Z powodzi pod prysznic inflacji?
Z Jerzym Bielewiczem, finansistą, absolwentem inżynierii rolnictwa
University of Manitoba oraz IVEY Business School University of Western
Ontario, prezesem Stowarzyszenia „Przejrzysty Rynek”, rozmawia
Małgorzata Goss
Minister rolnictwa Marek Sawicki podał, że
z powodu powodzi ucierpiało ponad 50 tys. gospodarstw rolnych i 400
tys. ha użytków rolnych, a straty mogą przekroczyć miliard złotych.
Twierdzi, że nie wpłynie to na cenę żywności. Czy zgadza się Pan z tym?
–
Odpowiedź jest oczywista: ceny wzrosną. Co ważniejsze – klęska
żywiołowa dotknęła nie tylko uprawy, ale i samych rolników, a przecież i
bez tego znajdują się oni w gorszej sytuacji niż rolnicy na Zachodzie,
ponieważ są nierówno traktowani w ramach wspólnej polityki rolnej, m.in.
mają mniejsze dotacje do hektara. Na klęskę żywiołową trzeba też
spojrzeć w kontekście niestabilnej sytuacji gospodarczej na świecie.
Chodzi o to, żebyśmy – w sytuacji kryzysu światowego – nie uzależnili
się od importu żywności. Rolnikom należy się ochrona, aby bilans
żywnościowy Polski zamykał się na plusie. Rynek żywności powinien być
oczkiem w głowie rządzących, ponieważ wzrost cen produktów spożywczych
lub niedostatki na tym rynku przekładają się bezpośrednio na portfele
obywateli, zwłaszcza najuboższych, co grozi wzrostem napięć społecznych.
Światowy kryzys wchodzi na kolejny etap?
– Kryzys
zaczyna się od załamania na rynkach finansowych, później – poprzez
kryzys w systemie bankowym – przenosi się do realnej gospodarki, a na
koniec – poprzez wzrost inflacji – zaczyna zbierać żniwo wśród
obywateli. Prędzej czy później należy oczekiwać tej ostatniej fazy, to
jest wzrostu cen i inflacji, zwłaszcza wobec szczodrych pakietów
stymulacyjnych w ostatnich dwóch latach na świecie. Jeśli na ten
naturalny trend inflacyjny nałożą się dodatkowe czynniki, takie jak
zaniżone dopłaty dla polskich rolników w ramach UE oraz za kilka
miesięcy obniżona podaż żywności związana z klęską powodzi – wzrost
inflacji w Polsce może okazać się większy niż gdzie indziej.
Jak
wzrost inflacji wpłynie na gospodarkę, a także kondycję naszej waluty?
–
Dochodzi tu do sprzężenia – inflacja wpływa na stopy NBP, a stopy
wpływają na gospodarkę. NBP cały czas monitoruje wskaźniki inflacji, aby
utrzymać ją w ryzach. Jeśli inflacja wystrzeli nagle w górę – przełoży
się to na podniesienie stóp procentowych, a więc zwiększenie kosztu
kapitału w gospodarce i wyższe oprocentowanie kredytów. To zawsze hamuje
tempo wzrostu gospodarczego. Wysoka inflacja oczywiście osłabia nie
tylko gospodarkę, lecz także walutę danego kraju.
Podwyższenie
stóp procentowych mogłoby wręcz zahamować wątły wzrost, jaki notujemy.
Jak zmniejszyć presję inflacyjną, aby nie zdusić gospodarki?
– W
tym miejscu należy pamiętać o nadmiernym zadłużeniu większości krajów
europejskich, a także o gwałtownym wzroście deficytu finansów
publicznych w Polsce. Aby uporać się i z tym problemem, wiele krajów
ogłasza plany oszczędnościowe polegające na cięciu wydatków i podwyżce
podatków. Chodzi o ściągnięcie nadmiaru pieniędzy z rynku, zmniejszenie
deficytów budżetowych i zadłużenia publicznego. Sądzę, że od tego i w
naszym przypadku nie można uciec. Jednocześnie rządy zdają sobie sprawę,
że nie mogą sobie pozwolić na zaprzestanie stymulacji popytu, aby
gospodarka znowu nie wpadła w dołek. Na czym to polega? Na przykład mamy
ostatnio w kraju propozycję podniesienia podatku VAT – gdyby do tego
doszło, trzeba równolegle pomyśleć o ulgach czy dodatkach dla najniżej
uposażonych, żeby podtrzymać konsumpcję. Grupa ta, ze względu na swoją
dużą liczebność, najsilniej wpływa na popyt krajowy, a ten trzeba za
wszelką cenę utrzymać. Podnosząc podatki i obcinając wydatki budżetowe,
należy wprowadzać ulgi dla tych, którzy całość dochodów przeznaczają na
podstawowe produkty.
