Bratnia pomoc już działa!

Ach, wydarzenia i przemiany nabierają tempa prawdziwie
stachanowskiego! Jeszcze nie spłynęły wody potopu, a już – wychodząc naprzeciw
dochodzącym z głębokości wołaniom Stronnictwa Ruskiego, co to nie może doczekać
się upragnionego pojednania – rosyjski prezydent Dymitr Miedwiediew zapowiedział
udzielenie Polsce bratniej pomocy. Na początek bratnia pomoc ma dotyczyć
wyłącznie usuwania skutków powodzi, ale jeśli jest dobra w jednej sprawie, to
dlaczego powstrzymywać się przed skorzystaniem z niej również we wszystkich
pozostałych sprawach?

Sama logika podpowiada, żeby bratnia pomoc stała się trwałym elementem naszej
rzeczywistości, dzięki czemu będziemy mogli raz na zawsze pozbyć się irytujących
dysonansów poznawczych, jakie wiązały się z samodzielnością naszego tubylczego
państwa. „A może klasztor? Może do partii?”. I na co komu potrzebne takie
rozterki? Dzięki bratniej pomocy, która – co nie ulega wątpliwości – pojawi się
również ze strony drugiego strategicznego partnera, zostaniemy uwolnieni od
rozterek, bo o wszystkim zadecydują starsi i mądrzejsi. Dlatego prezydentem
Polski w tych warunkach może zostać ktokolwiek – nawet pan marszałek Bronisław
Komorowski, który w posłuszeństwie wobec starszych i mądrzejszych na pewno nie
da się nikomu prześcignąć.
Te siedmiomilowe przemiany obejmują nie tylko
środowisko Naszych Umiłowanych Przywódców, ale również celebrytów drobniejszego
płazu. Krótko mówiąc – wraca nowe. Starsi z pewnością pamiętają
najwybitniejszego komentatora politycznego polskiej telewizji stanu wojennego,
niejakiego pana redaktora Szykułę. Ten pan o smutnym wyrazie twarzy
przesłuchiwał swoje ofiary bez podnoszenia głosu, ale z wyraźnym naciskiem
skłaniał je do samokrytyki. Publiczna samokrytyka była wtedy, jak wiadomo,
środkiem jeśli nawet nie odzyskania zaufania partii, a zwłaszcza – organów, to
przynajmniej rodzajem kataplazmu łagodzącym skutki utraty zaufania. Pan Szykuła
nawet nie starał się specjalnie ukrywać, skąd trafił do mediów, w związku z czym
bez najmniejszego zażenowania posługiwał się przed kamerami metodami
operacyjnymi. Ciekawe, że kiedy razwiedka założyła sobie własne stacje
telewizyjne, zatrudnieni w nich funkcjonariusze przejęli większość metod
redaktora Szykuły i to, jak sądzę, w dobrej wierze, uważając, iż zadaniem
dziennikarza jest zmuszenie swego rozmówcy, by przyznał się do wszystkiego. Więc
kiedy już prezydent Dymitr Miedwiediew zapowiedział udzielenie Polsce bratniej
pomocy, doszło w końcu do tego, do czego dojść musiało.
Oto pan Piotr
Tymochowicz, uchodzący dotychczas za specjalistę od wizerunku, co to potrafi
wystrugać męża stanu nawet z banana, zabrał się za nakłanianie do samokrytyki,
zaczynając od pani Anny Cugier-Kotki, która tłumaczy się ze swego zaangażowania
w kampanię wyborczą Prawa i Sprawiedliwości przeciwko Platformie Obywatelskiej.
Pokornie wyjaśnia, że zrobiła tę rzecz za pieniądze, a widząc, jak się wstydzi
tamtej chęci zysku, możemy być pewni, że więcej to się nie powtórzy. Ciekawe, co
mogło skłonić panią Cugier-Kotkę do takiej samokrytyki? Możliwe, że jakieś
pryncypialne względy ideowe, chociaż nie można wykluczyć, że wspierająca
kampanię pana marszałka Komorowskiego razwiedka mogła podjąć próbę skaptowania
również jej – podobnie jak wielu innych aktorów – jakimiś propozycjami albo
nawet propozycją nie do odrzucenia. Na uwagę zasługuje również wprawa, z jaką
pan Piotr Tymochowicz zoperował panią Cugier-Kotkę.

Stanisław Michalkiewicz

drukuj