O przestępcach w Sejmie i politycznym wykluczeniu

Niedawno odbyła się sejmowa debata w sprawie wprowadzenia zakazu
obecności w parlamencie osób skazanych za zawinione przestępstwo ścigane z
urzędu. Choć „antyprzestępcze” zakazy zostały uchwalone pod szyldem słusznych
skądinąd postulatów – przecież żaden obywatel nie chce, aby tego rodzaju osoby
sprawowały ważne państwowe urzędy – to szkoda, że cała parlamentarna dyskusja
sprowadziła się jedynie do populistycznego hasła: „Nie chcemy
przestępców”.

Choć w pełni zgadzam się z padającym z sejmowej trybuny hasłem, to jednak
zadaję sobie pytanie, czy tylko o powyższy postulat tu chodzi? Analiza
zaproponowanych zmian prawnych, a zwłaszcza przebiegu prac nad tymi zmianami,
rodzi wątpliwości, czy wprowadzenie tego zakazu nie wywoła, niejako przy okazji,
innych, poważniejszych, choć negatywnych skutków? Wydaje się, że zachodzi
słuszna obawa, że rezultatem wprowadzonych zmian mogą być kolejne ograniczenia
wolności politycznej w Polsce polegające na tym, że osoby wolne, tzn. niezależne
od politycznych mafii, będą wykluczone z życia publicznego. Co więcej,
promotorom tego pomysłu, zwłaszcza mającym wykształcenie prawnicze, znane są
argumenty dyskwalifikujące charakter proponowanych zmian.
Ich istota polega
na zakazie kandydowania do Sejmu i Senatu osobom, które zostały skazane
prawomocnym orzeczeniem sądu za przestępstwo popełnione z winy umyślnej, przy
czym chodzi tu o przestępstwo ścigane z urzędu. Zakaz ten ma być szczelny, toteż
rozciągany jest na osoby kandydujące na stanowisko wójta, burmistrza,
prezydenta, w tym także prezydenta państwa polskiego. Przypomnę, że dotyczy on
już radnych do samorządów gminnych, powiatowych i wojewódzkich. Zakaz ten
oznacza również, że osoba sprawująca wymienione funkcje traci urząd w razie
skazania za takie przestępstwo. Omawiany zakaz ogranicza wolność obywateli, w
tym wolności polityczne, toteż konieczna była uprzednia zmiana Konstytucji.
Podsumowując: polski obywatel skazany za powyższe przestępstwo jest wykluczany z
życia politycznego. Staje się w pewnym sensie obywatelem drugiej kategorii. Nie
może praktycznie nigdzie kandydować, a jeżeli sprawuje jakąś publiczną funkcję –
traci ją. Cóż złego w tak, wydawałoby się, szlachetnych zmianach?