Takiej polityki raczej trudno się
spodziewać po rządzie PO. Rząd neoliberalny z założenia odrzuca
ingerencję w gospodarkę, licząc, że rynek wszystko załatwi…
–
To właśnie problem – że w obliczu tak wielkich wyzwań w gospodarce
globalnej mamy rząd skupiony wyłącznie na własnym wizerunku, który boi
się podjąć jakiekolwiek kroki wyprzedzające, które usunęłyby zagrożenia
stojące przed Polską. Brak działań w obecnej sytuacji może nas bardzo
drogo kosztować.
Jak zachowuje się nasze otoczenie – inne
kraje UE?
– Racjonalnie. Doświadczenie z restrukturyzacji
przedsiębiorstw wskazuje, że gdy organizm gospodarczy jest chory, trzeba
ciąć wydatki, przygotować plan naprawczy i startować z niższego
poziomu. Programy cięć zapowiadają kolejne kraje europejskie: Hiszpania,
Portugalia, Włochy, Niemcy, Wielka Brytania – wszystkie kluczowe
państwa ogłosiły pakiety cięć. Gdyby Europa kontynuowała dotychczasowe
programy pomocowe i pakiety wsparcia dla gospodarki, oddalałaby tylko
załamanie finansowe, które i tak musiałoby w końcu nastąpić. Dlatego
członkowie starej UE doszli do wniosku, że na obecnym etapie trzeba
ograniczyć wydatki publiczne i wdrożyć plan naprawczy. Im szybciej to
nastąpi, tym lepiej. Dla sytuacji globalnej podtrzymywanie programów
pomocowych jest teraz większym zagrożeniem niż cięcia oszczędnościowe.
Inaczej postępują Amerykanie, którzy zamiast oszczędzać, planują kolejny
pakiet 200 mld dolarów na ratowanie gospodarki. Wydaje się, że to błąd.
Jesteśmy w sytuacji odwrotnej niż podczas kryzysu w latach 30. XX
wieku, kiedy właśnie w Stanach Zjednoczonych prezydent Herbert Hoover
ukrócił spekulacje na rynkach finansowych. Wówczas pozwoliło to zapobiec
eskalacji kryzysu w Stanach Zjednoczonych na taką skalę, jak to
nastąpiło w Europie. Niemcy dobrze jeszcze pamiętają czasy
hiperinflacji, znają cenę, którą zapłacili, i zrobią wszystko, by
dzisiaj do podobnej sytuacji nie doszło.
Jeszcze niedawno
Międzynarodowy Fundusz Walutowy ostrzegał, że nagłe ściągnięcie polityki
fiskalnej może pogrążyć gospodarkę realną, która wciąż nie jest w
stanie funkcjonować bez rozrusznika w postaci środków publicznych…
–
Wracamy do pytania: co było najpierw, jajko czy kura, na które nie ma
odpowiedzi. Gdzieś trzeba zacząć proces naprawy finansów, nie można bez
końca go odkładać, bo – jak się okazuje – to nic nie daje. Zwróćmy uwagę
na zachowanie sektora finansowego w USA – mimo że znalazł się na skraju
zapaści i został odratowany dzięki olbrzymiej pomocy publicznej –
menedżerowie, jak w dawnych dobrych czasach nadal pobierają wysokie
bonusy. Perturbacje na rynkach finansowych nie ustają. Tani pieniądz z
FED i budżetu federalnego jest przeznaczany na spekulacje, co jeszcze
pogarsza sytuację. Pakiety pomocowe pozwoliły „kupić czas”, ale ten czas
nie jest wykorzystywany do naprawy. Zaciśnięcie pasa poprzez cięcia
wydatków publicznych powinno być ogłoszone już w momencie, gdy „kupowano
czas” za pakiety pomocowe dla sektora bankowego. Winny być wprowadzone w
życie plany naprawy finansów publicznych, deficytów i zmniejszania
długu.
Czy zaciskanie pasa zwykłym ludziom ma sens, gdy
nierozwiązane pozostają problem niekontrolowanej spekulacji na
instrumentach pochodnych, która kreuje pieniądz bez pokrycia, oraz
problem instytucji finansowych – zbyt dużych, by upadły, a więc
ratowanych za pomocą środków publicznych?
