Kontrakty zerwać najłatwiej…

Narodowy Fundusz Zdrowia z powodów finansowych pozrywał kontrakty z
pielęgniarkami opiekującymi się obłożnie chorymi w ich domach i zakładach
opiekuńczych. W Ministerstwie Zdrowia leży tymczasem od 2007 roku projekt ustawy
o opiece pielęgnacyjnej, która mogłaby rozwiązać problem jej
finansowania.
Jeszcze kilka lat temu wydawało się, że sprawa opieki nad
przewlekle chorymi zostanie rozwiązana. Ówczesny minister zdrowia Zbigniew
Religa przygotował projekt ustawy pielęgnacyjnej, która zakładała, że obywatele
płaciliby składkę od ryzyka niesamodzielności jako część składki na NFZ. W ten
sposób osoby objęte tym ubezpieczeniem, które na skutek urazu, przewlekłej
choroby czy chociażby podeszłego wieku ograniczającego zdolność do samodzielnej
egzystencji, mieliby zapewnioną opiekę, w tym usługi pielęgniarskie w domu
pacjenta, a nie w szpitalach.

System taki dobrze funkcjonuje choćby w Niemczech, ale po zmianie rządu
projekt prof. Religi został zarzucony. Tej decyzji nie rozumie poseł Bolesław
Piecha (PiS), który był zastępcą Religi w resorcie. Jego zdaniem, to, co robi
obecna władza, nie ma nic wspólnego z opieką nad chorymi, a raczej z
destabilizacją tego ważnego obszaru. – Nasz projekt był dobrze oceniony przez
fachowców, m.in. w dziedzinie demografii, socjologów, a także pielęgniarki. Jest
w Ministerstwie Zdrowia, ale jak widać, zatonął w gąszczu innych spraw. To
wskazuje, że PO ma inny wzorzec, według którego wszyscy jesteśmy zdrowi, bogaci
i piękni, natomiast nie myślimy o tych, o których myśleć nie wypada, czyli o
naszych seniorach – zauważa Bolesław Piecha.
Poseł podkreśla, że nie ma
innego wyjścia, jak tylko wrócić do prac nad ustawą pielęgnacyjną, co zresztą
już kilka razy obiecywali posłom przedstawiciele Ministerstwa Zdrowia. –
Wolałbym zdecydowanie, aby powrócić do naszego pomysłu, stopniowo go wprowadzać,
a nie myśleć o rozwiązaniach, które się pojawiają gdzieś w Europie i które
zakładają, jak np. ustawa przygotowana w Holandii, że chory po ukończeniu 70 lat
może decydować, czy chce żyć dłużej, czy może krócej. W katolickiej Polsce
byłaby to rzecz skandaliczna, nie do pomyślenia – mówi Bolesław
Piecha.
Projekt leży zatem wciąż na biurkach w resorcie zdrowia, tymczasem w
tym roku jesteśmy świadkami znacznego ograniczenia opieki pielęgniarskiej nad
obłożnie chorymi. Jak powiedziała nam prezes Naczelnej Rady Pielęgniarek i
Położnych Elżbieta Buczkowska, obłożnie, przewlekle chorzy leżący w domach,
zakładach opiekuńczo-leczniczych, pielęgnacyjnych są wyłączani poza nawias
społeczeństwa. – Pozbawia się ich świadczeń, bo przykuci do łóżka często nie są
w stanie dotrzeć do lekarza pierwszego kontaktu. Mało tego, nikt nie bierze pod
uwagę, że w późniejszej fazie koszt leczenia szpitalnego osoby chorej,
pozbawionej wcześniej profesjonalnej opieki zdrowotnej w domu, znacznie wzrasta.
Obawiamy się, że obłożnie chorzy zaczną nam umierać w cierpieniu i bólu tylko
dlatego, że nie przysługują im świadczenia, które gwarantuje Konstytucja –
tłumaczy prezes Buczkowska.
I problem wcale nie jest błahy, bo jak podaje
Elżbieta Buczkowska, w Polsce żyje około miliona osób, które w mniejszym lub
większym stopniu wymagają stałej opieki pielęgniarek. Tymczasem Narodowy Fundusz
Zdrowia informuje, że jest w stanie zapewnić opiekę tylko 23 tysiącom z nich. –
Powstaje więc pytanie, co się stanie z pozostałymi – irytuje się szefowa
Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych.
Jak się okazuje, pacjent na
przyjęcie do zakładu pielęgnacyjno-opiekuńczego jest zmuszony oczekiwać do
czterech miesięcy, jeśli natomiast kwalifikuje się do zakładu
psycho-geriatrycznego, musi czekać na miejsce nawet rok. Brutalna prawda jest
bowiem taka, że miejsce zwalnia się w przypadku śmierci pacjenta przyjętego
wcześniej. Ale tak długi czas oczekiwania oznacza, że bardzo często obłożnie
chorzy są pozbawieni przez wiele miesięcy podstawowej opieki pielęgniarskiej. –
Chcąc nie chcąc, stajemy się sumieniem dla rządu, który pozostawił tych ludzi
samych sobie. Mówi się o spektakularnych osiągnięciach medycyny. I dobrze, ale z
drugiej strony, nie dbamy o ludzi z chorobami przewlekłymi, z dysfunkcjami ze
względu na wiek. Taki los gwarantuje państwo starzejącemu się społeczeństwu –
mówi prezes Buczkowska.

Pielęgniarki oszukano
Resort zdrowia broni się, że nie
jest dysponentem pieniędzy, które trafiają na konta Narodowego Funduszu Zdrowia,
ale w ostatnich kilku latach pula pieniędzy wzrosła o 14 mld złotych. To tylko
statystyka, bo akurat obłożnie chorzy tego wzrostu nakładów nie odczuwają, a
wręcz przeciwnie. – Co z tego, że nakłady na ochronę zdrowia rosną, kiedy od
kilku lat nasze głosy, że opieka długoterminowa jest niedoszacowana, bo pokrywa
tylko 40 proc. ponoszonych kosztów, pozostają bez odpowiedzi – skarży się
Elżbieta Buczkowska. I pyta dramatycznie: – Czy dla tych chorych stworzymy
współczesne lazarety, a może lepiej getta, gdzie będą oni
umierać?
Ograniczając finansowanie opieki domowej, resort zdrowia i NFZ
uznały, że praca pielęgniarek zadaniowych nie jest właściwie zorganizowana, a
przede wszystkim zbyt kosztowna. I znowu wraca sprawa ustawy pielęgnacyjnej – na
pewno nie odczulibyśmy jej pozytywnych skutków od razu, ale byłby to początek
pozytywnych zmian. Eksperci przekonują, że im później taką ustawę wprowadzimy,
tym więcej będzie ona nas kosztować i finansowo, i pod względem kosztów
społecznych.
Jednak także twierdzenia NFZ o wysokich kosztach usług
pielęgniarskich są podważane. Koszt pobytu obłożnie chorego w zakładzie
opiekuńczo-pielęgnacyjnym to wydatek 2-3 tys. zł miesięcznie. Tymczasem jedna
pielęgniarka opiekująca się z reguły 6 chorymi w ich domach kosztowała NFZ 5
tys. złotych.
Krystyna Demkowicz, przewodnicząca Okręgowej Izby Pielęgniarek
i Położnych w Jeleniej Górze, podkreśla, że siostry, które dotąd opiekowały się
przewlekle chorymi, czują się oszukane przez rząd. Pielęgniarki w poprzednich
latach namawiano do przechodzenia do opieki zadaniowej. Siostry kończyły kursy,
studia podyplomowe, za które płaciły z własnej kieszeni (półroczny kurs
kosztował prawie 2 tys. zł), zwalniały się ze szpitali, zakładały własne firmy,
podpisywały kontrakty z NFZ, a teraz okazuje się, że zostały na lodzie, bez
pracy. To sprawia, że zawód pielęgniarki staje się coraz mniej pożądany. – O ile
jeszcze kilka lat temu wydawałam kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt zaświadczeń
o możliwości wykonywania zawodu, to w ubiegłym roku nie wydałam żadnego, bo w
całym okręgu jeleniogórskim nie było absolwentek – dodaje Krystyna Demkowicz.
Pacjenci i ich rodziny pozostają zatem sami, a pielęgniarka środowiskowa, która
ma pod opieką ponad dwa tysiące pacjentów, nie jest w stanie zapewnić należytej
opieki obłożnie chorym.
W Polsce jest dzisiaj zarejestrowanych ok. 300 tys.
pielęgniarek i położnych, z czego 220 tys. czynnych w zawodzie; zajmujemy
ostatnie miejsce w UE pod względem ich liczby w przeliczeniu na tysiąc
mieszkańców. Bardzo źle jest także z wynagrodzeniami
pielęgniarek.

Mariusz Kamieniecki

drukuj