Całun przyjął Jezusa martwego, a oddał Go żywego
Ojciec Święty Benedykt XVI nawiedził bezcenną relikwię chrześcijaństwa –
Całun Turyński, który wystawiony będzie na widok publiczny w katedrze w Turynie
do 23 maja
Badania wskazują, że Całun Turyński jest bezcenną relikwią, która
obrazuje i potwierdza szczegóły ewangelicznych narracji o męce i śmierci Jezusa
Chrystusa.
Rozpoczynając jesienią 1978 r. studia biblijne w rzymskim
Papieskim Instytucie Biblijnym, przeżyłem dwa historyczne wydarzenia: wybór
kard. Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową, a nieco wcześniej (pomiędzy 26
sierpnia a 8 października 1978 r.) wystawienie Całunu Turyńskiego dla uczczenia
400. rocznicy jego przeniesienia do tego miasta. Pod koniec września, po
całonocnej podróży koleją z Rzymu do Turynu, dotarłem do katedry, w której
relikwia jest przechowywana. W wielotysięcznym tłumie pielgrzymów towarzyszyły
mi uczucia, które ogarniały wszystkich: zaduma i podziw na widok Twarzy, której
wizerunek widnieje na bezcennym płótnie. Odwiedziny rychło przeobraziły się w
modlitwę połączoną z pragnieniem, by dotrzeć do Grobu Pańskiego w Jerozolimie.
Również i to pragnienie miało się wkrótce spełnić.
Z Jerozolimy do Turynu
To, co wiemy, początkami sięga
połowy XIV wieku. W 1357 r. w kościele w Lirey, 150 km od Paryża, wystawiono na
widok publiczny płótno uznawane za Całun, w który zostało owinięte ciało Jezusa
przed złożeniem do grobu. Było ono własnością Geoffroya de Charnay, który poległ
w bitwie pod Poitiers. O publiczny pokaz płótna zadbała wdowa po zabitym
rycerzu. W odniesieniu do wcześniejszych losów Całunu historia miesza się z
legendą, przy czym legenda to nie wymysł, lecz pamięć karmiona wrażliwością,
emocjami i pobożnością.
Pierwszym bohaterem tej pamięci jest Abgar V z Edessy
(obecnie płd.-
-wsch. Turcja), król Partów (13-50 r. po Chr.). Cierpiąc na
uciążliwe choroby skórne, wysłał do Ziemi Świętej swego sługę, by zaprosił
Jezusa (o którym wiedział, że ma moc czynienia cudów) do Edessy celem
uzdrowienia go. W apokryficznej „Opowieści o wizerunku z Edessy” czytamy, że gdy
sługa dotarł do Jezusa, On „obmył twarz swoją, następnie wytarł z niej wilgoć
podanym Mu ręcznikiem (gr. „tetradiplon”) i Boskim niepojętym sposobem sprawił,
że odbił się na nim Jego wizerunek”. Tę wersję znał i utrwalił na piśmie cesarz
bizantyjski Konstantyn Porfirogeneta (945-959). Pomijając pewne szczegóły,
wzorowane na starotestamentowych opowiadaniach o cudach Eliasza i Elizeusza,
legenda próbuje wyjaśnić obecność w Edessie tajemniczego płótna, które miało
związek z przyjęciem przez Abgara V i jego dwór wiary chrześcijańskiej i
chrztu.
Po śmierci króla nastąpiły prześladowania chrześcijan, a tajemnicze
płótno zostało ukryte. Odnaleziono je w 525 r., gdy z wielkiej powodzi, która
zniszczyła Edessę, ocalał relikwiarz z „ręcznikiem”. Tak urobiono nazwę
relikwii: „Mandylion” – od łac. „mantile”, czyli ręcznik oraz chusta, obrus, a
także „mantellum”, czyli okrycie, szata. Jednak użyty w tekście Konstantyna
grecki rzeczownik „tetradiplon” przetłumaczony jako „ręcznik” ma w
rzeczywistości inną genezę. Długie płótno złożono najpierw na połowę, a potem
jeszcze dwukrotnie na połowę, w rezultacie czego powstały cztery („tetra”)
podwójne warstwy („diplon”), czyli łącznie osiem warstw tkaniny. Na wierzchniej
warstwie znalazło się oblicze Jezusa i to ono było publicznie pokazywane, a
także czczone, podczas gdy cały plik został przybity do deski. Resztę
wierzchniej warstwy tkaniny zakryto złoconą kratą, a więc nie wiedziano bądź nie
przykładano należytej wagi do tego, że na płótnie znajduje się dwukrotne odbicie
całego ciała – od strony pleców i twarzy. Zachowało się wiele średniowiecznych
wyobrażeń, zwłaszcza umieszczanych na relikwiarzach ukazujących jedynie oblicze
czczone jako odbicie twarzy Jezusa. Od VI w. ów wizerunek utrwalił się w
chrześcijańskiej ikonografii i sztuce sakralnej tak mocno, że wielokrotnie go
odwzorowywano jako autentyczne świadectwo prawdziwego wizerunku twarzy
Zbawiciela.
