz wykładowcą w Wyższej Szkole Kultury
Społecznej i Medialnej w Toruniu, rozmawia Małgorzata Rutkowska
Czy
w Polsce istnieją partie prawicowe?
– Oczywiście, działają
partie określające się takim mianem. Jeśli mówimy o scenie
parlamentarnej, na pewno jako partia prawicowa definiuje się Prawo i
Sprawiedliwość, poza parlamentem – Prawica Rzeczypospolitej.
Współcześnie główną linię podziału na lewicę i prawicę zarysowuje
stosunek do chrześcijańskiego dziedzictwa Europy, jego afirmacja w
różnych wymiarach.
Jakie powinny być kryteria stawiane takiemu
ugrupowaniu?
– Kwestia ładu moralnego, prymatu prawa
naturalnego, poszanowania życia od poczęcia do naturalnej śmierci,
chrześcijańskiej wizji małżeństwa, stosunku państwa do Kościoła i jego
akceptacji jako niezwykle istotnej instytucji w przestrzeni życia
publicznego. To fundament ideowy, na którym powinna budować partia
prawicowa, czyli konserwatywna. Natomiast problem jest inny: w wielu
wypadkach samo nazwanie się prawicą niekoniecznie od strony historycznej
czy filozoficznej odpowiada temu, co partie te prezentują w sensie
programowym i co robią, kiedy dochodzą do władzy.
Przykład
zachodnioeuropejskich partii chadeckich pokazuje, że już dawno zdradziły
swoją chrześcijańską tożsamość. Pozostał szyld bez zasad i wartości.
–
Nierzadko partie te wyłącznie sentymentalnie odnoszą się do dziedzictwa
chrześcijańskiego, które dziś tak naprawdę nic dla nich nie znaczy, do
niczego ich nie zobowiązuje. To typowe partie wydmuszki.
O
kapitulacji ideowej chadecji przesądzają względy sentymentalne? A może
stoi za tym wykalkulowana myśl polityczna, której na imię pragmatyzm?
–
Raczej pewna taktyka, wyrachowana w tym sensie, że w Europie nastąpiły
bardzo głębokie procesy laicyzacyjne obejmujące całe społeczeństwa.
Dzisiaj największa walka ideowa toczy się nie na scenie parlamentarnej,
ale w obszarze kultury. Na skutek zwycięstw lewicy, szczególnie po tzw.
rewolucji kulturalnej lat 60. i 70. XX w., partie, chcąc pozyskiwać
elektorat prawicowy, nie tyle szły pod prąd i eksponowały swoje
stanowisko określone nazwą „chrześcijańska demokracja”, ile
przystosowały się do trendów dyktowanych przez media i przedstawianych
jako głos „opinii publicznej”.
Co się dzieje, gdy elektorat
katolicki zostaje pozbawiony swojego reprezentanta?
– To jest
potężny problem w wielu krajach, zwłaszcza zachodnioeuropejskich. Mamy
tam często do czynienia z nieformalnym przymusem głosowania na tzw.
mniejsze zło, co powoduje, że skuteczność osiągania pewnych ważnych
celów na niwie politycznej jest nikła. Wiąże się to też ze słabym
zorganizowaniem konserwatywnej opinii publicznej w Europie, w
odróżnieniu choćby od Stanów Zjednoczonych, gdzie zwycięstwa niektórych
kandydatów republikańskich na skutek bardzo silnego elektoratu
konserwatywno-prawicowego mają ogromne konsekwencje w polityce, np. w
kwestii aborcji, układów homoseksualnych, finansowania niemoralnych
przedsięwzięć. W Europie zdarza się to bardzo rzadko.
Dlaczego
najważniejsze dla katolików tematy przestają istnieć w debacie
publicznej na naszym kontynencie?
– Wydaje się, że Europa poszła
znacznie dalej w kierunku laickim czy lewicowym niż Stany Zjednoczone.
To są naprawdę różne społeczeństwa. Jeżeli weźmiemy pod uwagę
religijność Amerykanów i Europejczyków, to nieporównywalnie korzystniej
wygląda to na niwie amerykańskiej. Poza tym trzeba przyznać
chrześcijanom w USA, że ich zdolność do samoorganizacji jest o wiele
większa niż w Europie.
A w Polsce? Czy partie określające się
jako prawica prezentują postulaty katolickie?
