Pytam, za co nas to spotkało
Z Jadwigą Podniesińską, córką aspiranta Ottona Gałązki, komendanta
posterunku Policji Państwowej w Bereźnicy k. Sarn, zamordowanego przez władze
sowieckie w Twerze, spoczywającego na Polskim Cmentarzu Wojennym w Miednoje,
rozmawia Adam Kruczek
Czy pamięta Pani swojego ojca?
– Oczywiście! Gdy wybuchła
II wojna światowa, miałam 10 lat. Pamiętam bardzo dużo. Mój ojciec był
komendantem posterunku policji w Bereźnicy na Kresach, małego, liczącego ok. 5
tys. mieszkańców miasteczka położonego 15 km od Sarn. Mama nie pracowała, w
związku z czym tata był prawdziwą głową rodziny. Otaczaliśmy go szczególnym
szacunkiem. Nie przypominam sobie, aby między rodzicami dochodziło do jakichś
spięć. W moich wspomnieniach pozostał wspaniałym ojcem. Grał w szachy, jeździł
na polowania (zajęcy w domu nie brakowało). Wszyscy, którzy go znali,
podkreślali, że był bardzo przystojnym mężczyzną.
Pani rodzina ma kresowe korzenie?
– Nie, rodzice
pochodzili z Pomorza. Tata urodził się w Pińczynie k. Stargardu Gdańskiego, a
mama w Tczewie. Po skończeniu przez ojca szkoły policyjnej i poślubieniu mojej
mamy w 1928 r., został w krótkim czasie przeniesiony służbowo do Sarn, a w 1935
r. awansowany na stanowisko komendanta w Bereźnicy.
W jakich okolicznościach Pani ojciec dostał się do niewoli
sowieckiej?
– Sowieci weszli do Bereźnicy 19 września 1939 r.,
zresztą entuzjastycznie witani przez miejscowych Ukraińców. Na tę okazję
wybudowali nawet specjalną „bramę” ozdobioną girlandami. Wracałam właśnie ze
szkoły i byłam świadkiem, w jaki sposób Sowieci obeszli się z polskimi
policjantami stojącymi przed posterunkiem na baczność w galowych mundurach, bez
broni. Sowieci podjechali do nich na koniach. Najpierw mojemu ojcu, a potem jego
podkomendnym zerwali z głów czapki, które rzucili na ziemię, oberwali dystynkcje
i guziki przy mundurach. Potem wszystkich zamknęli w policyjnym areszcie, a po
paru godzinach wyprowadzili i pod eskortą na koniach, pod bagnetami, pędzili
przez całe miasto. Nigdy chyba tego widoku nie zapomnę. Był krzyk, płacz, ale –
choć nas odganiali – udało mi się przedrzeć do ojca. Uścisnął mnie mocno.
Młodszemu o 3 lata bratu już się to nie udało, ale pamiętam, że długo biegł za
konwojem. Ojca najpierw zamknięto w więzieniu w Sarnach, a potem
przetransportowano do obozu w Szepietówce. Wysłał stamtąd kartkę pocztową, która
do domu dotarła w październiku 1939 roku. Następna, już z obozu w Ostaszkowie,
nadeszła w styczniu 1940 roku. To była ostatnia wiadomość od ojca.
O czym pisał Pani tata?
– Te listy, niestety, nie
zachowały się do dziś, ale z tego, co pamiętam, pisał, że nie jest głodny, co
prawdopodobnie znaczyło coś wręcz przeciwnego, że tęskni za nami i jest
zdrowy.
Czy udało się Pani poznać ostatnie chwile ojca?
– W
Ostaszkowie ojciec przebywał prawdopodobnie do 14 kwietnia 1940 r., gdyż tę datę
nosi, jak my to nazywamy, „lista śmierci”, a więc lista wywozowa z Ostaszkowa do
Kalinina, zwanego obecnie Twerem, gdzie został zamordowany i zakopany w lesie
pod wsią Miednoje. W 2000 r. odwiedziłam to miejsce z okazji otwarcia cmentarza
w Miednoje i byłam w pomieszczeniu, w którym Sowieci zamordowali mojego ojca.