Pod koniec I tysiąclecia południowe obszary Azji Mniejszej były
coraz bardziej zagrożone niszczycielskimi najazdami plemion tureckich. W 944 r.
Mandylion został przeniesiony z Edessy do Konstantynopola, o znaczeniu tego
wydarzenia świadczy zaś wspomniana opowieść cesarza Konstantyna, który wiedział,
jak wielką wartość przedstawia ta relikwia. Po przeniesieniu do Konstantynopola
została rozwinięta, dokładnie ją obejrzano, a wtedy oględziny wskazały na
obecność na płótnie wycieków krwi. Cesarz i jego otoczenie zachowali tę wiedzę
dla siebie, zapewne by nie burzyć utrwalonej przez wieki wersji o związkach
płótna z „chustą”, która dotarła do króla Abgara i cudownie przywróciła mu
zdrowie. W przytoczonej wyżej „Opowieści o wizerunku z Edessy” znalazło się
dopowiedzenie, że krwawe ślady powstały w Ogrójcu, gdy z twarzy Jezusa „ściekał
pot jak krople krwi, wtedy miał On wziąć od jednego z uczniów ten kawałek
płótna, który dziś oglądamy, i wytrzeć nim krople potu, i natychmiast odbił się
wciąż jeszcze widoczny obraz Jego boskiego oblicza”.
W 1204 r. Konstantynopol
został splądrowany przez rycerzy z Europy, którzy uczestniczyli w czwartej
wyprawie krzyżowej. Nie dotarli oni do Ziemi Świętej, zajęli jednak i ograbili
stolicę Cesarstwa Wschodniego. Pamięć o tych bolesnych wydarzeniach pozostaje do
dzisiaj żywa wśród chrześcijan greckich. Robert de Clari, ich kronikarz,
napisał: „Wśród innych klasztorów był jeden nazwany Świętej Maryi
Blacherneńskiej, gdzie przechowywano Sindones, w który nasz Pan został owinięty;
na każdym skraju widniał, jakby stał na nogach, tak że można było oglądać postać
naszego Pana”. Ta relacja wskazuje, że płótno zostało rozłożone i oczom wiernych
ukazała się cała postać. Wtedy też poważnie zakwestionowano jeden z zasadniczych
aspektów legendy utrwalonej w X w. przez cesarza Konstantyna, ten mianowicie, że
odbicie Twarzy miałoby pochodzić z okresu ziemskiego życia i publicznej
działalności Jezusa.
Lata 1204-1357 bywają określane jako „drugie ukrycie”
Całunu. Przypuszcza się, że trafił on w ręce zakonu templariuszy, którego
członkowie, dopuszczając się nadużyć doktrynalnych i moralnych, zostali w 1307
r. na rozkaz Filipa Pięknego, króla Francji, aresztowani, a wkrótce osądzeni za
herezję i straceni. Jeden z nich – Geoffroy de Charnay, jest od 1337 r.
wymieniany jako właściciel „ukrytej” relikwii. Zachował się opis inicjacji,
którą w 1287 r. przeszedł rycerz Arnaut Sabatier: „Zawieziono mnie w tajemnicze
miejsce, do którego dostęp mieli jedynie bracia zakonu. Tutaj pokazano mi długi,
utkany z lnu kawał płótna z odbitym na nim wizerunkiem człowieka. Pouczono mnie,
bym oddał cześć relikwii, przyklękając i składając na niej trzykrotny
pocałunek”.