– Takie postulaty
się stawia, ale ich nie realizuje ze względów czysto marketingowych.
Scenę polityczną w Polsce przyrównałbym do wielkiej wagi, na którą
kładzie się klocki w postaci różnych ugrupowań politycznych. Kiedyś samo
istnienie takich partii jak ZChN czy potem LPR, pomijając potężne błędy
popełniane przez te ugrupowania, wymuszało nachylenie się innych partii
w kierunku narodowo-katolickim, by chociażby przejąć elektorat. W tej
chwili partie centrowo-prawicowe orientują się bardziej na lewą stronę
ze względu na to, że elektorat lewicowy jest zorganizowany politycznie i
ma swoją reprezentację w parlamencie.
W obecnej kampanii PiS
deklaruje, że chce poszerzać się o centrum, pomijając postulaty
środowiska narodowo-katolickiego. Czy to trafne rozeznanie sytuacji?
–
Pytanie jest zawsze o cel. Jeśli partia dąży tylko do sprawowania
rządów w sensie formalnym, to idzie drogą, jaką w znaczeniu ideowym
przebyła zachodnia chadecja. Jeśli zaś celem byłoby ratowanie ładu
moralnego w życiu publicznym, to z pewnych zasad nie wolno rezygnować,
bez względu na to, jakie są perspektywy dojścia lub niedojścia do
władzy. Pamiętajmy, że można formalnie nie rządzić w znaczeniu pełnienia
ważnej funkcji, ale wpływać na decyzje tych, którzy pełnią władzę, w
sposób o wiele bardziej skuteczny, niż gdyby się samemu zajmowało tego
typu stanowisko. Podam przykład – przed wojną Roman Dmowski formalnie
nie rządził, ale w zasadniczy sposób wpływał na życie publiczne w
Polsce.
Istnieje zagrożenie, że PiS wkracza na drogę, jaką
przebyły zachodnie chadecje?
– Moim zdaniem, Prawo i
Sprawiedliwość znajdowało się w znacznie lepszej sytuacji, gdy na jego
prawej flance istniały ugrupowania bardziej prawicowe od niego. To
powodowało, że PiS postrzegane było na scenie politycznej nie jako
„skrajna prawica”, ale coś w rodzaju centrum, co było dla niego
korzystne. Po drugie, miało koalicjanta na prawej stronie i nie musiało
zawierać transakcji politycznych z centrową czy lewą stroną. Dziś polska
scena tak się wyprofilowała, że rolę języczka u wagi w parlamencie
pełni np. PSL. To stwarza pokusę, aby za pomocą polityki uśmiechów i
ukłonów zabiegać o większościową koalicję z tą partią albo o poparcie
elektoratu lewicowego.
W poprzedniej kadencji Sejmu Prawo i
Sprawiedliwość nie chciało mieć konkurenta po prawej stronie. Nie udało
się wprawdzie zbudować systemu dwupartyjnego, ale taki pomysł podziału
sceny politycznej wciąż jest aktualny. Co oznacza dla Polski?
–
Uważam, że jeśli chcemy uprawiać wyrazistą, prawdziwościową politykę, o
wiele lepiej jest, gdy działają czytelne partie, od których elektorat
może domagać się zachowań adekwatnych do tego, co deklarują. Natomiast
jeżeli istnieje system dwupartyjny, znacznie trudniej jest egzekwować te
wymagania, bo wtedy nawet w jednym ugrupowaniu mogą funkcjonować osoby o
zupełnie sprzecznych poglądach. Dochodzi do absurdu, że ta sama partia w
kluczowej sprawie mówi „tak” i „nie”. Powoduje to ogromny zamęt,
szkodliwy zwłaszcza społecznie.
W jakiej sytuacji znajduje się
wtedy elektorat katolicki?
– Jeśliby powstał w Polsce system
dwupartyjny, elektorat katolicki powinien zorganizować się albo poza
strukturami partyjnymi i poza parlamentem, by wywierać nacisk na
polityków, albo szukać rozwiązania w postaci nowego ugrupowania.
To
zagwarantuje obecność ważnych tematów w debacie dla konserwatywnej
części społeczeństwa?