– Pierwsza idea Keynesa
to pchać pieniądze bez względu na efekt. Okazuje się jednak, że to nie
działa. Mimo rekordowej płynności w systemie bankowym (depozyty dobowe w
EBC sięgnęły 400 miliardów euro, co oznacza olbrzymią nadpłynność
gotówki) banki nadal nie podejmują swojej roli. Po pierwsze, nie
istnieje rynek międzybankowy w dolarach i euro, bo banki nie ufają i nie
pożyczają sobie nawzajem, lecz oddają środki do banku centralnego. Po
drugie, nie chcą one pożyczać pieniędzy przedsiębiorcom, bo boją się, że
ci popadną w kłopoty i nie zwrócą długu. Gdy system finansowy, mimo
ogromnej pomocy publicznej, nie spełnia funkcji przekaźnika pieniędzy do
gospodarki – narasta tzw. nawis inflacyjny, a ciągle nie ma inflacji,
która musi w końcu nastąpić. Dlatego też ostatnią fazą kryzysu, którą
nasi dziadkowie dobrze zapamiętali z lat 30., jest hiperinflacja, kiedy
bochenek chleba kosztuje dzisiaj 5 zł, a jutro wyniesie 10 złotych…
Wtedy dla zwykłego obywatela kryzys zaczyna się naprawdę. Będzie mu
brakować pieniędzy, by nakarmić rodzinę. Dlatego absurdem jest dalsze
pompowanie pieniędzy w system finansowy, gdy gospodarka ich nie
przyjmuje. Program naprawczy polega na tym, że trzeba uporządkować
kwestie wydatkowe, żeby nie wpadać w spiralę zadłużenia, a więc ciąć
wydatki publiczne oraz zadbać o wpływy do budżetu, podwyższając podatki,
przy jednoczesnym podtrzymywaniu popytu i inwestycji. Strumienie
pieniędzy publicznych muszą być kierowane w sposób uzasadniony, tj. tam,
gdzie przyniosą największe korzyści z punktu widzenia dochodów
budżetowych i rozwoju gospodarki. Jestem przekonany, że reakcja rynków
na aktualne cięcia będzie inna, niż spodziewają się niektórzy
ekonomiści: spowoduje to wzrost wiarygodności euro i europejskiego
systemu finansowego, zmusi instytucje finansowe do podjęcia akcji
kredytowej i z czasem przyniesie ekonomiczny boom.
Czy
„kotwica wydatkowa” ministra Jacka Rostowskiego jest właściwym
instrumentem redukcji wydatków publicznych obecnie?
– „Kotwica
wydatkowa” jest narzędziem mechanicznym, które tnie na ślepo, gdzie
popadnie. Tymczasem dobra polityka powinna być polityką inteligentnych
cięć i przekierowywania środków na cele, które w przyszłości zwiększą
wpływy do budżetu. Na dodatek rząd, reklamując swój plan naprawy
finansów publicznych, osiągnął szczyt hipokryzji: mówi o „kotwicy
wydatkowej”, a jednocześnie prowadzi wirtualne finanse i wirtualny
budżet. Co z tego, że będzie „kotwica”, jeśli wskaźniki, na których jest
oparta, są zakłamane? Na przykład zadłużenie publiczne jest ukrywane w
swapach, do których minister Rostowski się przyznał, nie podając, w
jakiej skali się to odbywa… Albo problem wypychania wydatków poza
budżet państwa – do Funduszu Drogowego, do ZUS i innych. Rząd robi
wszystko, by formalnie utrzymać się poniżej progów zadłużenia
publicznego, ale jest w tym kompletnie niewiarygodny. To nie są
rzeczywiste działania, lecz pozorowane. Na przykład 2 mld na pomoc dla
powodzian mają pochodzić… z rezerwy na współfinansowanie projektów
europejskich. A przecież podtrzymanie napływu środków z UE to nasze być
albo nie być. Za rządów PO obcięto ok. 6 mld zł na inwestycje w ochronę
przeciwpowodziową, a teraz wydatki na usuwanie skutków klęski żywiołowej
sięgną 15 mld złotych. To świadczy o tym, jak krótkowzrocznie,
nieroztropnie rząd steruje strumieniami pieniędzy publicznych. O stopniu
zadłużenia kraju przez obecny gabinet nawet nie wspomnę.
Tymczasem
kluczowe jest, aby nasza strategia odnosiła się do sytuacji globalnej.
Trzeba przewidywać kierunek, w jakim pójdzie świat. Newralgiczny jest
obecnie stan rolnictwa. Inflacja, która nastąpi, może być u nas wyższa,
jeśli zaniedbamy rolnictwo i dopuścimy do powstania niedoboru na
krajowym rynku żywności. W ostatniej fazie kryzysu bardzo silnie daje
też o sobie znać zjawisko protekcjonizmu. Na rynkach żywności prowadzi
ono do ogromnych napięć. Przyjmując wśród możliwych scenariuszy także
ten najgorszy – niekontrolowanego wzrostu inflacji – trzeba mieć
odpowiednie plany na wypadek, gdyby on się zmaterializował. Ten rząd
robi odwrotnie. Nie przewiduje, płynie na fali, myśli w perspektywie
dni, a nie miesięcy i lat. Zbliżają się kolejne wybory, a więc następna
eksplozja niepotrzebnych wydatków ze strony rządu, kolejna fala
szkodliwych prywatyzacji, czyli sprzedawania przyszłych wpływów
budżetowych, byle tylko zapchać bieżące dziury.
Dziękuję za
rozmowę.
