Nowohucką popłynęła rzeka
Ulice zalane wodą i ludzie na dachach samochodów. A w głowie kołacze
się pytanie: gdzie jeszcze są ludzie? Czy służby zdążą ewakuować wszystkich? Tak
dramatycznych nocy i dni Kraków nie pamięta od kilkudziesięciu lat. Wały pękały
w kolejnych miejscach. Po ciężkim dniu przyszła niezwykle ciężka noc. Przerwany
został wał przeciwpowodziowy basenu portu przy ul. Na zakolu Wisły, na długości
10 m i wysokości 1,5 metra. Zalanych zostało kilka firm, ogródki działkowe, a
także Wojewódzka Baza Przeciwpowodziowa. Nie wytrzymał także wał w okolicach
ulicy Wioślarskiej. Ulicą Nowohucką płynie już rzeka. Wody przybywało z każdą
godziną. W najtrudniejszym momencie stan Wisły wynosił 957 centymetrów. Ostatni
raz było tak 40 lat temu.
– Mamy problem z wałami ziemnymi, które mogą pęknąć. One są przygotowywane,
by wytrzymać godzinę, dwie. Napór wody trwa już kilkanaście godzin i będzie
trwał przez kolejne kilkanaście – wyjaśniał Jacek Majchrowski, prezydent
Krakowa. Woda wdzierała się do domów, hoteli, zalewała zakłady pracy, ogródki
działkowe, ulice. Wyłączono z ruchu trzy mosty. Pracujących w centrum i uczących
się tam jeszcze przed południem we wtorek wysłano do domów. Komunikacja miejska
została niemal całkowicie sparaliżowana. Tłumy krakowian z przerażeniem
przychodziły nad most Dębnicki i patrzyły na szalejący żywioł.
Kolejne
godziny wczorajszego poranka przynosiły złe wieści. Choć deszcz nieco ustał i
woda nieznacznie opadła, wały nie wytrzymują i pękają w kolejnych miejscach.
Fala zalewała kolejne tereny. O piątej zawyły syreny i poinformowano ludzi o
konieczności ewakuacji. – Mieszkam na działce, tam śpię. Na szczęście w nocy
zadzwonił kolega i radził, bym uciekał. Zebrałem się i tak też zrobiłem. Było
nas tam wielu. Wiemy, że na pewno została tam jedna osoba. Kolega dzwonił do
mnie, mówił, że się topi, a potem jego „komórka” zamilkła. Wysłaliśmy tam
strażaków. Czy go uratują? – pytał zrozpaczony pan Józef.
– Kto nie znalazł
się w takiej sytuacji, nie wie, co się czuje. Patrzy się na ściany domu, na swój
dobytek i pyta: co zabrać? A potem po prostu wychodzi, niemal z pustymi rękami –
opowiada zapłakana pani Maria, ewakuowana ze swojego domu przy ul.
Nowohuckiej.
– Byłam świadkiem powodzi, podtopień, ale dziś widzę żywioł,
który wdziera się do miasta. Tysiące zrozpaczonych ludzi. Płacz, bezradność,
właściwie nie wiadomo, gdzie potrzebna jest najpilniejsza pomoc – mówi Agnieszka
Ptak z Krakowa, która obserwowała miasto przez ostatnie godziny.
Krakowianie
zabierają zagrożone zwierzęta ze schroniska przy ul. Rybnej. Zamknięte zostały
kolejne ulice: Koszykarska, Turka, Gumińska, Lasówka, Nowohucka od os. Dywizjonu
308 do ul. Stoczniowców, Portowa, Ofiar Dąbia, most Nowohucki, Myśliwska, Saska
od ul. Nowohuckiej do skrzyżowania z ul. Myśliwską.
Policja, straż pożarna,
straż miejska i wojsko, a także zwykli ludzie – wszyscy pracowali razem, by
ocalić jak najwięcej.
– To kolejne doświadczenie, które jednoczy nas
wszystkich. Ludzie do siebie dzwonią, pytają, jak mogą sobie pomóc. Przynoszą
jedzenie, koce, środki do dezynfekcji. Tworzą atmosferę jedności – mówi w
rozmowie z nami Tomasz Ryś. – Wielu ludzi wskazuje na to, że ten rok jest dla
nas szczególny. To rok doświadczeń, które sprawiają, że pomimo cierpień jesteśmy
bliżej siebie, jesteśmy razem – dodaje.
W pogotowiu czekają autobusy, które w
przypadku zagrożenia będą przewozić potrzebujących pomocy krakowian. Do
dyspozycji już ewakuowanych ludzi miasto przygotowało trzy szkoły. – Gdzie my
wrócimy. Dziś jesteśmy tu, ale to jest rozwiązanie na chwilę. Jesteśmy wdzięczni
za tę pomoc, ale myślimy też o przyszłości. Przecież zalane zostały nasze domy,
nasz dobytek – mówi pani Maria.
– Rozejrzyjmy się i nie czekajmy, ale
pomagajmy sobie nawzajem. Jest powódź, pod wodą znajduje się mnóstwo domów,
zakładów, pól w kilku województwach. Ale woda zejdzie. Potem przyjdzie czas
naprawiania szkód. Bądźmy razem. Solidarni. Każdy z nas może przecież coś
ofiarować drugiemu, choćby pomocne ręce – apeluje pan
Tomasz.
Małgorzata Pabis, Kraków