– Te kwestie powinny być obecne nie tylko w
debacie, ale przede wszystkim powinny być realizowane poprzez konkretne
decyzje. Na pewno zorganizowane struktury elektoratu katolickiego muszą
bardzo ostro recenzować istniejący stan rzeczy, informować swoich
członków o tym, co się dzieje na scenie politycznej. Musi działać
swoisty filtr, poprzez który partia – nie musi być duża – funkcjonująca w
parlamencie będzie diagnozować istniejącą sytuację. Politycy są wręcz
zobowiązani, żeby recenzować scenę polityczną, pokazywać, jak inni
manipulują czy nie realizują swojego programu. Innym rozwiązaniem –
bardziej pracochłonnym i trudniejszym – jest zorganizowanie życia
społecznego poza partiami i z tych pozycji ocena działań politycznych.
To musi być bardzo ostra recenzja, by elektorat nie czuł się
zlekceważony.
Czy PiS wyciąga jakieś wnioski z lekcji
zachodnich chadecji?
– Są niepokojące objawy – szefowa kampanii
wyborczej Jarosława Kaczyńskiego pani Joanna Kluzik-Rostkowska
prezentuje raczej poglądy lewicowe, ale to ona jest eksponowana, a nie
osoby kojarzone z konserwatywnym nastawieniem. Wcześniej mieliśmy bardzo
dwuznaczne zachowania tej partii w sprawie konstytucyjnych gwarancji
ochrony życia, traktatu lizbońskiego itd. Należy się temu przyglądać.
Wprowadzenie systemu dwupartyjnego wcale nie musi prowadzić do
umoralnienia życia politycznego w Polsce – niektórzy mówią, że przy
dwóch partiach nie będzie bałaganu czy kłótni. Ale jeśli spór toczy się o
rzeczy ważne, jest konieczny; gorzej jeśli spieramy się o marginalia
lub mamy do czynienia z czystą manipulacją medialną. Najbardziej się
obawiam, że polska scena polityczna stanie się tylko teatrem, miejscem
marketingowych chwytów, PR-owskich gier. Wtedy polityk będzie
rzeczywiście tylko „produktem” marketingu. A kto jest jego
„producentem”? Ludzie stojący z boku, wielkie koncerny medialne. Stąd
już tylko krok do systemu totalitarnego.
Możemy liczyć się z
takim scenariuszem w polskiej polityce?
– Zagrożenie istnieje,
chociaż wciąż jesteśmy jednym z nielicznych, jeżeli nie jedynym krajem w
Europie, który ma silny elektorat katolicko-narodowy, świadomy tego,
jak powinno być zorganizowane życie publiczne w odniesieniu choćby do
zasad katolickiej nauki społecznej.
Pokusi się Pan o prognozę
co do kształtu ideowego PiS?
– Trudno powiedzieć, to zależy,
jaki będzie wynik wyborów prezydenckich, w jakim kierunku pójdzie rozwój
tej partii po tegorocznej elekcji, kto zostanie liderem, jaka grupa
zdobędzie przewagę, czy w PiS będzie się toczyć jakaś dyskusja
wewnętrzna. Nie można tylko pytać, czy my wygramy wybory, ale – dokąd
chcemy Polskę zaprowadzić. Jest cały szereg pytań, które w kontekście
wielkiego dramatu 10 kwietnia powinny być postawione. Natomiast widmo
chadecji zachodnioeuropejskiej – nieprzypadkowo nazywam to widmem, czyli
zagrożeniem – jest bardzo poważne i należy je pokazywać. Dzisiaj
chadeckie partie niczym się nie różnią od socjalistów, chociażby w
kwestii Karty Praw Podstawowych czy tworzenia tzw. konstytucji
europejskiej. To bardzo mocno mówi nam, kim są partie chadeckie i jaka
jest Europa.
W czym upatruje Pan nadzieję na złamanie tej
dyktatury relatywizmu, która drąży nasze życie społeczne?
– W
cywilizacji łacińskiej siła polityczna jest generowana oddolnie,
społecznie, na tej bazie można oddziaływać metapolitycznie. Proszę sobie
wyobrazić, jak wyglądałby polski elektorat katolicki, gdyby nie Radio
Maryja, gdzie możemy wymienić swoje myśli i wzajemnie się formować.
Gdyby nie toruńska rozgłośnia, bylibyśmy w dużej mierze bezbronni, mimo
że mamy podobne poglądy. Bez oddolnego zorganizowania nie ma w
cywilizacji łacińskiej polityki. Inaczej jest gra, bizantyjska struktura
biurokratyczna, która tylko manipuluje społeczeństwem.
Dziękuję
za rozmowę.