Podczas pierwszego w Europie publicznego wystawienia płótna w
1357 r. entuzjazm pielgrzymów łączył się z niedowierzaniem i zastrzeżeniami, w
rezultacie których bp Henryk, biskup diecezji Troyes, polecił je ukryć. Ale
zainteresowanie wiernych było tak duże, że w 1389 r. legat papieski zezwolił, by
płótno znowu wystawić na widok publiczny. Nasiliło to spory o jego
autentyczność, w których dochodziły do głosu dwa przeciwstawne stanowiska
potwierdzające albo negujące autentyczność Całunu jako grobowego płótna Jezusa.
Po długich kontrowersjach uznano, że wizerunek na Całunie został „nie ręką
ludzką uczyniony” (gr. „acheiropoietos”), i w 1506 r. Stolica Apostolska
zatwierdziła formularz Mszy św. na wyznaczone na 4 maja liturgiczne święto
Całunu.
W tym okresie płótno, złożone wielokrotnie tak, iż miało aż 40
warstw, przechowywano w kościele w Chambery (na terenie francuskiej Sabaudii) w
drewnianej szkatule obitej srebrną blachą. 4 grudnia 1532 r. w świątyni wybuchł
pożar. Jednak szkatuła szczęśliwie ocalała, srebrna blacha stopiła się od
wysokiej temperatury i kilka kropel srebra przedziurawiło tkaninę. Na jednym ze
skrajów tkaniny nastąpiło zwęglenie, które po jej rozłożeniu ujawniło 16 dziur
oraz liczne mniejsze i większe nadpalenia oraz silne przemoczenia wodą. Gdyby
płótno było złożone inaczej, uszkodzenia byłyby wtedy jeszcze większe i
dotyczyłyby przede wszystkim Twarzy. Niezbędną naprawę przeprowadziły miejscowe
siostry klaryski, uzupełniając braki fragmentami korporałów używanych podczas
sprawowania Mszy św. i kilkoma rodzajami ściegów. Niemal wszystkie te dodatki
zostały pieczołowicie usunięte podczas renowacji tkaniny w 2002 r. po jej
uroczystym wystawieniu podczas Wielkiego Jubileuszu Roku 2000.
Niedługo po
pożarze w 1453 r. bezcenne płótno zostało przekazane książęcej dynastii
sabaudzkiej, a w 1578 r. przeniesione do Turynu i umieszczone w tamtejszej
katedrze św. Jana Chrzciciela, stąd nazwa: Całun Turyński. Do niedawna relikwia
stanowiła własność archidiecezji turyńskiej, która wyznaczyła specjalną komisję,
złożoną z przedstawicieli Kościoła i władz miejskich, do trwałego zabezpieczenia
Całunu i sprawowania nad nim odpowiedniego nadzoru. Od 1983 r. Całun Turyński
jest własnością Stolicy Apostolskiej.
Świadectwo męki i śmierci Jezusa
Całun to płat lnianego
płótna w kolorze kości słoniowej z żółtawym odcieniem o wymiarach 4,36 m
długości i 1,10 m szerokości, utkanego ręcznie skośnym jodełkowym splotem. Każda
nić składa się z ok. 70-120 włókien, których skręt jest zgodny z ruchem
wskazówek zegara i przemawia za syropalestyńskim pochodzeniem tkaniny. Na
płótnie widnieje zarys ciała ludzkiego, które zostało położone na jednej połowie
i przykryte przez zawinięcie od strony głowy drugą połową. Na skutek tego po
jednej stronie płótna utrwalił się wizerunek martwego ciała od strony pleców, a
na drugiej od strony twarzy. Od wieków istnieje przekonanie, że jest to płótno,
w które zaraz po śmierci Jezusa owinięto Jego ciało i złożono je w grobie.
Do
XIX w. wydawało się, że wizerunek na płótnie może być po prostu malowidłem. Taki
pogląd wyrażali rozmaici sceptycy, którzy różnili się w sugestiach co do czasu
sporządzenia domniemanego obrazu. Sceptycyzm osiągnął apogeum w haśle „Całun”,
które dla brytyjskiej „Catholic Encyclopedia” napisał
jezuita H. Thurston. 28
maja 1898 r. Secondo Pia, z zawodu adwokat, pokonując najrozmaitsze trudności,
wykonał pierwsze fotografie wizerunku na płótnie. Gdy wywołał i utrwalił klisze,
stwierdził, że na fotograficznym negatywie widnieje pozytyw wizerunku
tajemniczej postaci! Na tych samych kliszach są dwa fotograficzne obrazy, a
mianowicie ciało w pozytywie, natomiast płótno i wycieki krwi w negatywie. Zatem
tkaninę Całunu można porównać do kliszy fotograficznej. Ta wiadomość stanowiła
prawdziwą sensację, wykluczając domysły o namalowaniu wizerunku. Fotografia
pozwoliła też zauważyć szczegóły, których nie było widać gołym okiem. Stało się
jasne, że wizerunek to negatyw, który powstał w rezultacie podobnego procesu
fizykochemicznego jak w przypadku fotografii.
W 1902 r. Yves Delage, profesor
anatomii porównawczej na paryskiej Sorbonie, po szczegółowych oględzinach
udostępnionych mu fotografii wygłosił wykład, w którym stwierdził, że ślady i
miejsca ran widoczne na płótnie dobrze odzwierciedlają anatomiczne szczegóły
znane z ewangelicznych opisów męki i śmierci Jezusa Chrystusa. Wizerunek nie
mógł powstać inaczej jak tylko na skutek odbicia martwego ciała Ukrzyżowanego.
Wobec silnych ataków części środowisk naukowych, które ze względów
światopoglądowych z góry odrzucały jakąkolwiek możliwość łączenia Całunu
Turyńskiego z Jezusem Chrystusem, prof. Delage stwierdził: „Uznaję Chrystusa za
postać historyczną i nie widzę żadnych powodów, dla których ktokolwiek mógłby
gorszyć się tym, że do dziś zachowało się świadectwo Jego ziemskiego życia”. Od
tej pory tajemnicze płótno stało się przedmiotem licznych badań, analiz i
dociekań, które trwają do dzisiaj.
W 1931 r. Giuseppe Enrie, a w latach 1969
i 1971 Giovanni Battista Judica-Cordiglia wykonali kolejne fotografie Całunu,
które w całości potwierdziły wcześniejsze ustalenia. Przy okazji publicznego
wystawienia go w 1978 r. i II Międzynarodowego Kongresu Syndologicznego (7-8
października 1978 r.) wykonano przy zastosowaniu najnowocześniejszego sprzętu
nowe fotografie i pobrano kolejne próbki do naukowej analizy tkaniny,
przekazując część z nich do laboratorium NASA w Stanach Zjednoczonych. Ekipa The
Shroud of Turin Research Project (Projekt Badań Całunu Turyńskiego) wykonała
ponad 6 tysięcy zdjęć, poddając je najrozmaitszej obróbce i badaniom, oraz
odtworzyła na monitorze komputera trójwymiarową postać z Całunu. Okazało się, że
dwuwymiarowa fotografia zawiera także trzeci wymiar, który pozwolił na wykonanie
płaskorzeźby postaci. Z początkiem lat 80. XX wieku na łamach „Shroud Spectrum
International” pokazano najbardziej przybliżoną rekonstrukcję twarzy Chrystusa.
Towarzyszyło temu opublikowanie rezultatów wszechstronnej analizy komputerowej
uwzględniającej strukturę krwi oraz drobiazgowe wyniki badań śladów rozpoznanych
na płótnie ran i urazów.
Opierając się na tych informacjach, specjaliści z
zakresu medycyny sądowej ustalili, że postać widoczna na Całunie zmarła w
rezultacie ukrzyżowania. Skazaniec miał ok. 1,8 metra wzrostu, a więc był wyższy
niż przeciętni mężczyźni w tamtych czasach. Na płótnie widać dwie ciemniejsze
smugi ciągnące się wzdłuż jako nadpalenia powstałe w wyniku pożaru w 1532 roku.
Uszkodziły one nieco wizerunek postaci od ramion do łokci, ale mimo to reszta
ciała, od strony pleców i twarzy, pozostaje wyraźnie widoczna. Najbardziej
wymowna jest twarz, której wygląd naznaczony jest wielkim cierpieniem.
