Macierzyństwo duchowe
O wiele łatwiej jest określić, czym jest duchowe ojcostwo, ponieważ większość
ojcowskich funkcji to zadania dotyczące wychowania, obrony, kształcenia dzieci.
Macierzyństwo zaś wydaje się funkcją o wiele głębiej fizyczną czy wręcz
fizjologiczną, zdefiniowaną przez fakt poczęcia dziecka, noszenia go pod sercem,
porodu i karmienia własnym mlekiem. I rzeczywiście jest tak, że ciało odgrywa tu
olbrzymią rolę, nie jest jednak prawdą, że na nim macierzyństwo się kończy.
To jest w nas
Potrzeba macierzyństwa jest tak głęboko wpisana w kobietę, że niemożność jej
zrealizowania często prowadzi do głębokich frustracji. Bolesnym wręcz przykładem
bywają kobiety, które próbują lub próbowały pokonać je, decydując się na in
vitro: pomimo wysokiej ceny finansowej i zdrowotnej, uciążliwych zabiegów, a
także wielokrotnych poronień, wciąż na nowo podchodzą do zabiegu. Posiadanie
dziecka staje się bożkiem – jak pisał Lewis – właśnie szlachetne pragnienia
potrafią najskuteczniej udawać Boga.
Czego tak naprawdę pragniemy, chcąc zajść w ciążę i urodzić? Chcemy MIEĆ dziecko
czy BYĆ matką? Bo to dwie różne postawy, dwa odmienne sposoby bycia w relacji:
mogę posiadać kogoś, a więc dyktować mu, kim ma być, jaki ma być i pysznić się
tym, kim ten ktoś się stał (w domyśle: dzięki nam). Ale mogę też być dla kogoś,
co zakłada szukanie jego dobra w dialogu z nim, a nie przez dyktat i jedynie
słuszną wizję jego szczęścia. Być dla kogoś, to także zgodzić się na jego
odejście, odmienność, porażki i wady.
Czym więc jest macierzyństwo? Kiedy się ono zaczyna i dokąd zmierza? W teologii
ciała rodzicielstwo jest "przekroczeniem progu największej odpowiedzialności"
("Tryptyk Rzymski"). Dlaczego Jan Paweł II używa tak wielkich słów i co one
oznaczają w praktyce? Spójrzmy najpierw na otaczający nas świat. Odruchowo jako
dojrzałe, dorosłe określamy to, co zdolne jest do posiadania potomstwa. Dojrzałe
jabłko to takie, w którym są pestki zdolne do wykiełkowania i wzrostu. Dorosły
pies czy kot to zwierzę, które może mieć młode.
Jednak ta reguła w przypadku ludzi nie jest do końca słuszna. Nikt nie nazwie
dorosłą czy dojrzałą nastolatki, a przecież w tym właśnie wieku osiągamy
dojrzałość fizyczną rozumianą jako zdolność do posiadania potomstwa. Z niejakim
wahaniem mówimy jako o dorosłych o ludziach dwudziestoparoletnich, czasem
trzydziestoletnich, a złośliwe powiedzenie głosi, że niektórzy (zwłaszcza
mężczyźni) dojrzewają do wieku sześciu lat, a potem tylko rosną. Pomińmy jednak
złośliwości i wróćmy do pytania o rozbieżność pomiędzy światem ludzi i resztą
stworzenia.
Ujawnia ona pewną ważną prawdę o nas: jesteśmy osobami, a zrodzenie drugiej
osoby nie kończy się na jej fizycznym poczęciu i urodzeniu. Oprócz sfery odczuć
(cielesnej) i sfery uczuć (psychicznej) jest w nas jeszcze jeden aspekt, obcy
reszcie materialnego świata: mamy duszę.
W praktyce oznacza to, że jesteśmy zdolni do racjonalnego myślenia, możemy
podejmować wolne decyzje (mamy wolną wolę) oraz potrafimy wejść w świadomą
relację z Bogiem. Jesteśmy zdolni do rozpoznania Go i pokochania. Każdy z nas
przychodzi na świat z zalążkami tych darów, jednak aby mogły się one rozwinąć w
pełni, potrzebują właściwej pielęgnacji.
Dwa wymiary
Kto pracował kiedykolwiek na wsi lub ma chociażby kwiaty na balkonie, wie, że do
ich rozwoju potrzeba dwóch elementów: przycinania, usuwania chwastów i
szkodników oraz podlewania i nawożenia. Ten obraz mniej więcej oddaje funkcje
ojca i matki.
Ojciec to ten, który stawia wymagania – "przycina", co zbędne, broni i
kształtuje. Jednak jego zadanie nie mogłoby przynieść dobrych efektów, gdyby nie
rola matki: tej, której troska jest mniej efektowna, ale daje mocny fundament.
Zadaniem matki jest przede wszystkim bycie źródłem emocjonalnego, bezwarunkowego
wsparcia. Nadaje to macierzyństwu charakter daru, naznacza utratą, jednocześnie
domaga się, aby matka byłą tą, która ma nadzieję wbrew nadziei. I oddaje siebie
po to, by otrzymujący mógł odejść.
Macierzyństwo jest głęboko eucharystycznym znakiem: jak Jezus wydaje się nam w
Chlebie i Krwi, tak matka wydaje się dziecku, najpierw karmiąc je samą sobą, a
potem dając mu poczucie, że jest akceptowane takie, jakie jest. Nie znaczy to,
że akceptuje wszystkie zachowania dziecka: chodzi raczej o postawę przyjęcia tej
młodszej, słabszej osoby, nawet za cenę własnego umniejszenia.
Tym, co najtrudniejsze w byciu matką, jest zgoda na dojrzałość dziecka
równoznaczna z jego odejściem. Zapewne dlatego o matce siedmiu synów,
zamęczonych za wierność Bogu, autor 2 Księgi Machabejskiej pisze, iż to przede
wszystkim ona była godna podziwu i trwałej pamięci. Nie wiedziała, jak znaleźli
się w jej łonie, ale wierzyła, że Ten, który dał im życie, jest także w stanie
to życie im przywrócić.
Jak to przełożyć na duchowość?
Bycie duchową matką to troska o wzrost w dziecku duchowej sfery jego życia: jego
racjonalności, wolności i zdolności kochania. I nie tyle chodzi tu o aktywne
kształtowanie, co bycie pełną miłości obecnością. Szczególnie wtedy, gdy dziecko
zderza się z cierpieniem, słabością, odrzuceniem. Bardzo trudno jest po prostu
być przy drugim, starając się wczuć w jego emocje, współbrzmieć z jego bólem czy
radością, jednocześnie poświadczając jego wartość. Trudno tam trwać, nie tyle
płacząc, co dając nadzieję i motywację do stawienia czoła wyzwaniom.
Duchowa matka to ta, która powtarza: "Dasz radę!", ale niekoniecznie mówi to
ustami – raczej w jej postawie jest obecne dostrzeżenie i dowartościowanie dobra
drugiej osoby. Dobra, które jest zakorzenione w samym fakcie bycia osobą. Nie
chodzi o piękne ciało, lotny umysł czy potulność, ale miłość do tego, kto
istnieje, i tylko dlatego, że istnieje.
Doświadczenie takiej miłości pozwala dostrzec głębię miłości Boga. Nie na darmo
apostołkami Bożego Miłosierdzia są przede wszystkim kobiety: bł. Juliana z
Norwich, św. Małgorzata Maria Alacoque, św. Tereska z Lisieux, św. Faustyna
Kowalska. Postawa pełnego tęsknoty oczekiwania na powrót kochanej osoby jest
bliższa kobiecie, a Boże Miłosierdzie to właśnie otwarte serce, pragnące
przebaczyć i na nowo przyjąć. To serce wliczające w koszty fakt, że dar może
zostać odrzucony, a także to, że ma służyć uzdolnieniu tego, kto ten dar
otrzymuje, do odejścia. Jedna z sióstr zajmujących się pracą z upośledzoną
młodzieżą opowiadała, iż najtrudniejszy jest moment, kiedy jej wychowanek
osiągnie taką dojrzałość, że jest w stanie już sobie radzić samodzielnie. Zawsze
walczy ze sobą, żeby nie zatrzymywać takiej osoby, ale wypchnąć ją w świat. Ten
poród – jak każdy inny – także jest bolesny.
I tu warto wskazać na jeszcze jeden ważny wymiar duchowego macierzyństwa:
podobnie jak fizyczne jest nie do pomyślenia poza relacją miłości. Jak w sferze
fizycznej życie poczyna się dzięki miłości dwojga ludzi, tak w sferze duchowej
zaczyna się w sercu dzięki trwaniu w łasce uświęcającej, a więc dzięki obecności
Ducha. To z Niego płynie mądrość i dobre rozumienie roli, jaką kobieta ma
odegrać w życiu najbliższych ludzi. On też jest najpewniejszym oparciem w
chwilach zwątpienia i porażek. On daje siłę do przekraczania lęku (chociażby
tego przed posiadaniem kolejnych dzieci bądź otwarciem się na kolejnego
potrzebującego) i napełnia bezinteresowną radością z wzrastania podopiecznych.
On wreszcie pozwala dostrzec, że w tej relacji matka, dając, tak naprawdę
otrzymuje, bo dzięki dawaniu coraz szerzej otwiera się jej serce i staje się
coraz bardziej podobna do Tego, którego jest obrazem: Boga. Wzrasta jej
człowieczeństwo i ona sama pełniej staje się osobą racjonalną, wolną i zdolną do
miłości.
Można spotkać zarówno matki, które nigdy nie dojrzały do posiadania dzieci, jak
i kobiety bezdzietne, które zadziwiają swoim ciepłem i kobiecą mądrością.
Rozwiązanie tej tajemnicy kryje się w głębi ich serc i w naturze człowieka: bez
duchowego macierzyństwa także to fizyczne będzie kuleć. I to ta negatywna strona
sytuacji. Pozytywna jest taka, że nawet fizyczny brak dzieci nie odbiera
kobiecie jej zdolności do przeżywania macierzyństwa. Wszędzie tam, gdzie są
słabi, potrzebujący wsparcia czy zrozumienia, kobiety mogą zrealizować swoje
wewnętrzne pragnienie troski o życie.
Elżbieta Wiater
Autorka jest doktorem teologii, absolwentką Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła
II, prowadzi seminarium naukowe poświęcone teologii ciała w ujęciu Jana Pawła II
na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.