Niebezpieczny automatyzm
Pozwolę sobie przytoczyć tę
argumentację, która była wielokrotnie wygłaszana publicznie, w tym z trybuny
sejmowej. Podstawowy błąd w przyjętym przez parlament rozwiązaniu polega na tym,
że proponowany zakaz ma obowiązywać na zasadzie automatu: skazanie równa się
wykluczenie.
Automatyzm oznacza więc, że zakaz kandydowania i sprawowania
funkcji publicznych wymierzany jest niezależnie od charakteru popełnionego
przestępstwa, byleby tylko było ono ścigane z urzędu i byleby tylko była
orzeczona wina (umyślna) sprawcy. Spełnienie tych dwóch powyższych warunków
sprawia, że nie mają już znaczenia okoliczności, w jakich doszło do
przestępstwa, motywy jego popełnienia czy też rodzaj i skala wyrządzonej
krzywdy. A przecież przestępstwo przestępstwu nierówne.
Tak zwana opinia
publiczna, czyli „doinformowani” odbiorcy mediów, jest przekonana, że chodzi w
tym wszystkim o takich przestępców, jak np. bandyci, łapówkarze, złodzieje czy
gwałciciele. Nic bardziej mylnego! Bowiem na zasadzie automatu takim wykluczonym
z życia publicznego przestępcą będzie w świetle kodeksu karnego np. osoba, co do
której sąd uznał, że znieważyła funkcjonariusza publicznego lub jego pomocnika
(art. 226 par. 1 kodeksu karnego), nawet jeżeli do zniewagi przyczyniło się
niewłaściwe zachowanie tych osób. Takim funkcjonariuszem jest np. poseł, senator
albo też radny, policjant, żołnierz, pracownik samorządowy, państwowy kontroler
lub pomocnicy takich osób, np. asystent posła (art. 115 par. 13 kk). Należy więc
ważyć słowa (i emocje) w stosunku do wymienionych, nawet gdy jesteśmy
sprowokowani. Natomiast w razie wytoczonego nam oskarżenia o zniewagę warto mieć
– jak pokazują realia – mocne środki dowodowe, że oskarżenie jest niesłuszne.
Inne procesowe przypadki uczą nas, że jeżeli nie będziemy chcieli być ukarani
omawianym wykluczeniem, to należy pokornie przyjąć na siebie napaść ze strony
bliźniego. W przeciwnym bowiem razie ryzykujemy, że „biedny” agresor postara się
o zaświadczenie, że doznał ponadsiedmiodniowego rozstroju zdrowia, co już grozi
nam utratą urzędu i zakazem kandydowania (art. 157 par. 1 kk). Kodeksowe pojęcie
rozstroju zdrowia jest bardzo szerokie, obejmuje np. depresję. Pozwolę sobie na
prowokacyjną podejrzliwość: jak udowodnić swoją niewinność, gdy jakiś czas po
podróży samochodem dowiemy się, że podobno naraziliśmy kogoś na
niebezpieczeństwo na drodze, gdyż tak twierdzą tzw. świadkowie? Tym niepoprawnym
pytaniem chcę podkreślić, że w nowej sytuacji prawnej, oznaczającej możliwość
publicznego wykluczenia, może się niektórym „opłacać” wytaczanie procesów
dotychczas „nieopłacalnych”. Ośmielę się także dodać, że rozpatrywane obecnie
projekty mające na celu likwidację władzy rodzicielskiej zmierzają do tego, aby
każdy mógł być wykluczony z życia politycznego, również za tzw. akty przemocy w
rodzinie. A jak uczą doświadczenia z bratnich unijnych państw, za taki „akt
przemocy” może być uznana np. odmówienie dziecku dziesiątego hamburgera, danie
klapsa czy zaprowadzenie dziecka do kościoła, co jest przecież „narzucaniem
rodzicielskich poglądów”. Na ustawowym horyzoncie szykują się już kolejne
„przestępstwa”: a to krytykowanie podwalin ustrojowych Unii Europejskiej, a to
bezczelne, zaiste, rozpowszechnianie faktów medycznych na temat homoseksualizmu,
a to posądzanie biednych ruchów feministycznych o to, że są za zabijaniem
dzieci, a nie za tzw. wolnością wyboru, a to łamanie „wolności” dzieci poprzez
próby ich ochrony przed demoralizacją ze strony edukatorów seksualnych czy
wreszcie sama obrona życia poczętego. Przykłady można niestety mnożyć. Powyżej
wskazałem tylko niektóre z wchodzących w grę przestępstw przewidzianych w
kodeksie karnym.
Kolejnym mankamentem zastosowania automatyzmu prawnego jest
to, że każde wprowadzenie do porządku prawnego nowego rodzaju przestępstwa
ściganego z urzędu będzie skutkowało poszerzeniem katalogu sytuacji, w których
można być wykluczonym. Nawet jeśli waga danego czynu będzie nieproporcjonalnie
niska w stosunku do kary, jaką jest wykluczenie kogoś z życia publicznego. Taki
jest skutek nierozumnych automatyzmów. Hipotetycznie przestępstwem o takim
właśnie skutku może być w przyszłości zerwanie kwiatka w parku narodowym albo
nadepnięcie żaby w rezerwacie. Absurdalne to, lecz niestety możliwe przykłady.
Potencjalny żabodeptacz będzie pozbawiany prawa wybieralności i straci swój
urząd.

Decydować powinien sąd
Na marginesie powyższych rozważań
rodzi się inne pytanie: czy będą ścigane osoby, które publicznie pochwalają
popełnienie przestępstwa (art. 255 kk) polegającego np. na zabiciu poczętego
dziecka za granicą, aby „ominąć” polski kodeks karny? Polski wymiar
sprawiedliwości milczy w takich sprawach, a pracuje „w pocie czoła” nad innymi,
delikatnie mówiąc, wątpliwymi kwestiami. Czy wobec tego mogę czuć się
bezpiecznie, ufając, że nie zostanę tendencyjnie wykluczony z życia publicznego?
Czy w świetle afer, jakie przetoczyły się przez nasze państwo, mogę stwierdzić –
bez narażenia się na zarzut naiwności – że w Polsce nie mieliśmy, nie mamy i nie
będziemy mieć przypadków politycznej dyspozycyjności organów wymiaru
sprawiedliwości?
A teraz spójrzmy na przestępstwa z drugiej strony. Otóż w
świetle omawianej nowelizacji funkcje w urzędach publicznych będą mogli
sprawować np. gwałciciele, bo gwałt nie jest przestępstwem ściganym z oskarżenia
publicznego. No cóż, ale gwałciciel ma prawo do wolności konstytucyjnych, w
przeciwieństwie do kogoś, kto np. w zeznaniu podatkowym pomylił się o kilka
groszy – to już jest groźny bandyta, którego trzeba wykluczyć z życia
politycznego.
Przyjęcie powyższego automatyzmu jest przejawem kultury prawnej
rodem z obcej nam cywilizacji. Automatyzm taki ze swej natury stwarza mechanizm
niesprawiedliwości i niegodziwości. Przecież sprawa sprawie nierówna. Dlaczego
parlamentarzyści nie chcieli przyjąć normalnego w europejskiej (łacińskiej)
kulturze prawnej rozwiązania opartego na zasadzie słuszności? A takim
oczywistym, wydawałoby się, rozwiązaniem był publicznie z sejmowej trybuny
postawiony postulat, aby to sądowi dać możliwość orzekania w sprawie
ewentualnego zakazu kandydowania lub sprawowania urzędów publicznych.
Przerzucenie na sąd decyzji rodzącej represyjne skutki prawne jest rozwiązaniem
znanym i sprawdzonym w polskich i europejskich kodeksach karnych. Umożliwia
bowiem elastyczne stosowanie prawa, w zależności od konkretnej sytuacji i
okoliczności. Odrzucenie takiej ścieżki legislacyjnej może świadczyć o
niebezpiecznych zapędach opartych na niebezpiecznej aksjologii.

Co to oznacza w praktyce?
Omawiane zmiany legislacyjne
przyczynią się do wyeliminowania z urzędów niektórych przestępców, co jest
pozytywne i pożądane, ale z drugiej strony będą powodować krzywdzące sytuacje
wykluczenia politycznego i społecznego. Bo np. gwałciciel będzie spokojnie
piastował urząd posła, a nieszczęśnik, który miał pecha kogoś urazić, już
nie.
Będą oznaczać realną groźbę, że życie polityczne w Polsce zacznie
rządzić się regułami typowymi dla państwa policyjnego. Obym nie miał racji. W
nowym stanie prawnym nikt z uczestników życia politycznego i społecznego nie
będzie mógł czuć się do końca bezpiecznie.
Przesadzam? A cóż stoi na
przeszkodzie, aby politycznie unicestwić niewygodne osoby? Znamy aż nadto dobrze
powiedzenie: „Jak trzeba, papiery zawsze się znajdą”. Tym razem pojawi się nowe
narzędzie wykluczenia, a stosującym to narzędzie przyklaśnie „opinia publiczna”,
czyli wpływowe media, bo przecież każdy wie, gdzie jest miejsce przestępcy. Na
pewno nie na Wiejskiej.
Chciałbym, aby w Sejmie nie było przestępców, ale
tych prawdziwych. Czy nie przyjdzie komuś do głowy nieuczciwe skorzystanie z
nowej możliwości politycznego unicestwienia? Cóż to będzie za gratka dla służb
całego świata doprowadzić do wykluczenia np. prezydenta państwa. Jakaż to będzie
okazja do szantaży, np. w stosunku do osób publicznych, od których zależą
kluczowe decyzje.
Kto z osób zaangażowanych w społeczną lub polityczną
działalność będzie czuł się bezpiecznie? A przypomnę tylko, że polityka to
roztropna troska o dobro wspólne. Moim zdaniem, istnieje niebezpieczeństwo, że
bezpiecznie będą mogli się czuć zapewne ci wszyscy, nad którymi zostanie
rozpięty parasol politycznej mafii. Do takich „bezpieczniaków” należeć też będą,
co oczywiste, także przestępcy. Używam określenia „mafia”, ponieważ charakter
omawianych zmian prawnych jest wzięty z katalogu mechanizmów państwa policyjnego
i jest doprawdy doskonały w budowaniu i utrwalaniu jedynej, poprawnie
politycznej władzy, a więc mafijności życia politycznego. Każdy będzie mógł być
politykiem, społecznikiem, ubiegać się o urzędy publiczne i sprawować je do
końca kadencji. Każdy będzie mógł – zgodnie z demokratycznym ustrojem – mieć
wpływ na bieg spraw w państwie. Każdy oczywiście. Jakżeby inaczej. Pod jednym
tylko drobnym warunkiem – warunkiem politycznej poprawności.
Do kompletu
brakuje jeszcze likwidacji immunitetu, za czym została rozpętana nagonka w
mediach. Wtedy będzie można pozbawiać urzędów prawie z dnia na dzień.

O przemożna siło poprawności politycznej!
W odbytej
niedawno debacie sejmowej usłyszeliśmy, że wszystkie ugrupowania opowiedziały
się za zmianami wykluczającymi przestępców, bo przecież „sprawa była oczywista i
niewzbudzająca kontrowersji”. Byli nawet gorliwsi tropiciele przestępców. Jeden
z posłów ubolewał nawet, że w Polsce będą mogły kandydować i sprawować funkcje
publiczne osoby skazane za przestępstwo przez obce sądy. No tak, proszę mi
wybaczyć ironię, ale czy lepiej by było, gdyby z urzędu prezydenta państwa
polskiego albo z funkcji posła czy senatora mógł „zdjąć” delikwenta obcy sąd? A
jeszcze lepiej, gdyby to uczynił w oparciu o czyn, który w Polsce nie jest
przestępstwem, ale gdzieś tam za granicą jest. Zaręczam, drogi Czytelniku, że
znalazłyby się tam także takie „przestępstwa”, które są czynami godnymi pochwały
dla prawego człowieka. Z drugiej strony, parlamentarzyści nie zauważają, że np.
radnym w Polsce może być przestępca (według polskiego kodeksu karnego) będący
obywatelem obcego państwa, byleby było ono członkiem Unii Europejskiej. W
przeciwieństwie do polskiego obywatela. Cóż za dbałość o
praworządność!
Czytelnik może mi zarzucić, że jestem zanadto podejrzliwy oraz
że używam zbyt dosadnych wyrażeń, typu „mafijność” czy „wykluczenie”. Ale jak tu
nie formułować tego rodzaju zarzutów, gdy jest się świadkiem narzucania
społeczeństwu rozwiązań tchnących totalitaryzmem? Bo czymże innym jest próba
pozbawienia rodziców władzy rodzicielskiej oparta dodatkowo na mechanizmie
szpiclów i donosicielstwa? Nie tak jeszcze dawno, bo w latach 90., lewicowy rząd
chciał nowelizacji kodeksu rodzinnego i opiekuńczego. Miała ona polegać na
likwidacji władzy rodzicielskiej. Rodzice mieli sprawować pieczę nad dziećmi w
imieniu państwa. Na szczęście nic z tego nie wyszło. Obecny rząd, nazywany nawet
przez niektórych entuzjastów prawicowym, przy wsparciu tejże lewicy forsuje
zmiany pod szczytnym hasłem walki z przemocą w rodzinie. Zmiany, o których – co
do meritum – marzył kiedyś sam towarzysz Lenin, bo przecież „wszystkie dzieci są
nasze”. Zmiany, które – jeśli chodzi o charakter środków – cieszyłyby się
pochwałą samego towarzysza Dzierżyńskiego, dumnego, że jego nauki, co do metod,
nie idą w zapomnienie.
I tak – zamiast walki z przestępczością mamy do
czynienia z budowaniem podwalin pod przestępcze, bo mafijne, mechanizmy życia
politycznego. Zamiast polityki społecznej mamy do czynienia z kreowaniem
patologii.
Pozwól więc, szanowny Czytelniku, że pozostanę politycznie
niepoprawny. Nawet za cenę wykluczenia.

Dr Mariusz Grabowski

Autor jest doktorem nauk prawnych, pracownikiem naukowym na Wydziale Prawa
Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II, specjalistą w zakresie
prawa mediów. W latach 1991-1993 i 1997-2005 był posłem na Sejm RP I, III i IV
kadencji, wybierany kolejno z list wyborczych: Wyborczej Akcji Katolickiej,
Akcji Wyborczej Solidarność, Ligi Polskich Rodzin; był członkiem Koła
Parlamentarnego Porozumienie Polskie; w Sejmie III kadencji pełnił funkcję
przewodniczącego sejmowej Podkomisji Nadzwyczajnej ds. Nowelizacji Ustawy o
Radiofonii i Telewizji. W latach 1993-1996 pracował w Biurze Zarządu TVP SA oraz
w Departamencie Prawnym Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, w Biurze
Przewodniczącego KRRiT oraz w Departamencie Koncesyjnym KRRiT.

drukuj