Jego nazwisko widnieje na tablicy epitafijnej tej nekropolii.
Obecność w miejscu, w którym został zamordowany Pani ojciec, musiała
być traumatycznym przeżyciem?
– Trudno wyrazić uczucia słowami, ale
to było po prostu straszne. Cały czas powracało i powraca do mnie pytanie:
„Dlaczego?”. Przecież wiadomo, że po latach rodzice umierają, ale nie mogłam się
pogodzić z tym, że koniec drogi życiowej ojca wyglądał właśnie w ten sposób.
Oprawcom mało było tego, że zabrali naszej rodzinie ojca i męża, więc
pozostałych członków rodziny, czyli mamę, brata i mnie, wywieźli na 6 lat do
Kazachstanu. Za co? Zabili również brata mojego ojca, Franciszka Gałązkę, który
był policjantem w Wilejce pod Wilnem. Jego imię i nazwisko nie figuruje,
niestety, na żadnej liście. Gdy Sowieci przyszli po niego, przebywał w szpitalu.
Po wyjściu nie wyobrażał sobie, żeby się u nich nie zameldować… i ślad po nim
zaginął. Ci ludzie byli tak uformowani, że stawiali obowiązki służbowe ponad
wszystko. Przecież mój ojciec między 17 a 19 września też miał możliwość
ucieczki, ale nie wyobrażał sobie opuszczenia posterunku.
Kiedy Pani rodzina dowiedziała się o śmierci ojca?
–
Wróciliśmy do Polski, wciąż oczekując na jego powrót. O tym, że zginął i gdzie
zginął, dowiedziałam się w zasadzie dopiero w 1989 roku. Moja mama przez lata
starała się odnaleźć ojca, pisała do Międzynarodowego Czerwonego Krzyża do
Szwajcarii, do Wielkiej Brytanii, do Związku Sowieckiego, ale zawsze otrzymywała
odpowiedź, że los ojca jest nieznany, co było przecież nieprawdą. Gdy o tym
myślę, odczuwam żal do tych wszystkich instytucji, że nie zdobyły się na
napisanie prawdy.
Życie Pani rodziny po uwięzieniu ojca na pewno się
zmieniło…
– Nastał czas wielkiej biedy, bo nie mieliśmy środków do
życia. Na dodatek my, dzieci, staliśmy się obiektem agresji ze strony
ukraińskich rówieśników. Wyszydzali nas, bili, niszczyli ubrania i przybory
szkolne. To był prawdziwy koszmar, który trwał do samej deportacji do
Kazachstanu. Zostaliśmy wywiezieni 13 kwietnia 1940 r., w ramach tzw. drugiej
deportacji Polaków z Kresów. O piątej rano zakołatali do drzwi. Oprócz Rosjan
przyszło dwóch miejscowych Ukraińców. Zapanowała rozpacz, podniósł się krzyk,
ale nie na wiele to się zdało. Mama zdążyła spakować pościel i podstawowe
rzeczy. Pamiętam, że załadowali nas do wagonów przeznaczonych dla zwierząt, a
następnie wieźli przez cztery tygodnie. Trafiliśmy do Kazachstanu. Nazwy
pierwszej miejscowości, w której przebywaliśmy około roku, do czasu wybuchu
wojny sowiecko-niemieckiej, nie pamiętam. Później trafiliśmy do Akmolińska
[obecnie Astana – stolica Kazachstanu – przyp. red.], gdzie moja mama pracowała
przy budowie linii kolejowej do przewozu węgla z Karagandy na Ukrainę.
O warunkach życia zesłańców napisano wiele, a co Pani najbardziej
odcisnęło się w pamięci?
– To, co tam przeżyliśmy, da się sprowadzić
do trzech słów: głód, chłód i wszy. Mrozy dochodziły do minus 45 st. C, a zima
zaczynała się w październiku i kończyła w maju. Lato było krótkie, ale bardzo
suche i upalne. Przez 6 lat nie widziałam nawet niewielkiego drzewka, tylko
bezkresny step. Gdy w maju spadały deszcze, wiadomo było, że będzie co jeść, a
gdy panowała susza – trzeba było spodziewać się głodu. Mieszkaliśmy w lepiance
koło kolei. W piecach paliło się wysuszonym krowim nawozem. Do Polski wróciłam z
gruźlicą, którą tu dopiero mogłam leczyć. Do dziś odczuwam dolegliwości po
odmrożeniach nóg, rąk i policzków.
