Rosjanie źle przygotowali identyfikację ciał

Z Andrzejem Melakiem, działaczem Komitetu Katyńskiego, bratem Stefana
Melaka tragicznie zmarłego w katastrofie lotniczej pod Katyniem, rozmawia
Mariusz Bober

W Moskwie rozpoznał Pan ciało brata Stefana. Jak identyfikacja
została zorganizowana przez stronę rosyjską?
– Rosjanka, która
prowadziła śledztwo, starała się być miła, taktowna, a jednocześnie dość
wnikliwa. Strona rosyjska starała się dobrze przygotować identyfikację, ale nie
uniknięto pewnych problemów i błędów.

Jakich błędów?
– Słyszałem, że ciała niektórych ofiar nie
były przygotowane do identyfikacji, tzn. miały ślady krwi, były ubrudzone ziemią
itd. Ponadto wystąpiły błędy na liście osób, które miały uczestniczyć w
identyfikacji ciał ofiar tragedii. Znalazły się na niej nazwiska ludzi, którzy
nie przyjechali do Moskwy, z kolei nazwisk innych osób, które tam przyjechały,
na tej liście nie było. Pomimo naszych uwag o pomyłce w nazwiskach krewnych,
którzy przyjechali do Moskwy, przez kilka dni pozostawały one jeszcze na
liście.

Nie miał Pan problemów z dopuszczeniem do ciała brata?

Najpierw okazano mi rzeczy osobiste, które rozpoznałem. Następnie pokazano mi
zdjęcia ciała brata, zrobione bezpośrednio po katastrofie, na którym go
rozpoznałem. Dopiero po pewnym czasie pokazano mi jego ciało, które już było po
sekcji zwłok. Bez problemu rozpoznałem brata. Jego ubranie nie nosiło śladów
ognia. Jednak gdy zażądałem wydania jego rzeczy osobistych oraz aktu zgonu,
śledczy, który rozmawiał ze mną następnego dnia, oznajmił, że ktoś, kogo dane
personalne mi przekazano, jakoby rozpoznał w moim bracie swojego ojca. Dlatego
rosyjski śledczy odmówił wydania rzeczy osobistych i wypisania aktu zgonu mojego
brata. Uznał też, że w tej sytuacji identyfikacja odbędzie się na podstawie
badania DNA. Wtedy zażądałem konfrontacji z tą osobą. Odpowiedziano mi, że
mężczyzna ten wyjechał już z Moskwy 2 dni wcześniej. Zrozpaczony wróciłem do
hotelu. Na szczęście na wywieszonej w hotelu liście osób, które przede mną
pojechały do instytutu w celu dokonania identyfikacji, udało mi się odnaleźć
tego mężczyznę. Gdy spotkałem się z nim, zapewnił, że choć rzeczywiście pokazano
mu ciało mojego brata, jasno oświadczył, że nie jest to członek jego rodziny. Ta
sytuacja bardzo mnie poruszyła. Po sprostowaniu błędnej informacji w protokołach
sporządzonych przez Rosjan otrzymałem akt zgonu i rzeczy osobiste brata.

Niczego nie brakowało?
– Tego nie jestem pewien. Oddano
mi przedmioty, które znaleziono przy nim, czyli telefon, dwie monety, plakietkę
klubu Legii Warszawa i tasiemkę od woreczka, w którym prawdopodobnie miał
schowane dokumenty.

Czy odnalezione przedmioty nie nosiły śladów
zniszczenia?

– Raczej nie. Telefon komórkowy udało mi się nawet
uruchomić.

Niektórzy członkowie rodzin ofiar byli zaskoczeni nietypowymi
pytaniami, które im zadawano. Pana również to spotkało?

– Tak.
Pytano mnie o dane wszystkich pozostałych braci, choć nie miało to żadnego
związku z tragedią. Odmówiłem odpowiedzi.

Czy zdarzyły się jeszcze jakieś nietypowe zachowania rosyjskich władz
wobec Pana?

– Zaskoczyło mnie także zachowanie służb kontroli na
lotnisku w Moskwie. Zanim wpuszczono mnie do samolotu, którym wróciłem do
Polski, kobieta zajmująca się odprawą pasażerów kazała mi zdjąć buty, co mnie
bardzo zdziwiło. Gdy stanowczo odmówiłem, poprzestała na sprawdzeniu ich na
odległość, za pomocą jakiegoś testera.

Ma Pan jakieś wątpliwości w związku z przyczyną tej tragedii i
sposobem jej wyjaśniania?

– Oczywiście. Dlatego też przekazałem we
wtorek do kancelarii premiera Donalda Tuska list otwarty [został opublikowany w
środowym numerze „Naszego Dziennika – red.] podpisany przez kilkadziesiąt osób.
Wyraziłem w nim wszystkie wątpliwości związane z tym tragicznym wydarzeniem.
Treść listu konsultowałem z rodzinami innych ofiar tragedii.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj