Bezradne państwo-atrapa

Szefowa sztabu wyborczego Jarosława Kaczyńskiego posłanka Joanna
Kluzik-Rostkowska stwierdziła na swojej pierwszej konferencji prasowej (po
rejestracji komitetu wyborczego z kandydaturą szefa PiS na urząd prezydenta), że
po tak wielkim dramacie, do jakiego doszło 10 kwietnia br., w polityce następuje
teraz coś w rodzaju „nowego otwarcia”. Cokolwiek ma znaczyć to niezbyt fortunne
określenie, nie zmienia to jednak faktu, że stare konflikty i problemy Polski
pozostają aktualne, a tylko bieżąca polityka wchodzi w okres wzmożonej
konfrontacji w związku z wyborami. Rozumiem, że pani poseł chce otworzyć Prawo i
Sprawiedliwość na nowych wyborców, i bardzo słusznie, ale mam nadzieję, że
partia ta zrobi równocześnie wszystko, by wyborcom otworzyć szeroko oczy na
prawdziwy obraz państwa, w którym żyją.

Po okresie żałoby narodowej, która dla wielu jeszcze trwa, przychodzi czas na
podstawowe pytania o państwo polskie. „Nowe otwarcie” należałoby rozpocząć od
stwierdzenia, że państwo polskie to dziś jedna wielka mizeria. Olbrzymia
większość z tych, którzy lecieli na uroczystości w Katyniu, miała zupełnie inną
wizję państwa od tej „pijarowskiej”, kompletnie nieudanej i nieodpowiedzialnej,
jaką realizuje Platforma Obywatelska ze swoim „ludowym” sojusznikiem. Państwo
polskie (rząd), wycofując się z odpowiedzialności za społeczeństwo, za jego
przyszłość, jest wręcz likwidowane (IPN, stocznie, media publiczne, służba
zdrowia, wydzielenie prokuratora generalnego z rządu).
Tragizm katastrofy
prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem, jak i wszystko to, co zdarzyło się tuż
po tej tragedii, ukazały państwo polskie jako bezradną atrapę. Uznało ono lot
swojego prezydenta wraz z najważniejszymi dowódcami wojskowymi i urzędnikami w
państwie za wycieczkę prywatnych osób w prywatne miejsce. Zobaczyliśmy
bezradność rządowych służb specjalnych, które miały organizować i zabezpieczać
tego rodzaju podróże. Przypomnę, że już ponad rok temu minister Arabski z
kancelarii premiera Tuska odmawiał prezydentowi samolotu na szczyt w Brukseli,
stwierdzając, że jest to prywatna wizyta.
Dla rządu Donalda Tuska urząd
prezydenta państwa w osobie Lecha Kaczyńskiego był instytucją obcą. Niekiedy
manifestowano wręcz jawną wrogość, gdyż urząd ten ze względu na osobę brata
prezydenta łączono ściśle z działalnością PiS, partii opozycyjnej, którą
należało „wykończyć”, „dorżnąć”, zlikwidować i oczywiście stale ośmieszać.
„Prezydent nie jest mi do niczego potrzebny” – pamiętamy to znamienne
stwierdzenie Donalda Tuska wypowiedziane w kontekście Brukseli. I to jest
właśnie polskie praźródło tej straszliwej katastrofy, gdyż przy aprobacie
obecnej ekipy rządowej premier Władimir Putin mógł od samego początku tak
kształtować charakter uroczystości w Katyniu, by wykluczyć z niej udział
niechcianego w jego otoczeniu prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Putin nie działał
sam. Miał rząd polski jako partnera niezwykle zainteresowanego „dialogiem i
porozumieniem” z Rosją. Zaproszenie Tuska na uroczystości w Katyniu z
pominięciem najwyższego urzędu w państwie, jaki uosabia prezydent, zostało przez
niego przyjęte z satysfakcją. Tak powstał scenariusz dwóch uroczystości
zwiastujący ciąg wydarzeń, z tym drugim nieszczęśliwym, gdyż powszechnie było
wiadome, że prezydent wypełni swoje narodowe zobowiązanie i stawi się w Katyniu
w 70. rocznicę wymordowania przez Sowietów polskich oficerów.
Prawda o
państwie polskim jest taka, że jego premier Donald Tusk wolał w Katyniu
towarzystwo premiera Rosji niż prezydenta własnego państwa Lecha Kaczyńskiego.
Tę spolegliwość wobec obcych, a obojętność wobec swoich można było zobaczyć i
później. Premier pędził na miejsce katastrofy, wyprzedzając jadącego autokarem
Jarosława Kaczyńskiego, którego konwój spowalniały rosyjskie władze, bo na
miejscu zaplanowano już inną ceremonię – spotkanie Putin – Tusk przy wraku
samolotu, które dla większości mediów stało się okazją do dalszego snucia wątków
o przełomie w polsko-rosyjskich stosunkach.
W przejmującym filmie Ewy
Stankiewicz i Jana Pospieszalskiego „Solidarni 2010” – wyemitowanym ostatnio
przez TVP 1, jeden z młodych rozmówców mówi: „On w życiu by nie przytulił mojego
prezydenta, ten morderca”.
W pierwszych godzinach i w kolejnych dniach po
katastrofie dominuje wersja o nieszczęśliwym wypadku we mgle. Nigdzie nie padają
słowa: „zamach terrorystyczny”, a przecież pierwszym, co przyszło do głowy po
tym nieszczęściu, była myśl o zamachu. W tym czasie TVP Info oraz „Gazeta
Wyborcza” rozpowszechniały wersję scenariusza wypadku, do którego – wbrew
prawdzie – wmontowano wydarzenie z czasu, gdy prezydent leciał do Gruzji.
Wcześniejsze kłamstwo, jakoby Lech Kaczyński naciskał na pilota, by lądował
wbrew jego woli, miało uprawdopodobnić tragiczny splot wydarzeń, a tym samym
obciążyć winą za katastrofę prezydenta. Zresztą tę „starą-nową” wersję do dziś
powtarza w zagranicznej prasie („Le Monde”) Andrzej Wajda, wielce zasłużony dla
władzy artysta. Państwo-atrapa okazało się jednak zdumiewająco konsekwentne w
dystansowaniu się od aktywnego udziału w wyjaśnianiu tragedii. To Rosji oddano
całą inicjatywę w prowadzeniu śledztwa. W telewizji zobaczyliśmy bezradność
polskich prokuratorów wojskowych zapowiadających na nie wiadomo kiedy otrzymanie
od Rosjan wyników „wstępnego śledztwa”. Usprawiedliwieniem ma być stwierdzenie,
że aktualny stan prawny uniemożliwia prowadzenie śledztwa przez polskich
prokuratorów na terenie innego państwa. Ale innym państwom to się udawało.
Zaniechano też poszukiwania pomocy w NATO w prowadzeniu dochodzenia.
Zrezygnowano z powołania międzynarodowej komisji ds. katastrofy oraz z pomocy
międzynarodowych instytucji lotniczych. Pogodzono się z faktem zatrzymania przez
Rosjan wszystkiego, co wraz z samolotem i jego czarnymi skrzynkami stanowiło
polską własność. Dziś gen. Roman Polko pyta, gdzie jest sprzęt elektroniczny
(np. telefony) należące do prezydenta i dowódców wojskowych. W końcu pogodzono
się z wersją „nieszczęśliwego wypadku”, ale to już największa zasługa mediów.
Rząd (premier, minister Klich, służby Bondaryka) nie poczuwa się do żadnej
odpowiedzialności za to, co się stało, nawet do odpowiedzialności tzw.
politycznej.
Częścią państwa-atrapy jest także Sejm na czele z marszałkiem,
który dopiero pod silną presją posłów dopuścił do posiedzenia Sejmu, na którym
rząd przedstawi sprawozdanie na temat wiedzy o katastrofie.

Wojciech Reszczyński

drukuj