Jak potoczyły się Pani późniejsze losy?
– Z naszego
ciepłego, dostatniego domu na Kresach pozostały tylko wspomnienia. Całe nasze
mienie przepadło. Gdy w 1946 r. przywieziono nas na tzw. Ziemie Odzyskane do
Szczecina, dostaliśmy mieszkanie poniemieckie bez okien. W wieku 17 lat musiałam
podjąć pracę, bo mama ciężko zachorowała, jednocześnie uczyłam się w szkole
średniej w systemie wieczorowym. Po pewnym czasie przenieśliśmy się do
Koszalina, gdzie do dziś żyje mój brat, a ja w 1954 r. przyjechałam do Lublina.
Nigdy nie otrząsnęłam się z tych ciężkich doświadczeń.
W Pani domu stale czekało się na powrót ojca, ale przez tyle lat
można było stracić nadzieję…
– Moja mama zmarła w 1983 r., ale do
końca życia nie traciła nadziei, że ojciec żyje, choć z drugiej strony wszyscy
mieliśmy świadomość, iż gdyby żył, to pewnie by się do nas odezwał. Definitywnie
uznaliśmy fakt śmierci ojca w momencie, gdy znalazłam jego imię i nazwisko na
listach transportowych, udostępnionych przez Rosję za czasów Michaiła
Gorbaczowa, które przywiózł do Polski Wojciech Jaruzelski. I oczywiście później,
w 2000 r., gdy pojechałam do Miednoje i na własne oczy zobaczyłam to straszne
miejsce.
Trudno było sobie poradzić z taką „przeszłością” w czasach
PRL?
– Przez lata nie przyznawałam się nawet swoim dzieciom, że
jestem córką przedwojennego policjanta i że byłam zesłana do Kazachstanu. Bałam
się, że dzieci będą o tym opowiadać w szkole i spotkają nas z tego powodu
nieprzyjemności. Tego rodzaju przeszłość była źle widziana przez komunistyczne
władze. Córki dowiedziały się o wszystkim dopiero wtedy, gdy już wolno było o
tym mówić. Jedna z nich pojedzie na zbliżające się uroczystości 70-lecia zbrodni
do Katynia, bo mi stan zdrowia już na to nie pozwala. Również dla mojego wnuka
to jest ważna sprawa. Gdy budowaliśmy w Lublinie Pomnik Katyński, aktywnie
włączył się w to dzieło.
Trwa dyskusja, czy – ogólnie mówiąc – za zbrodnię katyńską obciążać
naród rosyjski, który również doświadczył komunistycznego piekła, czy tylko
twórców tego nieludzkiego systemu. Jakie jest Pani zdanie?
– U nas w
domu, jeszcze przed wojną, nie używało się terminu „Rosjanie”, tylko
„bolszewicy”. Na zesłaniu miejscowa ludność – a byli to Kazachowie, Kirgizi,
Tatarzy, a także Rosjanie – miała do nas pozytywne nastawienie, nic złego o nich
nie mogę powiedzieć. Nie umiem więc na to pytanie jednoznacznie odpowiedzieć.
Podobnie można dywagować, czy za obóz koncentracyjny na Majdanku obciążać
nazistów czy Niemców. Ponieważ naziści byli Niemcami, to wydaje się słuszne, że
za zbrodnie nazistowskie powinni odpowiadać Niemcy. W przypadku Rosjan jest
podobnie.
Czy liczy Pani na odtajnienie przez Rosję wszystkich, niedostępnych
do dziś dokumentów w sprawie zbrodni katyńskiej?
– Moim zdaniem,
Rosjanie nigdy tych akt nie ujawnią, bo by się skompromitowali przed całym
światem. Prawdopodobnie są tam m.in. zapisy mówiące o próbach „przerobienia”
naszych oficerów na bolszewików, a ponieważ oni się na to nie godzili, dlatego
zostali zamordowani.
Dziękuję za rozmowę.
