Odwaga i wiara
Najtrudniej się zmierzyć z samym sobą. Stanąć oko w oko ze swoją
słabością, przyznać się do popełnionego błędu, wyjść poza lęk. Bardziej
zależy nam na opinii innych niż na zgodzie z własnym sumieniem, sprawy
ducha skłonni jesteśmy traktować jako drugorzędne. Problem polega na
tym, że tolerowanie bałaganu wewnątrz siebie ma zasadniczy wpływ na to,
co robimy, kim jesteśmy, jakie wartości wybieramy. Bojąc się, że inni
mogą to zauważyć, zakładamy maski, godzimy się na bierność i miernotę,
co w konsekwencji prowadzi do tego, że nasze życie karłowacieje jeszcze
bardziej. Błogosławiony jest moment, gdy wszystko nagle zaczyna ciążyć,
gdy ból wewnętrzny staje się nie do zniesienia i rodzi się pragnienie
nawrócenia. Trzeba wtedy dwóch rzeczy: wiary i odwagi. Reszty dopełni
sam Bóg.
Desperacja kobiety z dzisiejszej Ewangelii zadziwia.
Wejście do obcego domu, świadomość pogardy, a zarazem ogromnego
zdziwienia, które jej będzie towarzyszyć, nie pozostawiały złudzeń, jak
zostanie przyjęta. Nie zależało jej na opinii faryzeuszy. Liczył się
tylko Jezus, pragnienie oczyszczenia, tęsknota do podjęcia nowego życia,
wreszcie wiara, że może się tak stać. W nagrodę otrzymała to, o co
prosiła, ponieważ „bardzo umiłowała”.
Dla tego, kto kocha, nie ma
rzeczy niemożliwych. Doskonale znamy tę prawdę z codziennego życia.
Wiedział to też św. Paweł. „Teraz już nie ja żyję, lecz żyje we mnie
Chrystus” – tak mógł napisać tylko człowiek, który całkowicie wyzbył się
lęku, tego doskonale nam znanego stanu ludzkiego ducha, który
skutecznie blokuje przystęp łaski. Boimy się, że oddając Chrystusowi
cokolwiek ze swojego życia, podepczemy swoją wolność, zgodzimy się na
kajdany, skażemy na ciemnogród. To wielkie kłamstwo szatana. Jan Paweł
II wołał wiele razy (przypomniał te słowa Benedykt XVI podczas swojej
pierwszej papieskiej homilii): „Nie lękajcie się otworzyć drzwi
Chrystusowi. On niczego nie zabiera, a daje wszystko. Kto oddaje się
Jemu, otrzymuje stokroć więcej”. Słabi jesteśmy, ponieważ nie rozumiemy,
że chrzest, który wprowadza nas w obręb zbawczego działania, jest
całkowitym zwróceniem się ku Bogu. Cytowane Pawłowe słowa to nie
muzealny eksponat, nie świadectwo heroizmu, do którego są powołani
jedynie nieliczni; każdy z nas powinien się pod nimi podpisać!
Przegrywamy, ponieważ zbyt mało jest w nas owej bezkompromisowości. Jest
w sercu miejsce dla Boga, ale zawsze pozostaje jakiś margines. Rysujemy
linie, których Jemu przekroczyć nie wolno, bo to „teren prywatny”.
Tymczasem Chrystus nie chce 80, 90 czy 99,99 proc. człowieka. Jego
interesuje tylko 100 procent. Można albo całkowicie się Mu powierzyć,
oddać swoje wczoraj, dziś i jutro albo tolerować w sobie namiastkę
życia. Nie da się żyć, wierzyć, kochać na pół gwizdka. Wszystko
wcześniej czy później runie. Potrzebna jest nam odwaga kobiety z
dzisiejszego opisu ewangelicznego, bezkompromisowość św. Pawła, abyśmy
zrozumieli, kim jesteśmy. Abyśmy pojęli, że tylko w Nim jest nasz
ratunek i że to On jest w stanie obdarować prawdziwym życiem.
ks.
Paweł Siedlanowski
