Z dworu nie został kamień na kamieniu

Z Michałem Siewrukiem, Polakiem, który od 20 lat walczy o odzyskanie
rodzinnego majątku na Litwie, rozmawia Adam Białous

Dlaczego tak bardzo zależało Panu na tym, aby odzyskać rodzinny
majątek?

– Sprawa odzyskania naszego majątku – Kłąci niedaleko
Wilna, była dla mnie bardzo ważna, gdyż uważałem to za swój patriotyczny i
rodzinny obowiązek, odczytywałem to jako realizację testamentu mojego dziadka i
ojca, którzy byli bardzo przywiązani do tej ziemi. Kłąci przed wojną był dużym
majątkiem, liczącym około 200 hektarów, z pięknym drewnianym dworem. Ojciec
gospodarzył w nim aż do roku 1949, kiedy władze sowieckie nam go odebrały, a
nas, to znaczy mnie, mamę, ojca i siostrę, jako „kułaków” wywieźli na Sybir, 40
kilometrów od Usola.

W jakim stanie zastali Państwo nieruchomość po powrocie z
zesłania?
– Na zesłaniu byliśmy osiem lat, do roku 1957. Kiedy
przyjechaliśmy do naszego majątku, okazało się, że zamieniono go w kołchoz, a
dwór zniszczono tak, że nie został po nim kamień na kamieniu. Dosłownie,
ponieważ usunięto nawet fundamenty. Tak więc na rodzinnej Wileńszczyźnie nie
mieliśmy gdzie mieszkać, nie mieliśmy do czego wracać, a do tego Polaków po
prostu wypędzano po wojnie z Wileńszczyzny. Robili to litewscy komuniści, którzy
przenosili się do Wilna z głuchej prowincji. Organizowali oni specjalne składy
pociągów i kazali Polakom wsiadać do nich i „jechać do Polski”. Tak właśnie
trafiliśmy do Białegostoku, gdzie mieszkał brat mojej mamy, który nas
przygarnął. Ja po krótkim pobycie w Polsce wróciłem do Wilna, gdzie mieszkałem
aż do lat 80. Do Polski przyjechałem wezwany przez umierającego ojca i tak tu
zostałem, ale na Wileńszczyznę jeżdżę, gdy tylko mogę. Dlatego bardzo dobrze
znam realia życia Polaków na Litwie i mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć,
że niechęć Litwinów do Polaków jest w tym kraju naprawdę bardzo odczuwalna,
szczególnie w regionach, gdzie Polaków jest niewielu. W rejonie orańskim, skąd
pochodzę, tak właśnie jest, ponieważ Polacy albo zostali wywiezieni na Sybir,
tak jak nasza rodzina, albo uciekli do Polski, ponieważ tam Polakowi żyć jest
bardzo trudno. Po wojnie główne miasto regionu – Orany, zasiedlono ludnością
litewską pochodzącą z niewielkich wiosek. Już wówczas zaczęto Litwinom zohydzać
Polaków. W prasie były okropne karykatury przedstawiające Polaków jako potwory z
kartoflanymi zębami. To trwa do dziś. Nierzadkie są nawet przypadki napadów i
rozbojów dokonywanych na Polakach. Nikt nie może publicznie mówić po polsku.
Kupowanie polskiej żywności jest źle widziane, dopiero gdy kryzys dopiekł
Litwinom i zaczęli masowo przyjeżdżać do Polski na tanie zakupy, wtedy polska
żywność zaczęła być, ich zdaniem, dobra. Przykłady takie można niestety
mnożyć.

Powiedział Pan, że odzyskanie przez Polaka majątku na Litwie to droga
przez mękę…

– Starania o odzyskanie majątku rozpocząłem zaraz po
roku 1990. Od początku było to bardzo trudne zadanie, ale z Bożą pomocą
zakończyło się pomyślnie. Przed tym, jak nasz majątek zagarnęła władza sowiecka,
liczył on około 200 hektarów. Mnie udało się do tej pory udowodnić w sądzie, że
należy nam się zwrot 112 hektarów, i tyle oddano. Ale walczyłem o to kilkanaście
lat. Z tego co wiem, to ziemię na Litwie – jeśli chodzi o Polaków – udało się
odzyskać jedynie dwóm osobom – mnie i mężczyźnie, który mieszka obecnie w
Raciborzu. Dlatego że jest to prawie niemożliwe, a w rejonie wileńskim w ogóle
niemożliwe. Ja się zawziąłem i mnie się to udało, ale straciłem przy tym zdrowie
i dużo pieniędzy.

Dlaczego zdecydował się Pan wydzierżawić część ziemi?

Nie chciałem, aby żyzna ziemia leżała odłogiem, poza tym pomyślałem, że dochód z
dzierżawy byłby dobrym uzupełnieniem mojej skromnej emerytury, dlatego
zdecydowałem się na to rozwiązanie. Niestety, nie miałem żadnej zaufanej osoby,
której mógłbym wydzierżawić grunty, nikogo tam po prostu nie znałem. Informacja
o moich planach rozeszła się jednak po okolicy i w sprawie dzierżawy zgłosił się
do mnie pewien Litwin, który mieszka nieopodal mojego majątku. Porozumieliśmy
się co do warunków. W roku 2005 spisaliśmy je w formie umowy dzierżawy na 5 lat,
pod którą każdy z nas się podpisał. Jest to więc oficjalny dokument prawny.