Specjaliści w dziedzinie psychologii dopatrzyli się na niej licznych symptomów
bolesnych przeżyć i uczuć, które stały się udziałem Ukrzyżowanego: odrzucenie,
opuszczenie, poniżenie i podeptanie godności. Mimo to na twarzy zaznacza się
spokój, którego teologicznym wytłumaczeniem jest głębokie przeświadczenie o
sensie cierpienia i zbliżającej się śmierci. Chirurdzy i patolodzy dopatrzyli
się licznych śladów krwawych wybroczyn i obrzęków, przy czym najwyraźniejszy
jest obrzęk prawego oka i rana na jego powiece. Po prawej stronie twarzy widać
też inne rany oraz ślady po wyrwaniu włosów z brody. W okolicach nosa rozpoznano
również ślady silnego uderzenia kijem bądź innym przedmiotem. Z kolei ślady krwi
na czaszce pokrywają w nieregularnych odstępach cały wierzch głowy i zgadzają
się z ewangelicznymi wzmiankami o ukoronowaniu Jezusa cierniową koroną.
Doliczono się 13 głębokich przekłuć na czole i 20 z tyłu głowy, ale wszystkich
urazów było co najmniej dwa razy więcej. Ich ułożenie jest zgodne z anatomią żył
i tętniczek. Strużki krwi wokół twarzy świadczą o powolnym przechylaniu głowy
Ukrzyżowanego, natomiast jedna z nich tworzy wyraźny znak pośrodku czoła. Głowa
zwisała tak nisko, że szyja jest prawie niewidoczna, co zgadza się z naszym
rozeznaniem na temat położenia i wyglądu ciała podczas umierania i śmierci osób
skazanych na ukrzyżowanie. Naukowy opis wyglądu ciała jest o wiele bardziej
szczegółowy i zawiera mnóstwo innych detali, których znaczenie odczytują
specjaliści z dziedziny patologii i medycyny sądowej.
Wielkim zaskoczeniem
stało się odkrycie, że na powiekach zmarłego skazańca umieszczono dwie monety.
Jest to zgodne ze starożytnym i późniejszym zwyczajem żydowskim, który nakazywał
zasłanianie oczu monetami lub ceramicznymi skorupkami, które przytrzymywały
powieki w pozycji zamkniętej. Było to ważne w sytuacji, gdy pogrzeb zmarłego
musiał się odbyć tego samego dnia, przed zachodem słońca. Specjaliści z zakresu
numizmatyki starożytnej ustalili, że obraz utrwalony na płótnie wykazuje ponad
20 zbieżności z monetą znaną jako lepton, która była rzymskim odpowiednikiem
greckiej monety o wartości jednej setnej drachmy znanej jako „wdowi grosz” (Mk
12, 4). Takie monety bito w latach 29-32 we wschodnich prowincjach imperium
rzymskiego w okresie sprawowania władzy w Palestynie przez namiestnika Poncjusza
Piłata. Były bardzo rozpowszechnione, a ponieważ widniał na nich pęd rośliny i
nie znajdował się tam żaden wizerunek ludzki, używano ich do uiszczania podatku
płaconego przez Żydów na rzecz świątyni jerozolimskiej. Wysoce specjalistyczne
badania wskazują na pozostałości na odbiciu tej monety liter: U CAI, zapewne
resztek napisu „TIBERIOU CAISARO”. Nie mniej zaskakujące było rozpoznanie na
odbiciu tylnej strony głowy obfitego pukla włosów w formie klina, co stanowi
„najbardziej zaskakującą żydowską cechę Całunu”. Tego typu uczesanie było
przyjęte w Palestynie wśród rabinów i ortodoksyjnych Żydów w samych początkach
ery chrześcijańskiej, czyli w czasach Jezusa. Dopatrzono się również śladów
chusty zawiązanej na wierzchu głowy, która po śmierci podtrzymywała szczękę
zmarłego.
Wnikliwe badania Całunu Turyńskiego potwierdziły mnóstwo innych
zbieżności z ewangelicznymi relacjami o Męce. Na ciele postaci widać liczne
ślady po biczowaniu, które wykonano sposobem rzymskim, czyli specjalnym biczem
(łac. flagellum taxillatum), który stanowiła krótka rękojeść z trzema
rzemieniami zakończonymi kawałkami metalu lub kości. Liczba przecięć i ran na
plecach waha się między 90 a 120. Dopatrzono się też śladów dźwigania krzyża.
Tworzą je dwa duże urazy na łopatkach spowodowane niesieniem „patibulum”, czyli
poprzecznej belki o długości prawie 2 metrów, do której podczas egzekucji
przybijano obie ręce. Ten szczegół nakazuje zweryfikowanie tradycyjnego
wyobrażenia o dźwiganiu krzyża: Jezus niósł nie cały krzyż, lecz jego poprzeczną
belkę ważącą ok. 25-30 kilogramów, do której na miejscu egzekucji przybijano
ręce, po czym wciągano ją do góry i przytwierdzano do wkopanej uprzednio w
ziemię belki pionowej. Chodzi o dwa urazy na łopatkach, a nie o otwarte rany, z
czego wniosek, że podczas dźwigania krzyża skazaniec pozostawał ubrany. Zgadza
się to z informacją, że po biczowaniu, a przed rozpoczęciem Drogi Krzyżowej
żołnierze „zdjęli z Niego purpurę i włożyli na Niego własne szaty” (Mk 15,
20).
Wnikliwym badaniom poddano również odbicia nóg i rąk postaci
uwiecznionej na Całunie Turyńskim. Prawe kolano jest silnie stłuczone i wykazuje
ślady upadku, co zgadza się z przekazami o upadkach Jezusa na jerozolimskiej Via
Dolorosa. Cztery rany na rękach i nogach są na tyle duże, że potwierdzają słowa
Tomasza: „Jeśli na rękach Jego nie zobaczę śladów gwoździ i nie włożę palca mego
w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę” (J 20, 25).
Rany rąk znajdują się na nadgarstkach, a nie w środku dłoni, jak przedstawiają
tradycyjne wyobrażenia Ukrzyżowania. Rozmieszczenie i kształty ran wskazują na
silny ból. Z kolei obie stopy, po nałożeniu lewej na prawą, przybito do krzyża
jednym długim gwoździem. Z prawej stopy przylegającej do płótna lała się obficie
krew, natomiast lewa pozostawała wyżej i ślady krwi nie są tak widoczne.
Na
osobną uwagę zasługują ślady dużej i głębokiej rany w prawym boku Skazańca.
Została zadana już po śmierci grotem włóczni rzymskiej o wymiarach 4,1 x 1,4
centymetrów. Wypływająca krew utworzyła spory wyciek utrwalony smugą na odbiciu
ciała. W Ewangelii według św. Jana czytamy: „Jeden z żołnierzy włócznią przebił
Mu bok i natychmiast wypłynęła krew i woda” (19, 34). Łącznie na płótnie
widnieją ślady ponad 600 rozmaitych ran, urazów i sińców, które świadczą o
licznych cierpieniach, jakie zadano Ukrzyżowanemu. Opadanie i podnoszenie się
ciała na krzyżu zakłócało układ krążenia i coraz bardziej utrudniało pracę
serca. Agonia trwała ok. 20-30 minut.
Nawet pobieżny przegląd tych szczegółów
wskazuje, że mamy do czynienia z bezcenną relikwią, która obrazuje i potwierdza
szczegóły ewangelicznych narracji o męce i śmierci Jezusa Chrystusa. Jednak
badania Całunu Turyńskiego wciąż trwają i do osiągnięcia pełnej zgody uczonych,
jak na razie, nie doszło. W 1988 r. przeprowadzono w Zurychu, Oksfordzie i
amerykańskiej Arizonie badania tkaniny metodą C14, dochodząc do wniosku, że
pochodzi ona z lat 1260-1390. Natychmiast wykazano, że badania tą metodą tkanin
stosunkowo „młodych” nie są dokładne, ponieważ czas połowicznego rozpadu węgla
wynosi znacznie ponad 5 tys. lat. W 1998 r. jeden z prominentnych izraelskich
botaników stwierdził, że pozostałości pyłków znalezionych na tkaninie pochodzą z
roślin, które rosną wyłącznie na Bliskim Wschodzie.
Jan Paweł II powiedział,
że Całun Turyński jest zwierciadłem Ewangelii i przedmiotem czci. Przekonanie
Kościoła i wiernych najlepiej wyraził bł. Sebastian Valfre: „Krzyż otrzymał
Jezusa żywego, a oddał Go martwego. Całun przyjął Jezusa martwego, a oddał Go
żywego”.
Ks. prof. Waldemar
Chrostowski