Co skłoniło Pana do zerwania tej umowy?
– W umowie jest
zapis, że opłatę dzierżawca będzie płacił co miesiąc. On jednak konsekwentnie
nie wywiązywał się z tego warunku. Płacił dopiero po roku, i to po mojej
groźbie, że zerwę z nim umowę. W końcu i to nie skutkowało, dlatego przez
notariusza rzeczywiście zerwałem z nim umowę, miałem przecież do tego pełne
prawo, które jasno wynika z zapisów dokumentu. Litwin jednak, za to, że zerwałem
z nim umowę przed jej wygaśnięciem, podał mnie do Sądu Rejonowego w Oranach. Co
najdziwniejsze, ten sąd przyznał swojemu rodakowi rację, nie biorąc zupełnie pod
uwagę faktu, że umowa została zerwana z powodu niewywiązywania się przez
dzierżawcę z jej warunków. Nie zgodziłem się z tym wyrokiem i złożyłem apelację.
Rozpatrywał ją Sąd Apelacyjny w Wilnie, który dosłownie wyśmiał decyzję sądu
rejonowego, stwierdził, że jest zupełnie bezpodstawna, i uchylił ją. Sąd
apelacyjny w swoim wyroku zwrócił uwagę m.in. na zupełne pogwałcenie zasady
bezstronności przez oskarżającego mnie dzierżawcę, który na świadków powołał
osoby ze swojej najbliższej rodziny. Dochodzi tu jeszcze inna sprawa, ponieważ
dzierżawca kradł drewno z mego lasu, którego mu nie wydzierżawiłem. Mam na to
dowody w postaci zdjęć kradzionego drewna i samochodu sprawcy tego przestępstwa
oraz świadków. Złapałem go zresztą na gorącym uczynku. Lecz sąd rejonowy również
tym zupełnie nie był zainteresowany.

Dlaczego litewskiemu dzierżawcy tak bardzo zależy na rozstrzygnięciu
tego procesu na jego korzyść?

– Dzierżawca, kiedy mu wymówiłem
umowę, co było już kilka lat temu, znalazł się w bardzo trudnej sytuacji
materialnej, gdyż do każdego hektara otrzymywał dopłaty z UE. Po zerwaniu umowy
dzierżawy musi więc teraz zwrócić UE wszystko, co otrzymał na dzierżawione ode
mnie grunty. Proszę zwrócić uwagę, jak dziwne było myślenie litewskiego
dzierżawcy, ponieważ otrzymywał on z UE za każdy hektar około 2 tysięcy litów, a
mnie nie chciał z tego zapłacić jedyne 100 litów, na co się przecież zgodził,
podpisując umowę. Teraz musi zwrócić kilkaset tysięcy litów. A suma ta rośnie
wraz z naliczanymi każdego miesiąca przez UE odsetkami. I on teraz chce, żeby
sąd obciążył tą sumą mnie, dlatego mi też nie jest do śmiechu, bo mogę stracić
cały rodzinny majątek. To mi wygląda po prostu na próbę powtórnego
rozkułaczenia.

Sąd Rejonowy w Oranach 30 marca, po dwóch latach od uchylenia
pierwszego wyroku, na wniosek dzierżawcy wznowił proces przeciwko Panu. Werdykt
w tej sprawie może wydać jeszcze w maju. Czy obawia się Pan o jego
rzetelność?
– Tak, ponieważ już raz ten sąd wydał wyrok zupełnie
pozbawiony podstaw, co zresztą uznał Sąd Apelacyjny w Wilnie. Oprócz tego
podczas rozmów, jakie prowadziłem z wieloma Litwinami, nawet tymi z polskimi
korzeniami, wszyscy mówili mi, że Polak w sądzie podstawowego szczebla, czyli
rejonowym, z Litwinem nie wygra. Sam się o tym przekonałem. Kiedy toczyła się
moja sprawa w sądzie rejonowym, byłem cichym świadkiem rozmowy prowadzonej przez
adwokata z osobą, która mnie oskarżyła. Stali do mnie tyłem, więc mnie chyba nie
dostrzegli, a na pewno nie wiedzieli, że znam język litewski, więc mówili
swobodnie. Adwokat tłumaczył swojemu klientowi, że sprawa na pewno pójdzie do
apelacji. Może tam przepaść, ale wróci do sądu rejonowego i wtedy: „My tego
Gudasa jeszcze…” – tu padło niecenzuralne słowo. Chociaż i słowo „Gudas” nie
było dla mnie przyjemne, ponieważ w języku litewskim jest to pogardliwe
określenie Polaka. Sama również rozprawa w sądzie miała bardzo dziwny przebieg.
Kiedy bardzo rozwlekle mówił Litwin, który mnie oskarżył, sędzia mu nie
przerywał, gdy natomiast ja chciałem zabrać głos, wówczas sędzia nie dość, że
krzyczał do mnie: „Cicho!”, to jeszcze przy tym stroił groźne miny i tupał nogą.
Jak więc można wygrać przy takim sposobie prowadzenia procesu?

Dlaczego, Pana zdaniem, litewski wymiar sprawiedliwości pozwala na
taki stan rzeczy?
– Sądzę, że jest to możliwe z powodu
dotychczasowego biernego stosunku władz Polski do spraw swoich rodaków na
Litwie. Poza tym odczuwa się wyjątkowo złą wolę ze strony litewskich władz w
stosunku do Polaków. Chciałem jednak powiedzieć w tym miejscu, że jeżeli Sąd
Rejonowy w Oranach powtórzy swój wyrok, który jest, moim zdaniem, bardzo
niesprawiedliwy i nie ma żadnego uzasadnienia prawnego, to jestem zdeterminowany
walczyć, ile mi tylko sił starczy. Będę się domagał sprawiedliwości w litewskich
sądach wyższych instancji, a jeżeli to nie pomoże, to jestem nawet gotów złożyć
sprawę w Europejskim Trybunale Praw Człowieka w Strasburgu.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj