Jednej nocy mama osiwiała
Z doktor Marią Kalasińską, znanym lubelskim onkologiem, córką kpt.
Jana Wawry, jeńca obozu w Starobielsku, zamordowanego w 1940 r. Charkowie,
rozmawia Adam Kruczek
Nigdy nie wiemy, które spotkanie z najbliższymi będzie tym
ostatnim… Żegnając się z ojcem, nie przypuszczała Pani, że nigdy więcej się z
nim nie zobaczy?
– To był koniec wakacji, które w 1939 roku
spędzaliśmy we troje – mama, tata i ja – w Wiśle. Tam ojciec otrzymał powołanie
do wojska. Wróciliśmy czym prędzej do Warszawy. Ojciec został zmobilizowany do
Ośrodka Zapasowego 5. Pułku Piechoty Legionowej. Pamiętam, a byłam wówczas
5-letnią dziewczynką, chwilę odjazdu taty do pułku. Stałam na peronie, ojciec w
oknie pociągu prosił mamę, aby podniosła mnie do góry, a gdy to zrobiła –
uściskał mnie. Na odjezdnym prosił mamę, aby wychowała mnie na dzielnego
człowieka. Ja tego nie słyszałam, tylko później mama mi powtórzyła. Zawsze mnie
to intrygowało, ale i mobilizowało, dlaczego użył tego właśnie określenia.
Liczył się więc z tym, że mogło to być ostatnie
spotkanie?
– Zapewne jakoś dopuszczał tę ewentualność, ale w
rozmowach z mamą był pełen optymizmu i twierdził, że za kilka tygodni, gdy do
działań wojennych włączy się Zachód, wojna musi się skończyć i to zupełnie nie
po myśli Niemców. Jak mówiła mama, ojciec nie jechał na wojnę, lecz na
wojenkę.
Kim był Pani ojciec w cywilu?
– Pochodził z chłopskiej
rodziny, ale był bardzo zdolny i ambitny. Choć w jego domu się nie przelewało,
bo wcześnie osierocił ich ojciec, skończył najpierw gimnazjum w Stopnicy k.
Buska Zdroju – gdzie rozpoczęła się jego znajomość z moją mamą Henryką Kurkowską
– a potem Szkołę Główną Handlową w Warszawie. Z mamą ożenił się jeszcze w czasie
studiów, a ja urodziłam się w dniu, kiedy zdawał ostatni egzamin. Jeszcze jako
student ojciec zaczął pracować w Banku Gospodarstwa Krajowego. Umożliwił mu to
dr Stefan Starzyński, późniejszy prezydent Warszawy, który był jego wykładowcą
na studiach, a później bliskim przyjacielem.
Poznała Pani przebieg jego służby wojskowej?
– Z
zachowanych dokumentów, relacji i fotografii wynika, że ojciec był żołnierzem
nie tylko bardzo sprawnym, ale i przystojnym. Miał gruntowne przygotowanie
wojskowe. Najpierw po maturze powołano go do rocznej służby w 2. Pułku Piechoty
Legionowej. Później jako rezerwista zaliczył wiele ćwiczeń i przeszkoleń
wojskowych, awansując do stopnia podporucznika rezerwy w korpusie osobowym
oficerów piechoty ze starszeństwem. Otrzymałam z MON kopię pełnej dokumentacji
służby wojskowej ojca. We wszystkich opiniach wystawianych przez przełożonych
figurują wyłącznie bardzo dobre oceny. W jednej z opinii z 1931 r. tak go
charakteryzowano: „Bardzo dobry instruktor i wykładowca. Bardzo dobrze
zdyscyplinowany i wychowany. Prezentuje się bardzo dobrze. Nadaje się bardzo
dobrze na dowódcę plutonu ckm”. Na studiach ojciec pełnił obowiązki komendanta
grupy uczelnianej Legionu Młodych, który był oczkiem w głowie Józefa
Piłsudskiego. Ojciec był bardzo przystojnym, postawnym, reprezentacyjnym
mężczyzną i często był wybierany do składu delegacji legionu na spotkania z
Marszałkiem. Na jednym z nich dostał od Piłsudskiego jego portret, który do dziś
wisi w naszym domu. Portret przetrwał wojnę, gdyż został zrolowany i ukryty w
beczce, którą mama zakopała.
Gdzie Pani ojciec dostał się do niewoli sowieckiej?
–
Wiemy tylko, że walczył pod Lwowem, i to musiało się stać gdzieś tam. Pierwsza
wiadomość na ten temat dotarła do nas od żołnierza, który uciekł z sowieckiego
transportu, wyłamując deskę w podłodze wagonu kolejowego. Na przekazanej za jego
pośrednictwem do naszego warszawskiego mieszkania kartce ojciec pisał: „Jedziemy
transportem nie wiadomo dokąd”. Później przez innego żołnierza skierował kartkę
do naszej znajomej w Garwolinie. „Proszę w jakiś sposób dać znać Heniusi [to
moja mama], że żyję i jestem zdrów” – informował.
A ze Starobielska dochodziły jakieś wieści?
– Tak,
przyszły dwie kartki i jedna depesza. Jedna z tych kartek przepadła, gdyż mama
nieopatrznie wysłała ją do ówczesnych komunistycznych władz jako załącznik i
dowód, że ojciec był w tym obozie. Tej kartki, mimo usilnych prób, już nie
odzyskała. Takie dokumenty były niewygodne dla komunistów, więc je niszczyli.
Ale pozostała kartka wysłana 29 listopada 1939 r., którą mam do dziś i traktuję
jak drogocenną pamiątkę. „Ukochane moje dzieci [ojciec zwracał się tak do mamy i
do mnie]. Jestem zdrów i czuję się nieźle. Tęsknię za wami i pragnę was jak
najszybciej zobaczyć. Tymczasem piszcie do mnie jak najczęściej i możliwie
wyczerpująco. Opisz mi, Heniu, wasze życie i wasze troski. Czekam na wiadomość o
waszym zdrowiu, o zdrowiu babci i mamusi, z czego się utrzymujecie, gdzie
mieszkałaś przez ostatnie tygodnie… Czy Dzidzia [to ja] jest grzeczna i mamusi
słucha. (…) Jeżeli będziesz mogła, przyślij mi chociaż małą fotografię…”. W
depeszy, która była ostatnią wiadomością od ojca, napisał tylko: „Zdrów, piszcie
jak najwięcej”.
Ojciec dostał fotografię, o którą prosił?
– Tak, mama
zrobiła nam wspólne zdjęcie i wysłała je ojcu. Myślę, że miał je przy sobie w
chwili śmierci. Wyobrażam sobie, że gdyby ekshumacja nie była wyrywkowa i
natrafiono by na ciało mojego ojca, to ta fotografia zostałaby przy nim
odnaleziona.
W jaki sposób dotarła do Państwa wiadomość o zamordowaniu
ojca?
– Mama dowiedziała się o tym z niemieckiej, polskojęzycznej
gadzinówki, w której podane było nazwisko ojca jako zamordowanego przez
Sowietów. Po przeczytaniu tej wiadomości jednej nocy prawie zupełnie osiwiała i
przestała mówić. To była tragedia dla rodziny, ale i poważny problem dla Armii
Krajowej, w której mama, podobnie jak cała rodzina, aktywnie działała. Obawiano
się, że mama – gdyby w tym stanie psychicznym dostała się w ręce Niemców – może
stanowić zagrożenie dla siebie i innych w konspiracji. Wiem, że przez jakiś czas
nie wypuszczano jej z domu. Na szczęście po pewnym czasie odzyskała mowę i pełną
świadomość.
Pogodziła się ze śmiercią męża?
– Ależ nie, mama nie
dopuszczała do siebie myśli, że jej męża mogło spotkać to najgorsze. Ciała ojca
nie ekshumowano, a o jego losie wnioskowano na podstawie sowieckich dokumentów,
więc mama tłumaczyła sobie, że może to pomyłka, może tylko tak napisano, a
ojciec tak naprawdę żyje gdzieś w łagrze na Syberii i trzeba go koniecznie
odnaleźć. Mama szukała ojca zarówno w czasie okupacji, jak i po wojnie. Pisała
do Londynu, Genewy, nawet do Moskwy. Dostawała różne odpowiedzi, nawet tak
kuriozalne, jak ta z ambasady polskiej w Moskwie z 1948 r., gdzie stwierdzono że
„ob. Wawro Jan do ambasady RP w Moskwie nie zgłosił się, ani też nie figuruje w
ewidencji ambasady”. Podobnych w tonie listów mama otrzymała więcej. Natomiast w
styczniu 1947 r. centrala poszukiwań PCK przesłała do mamy pismo, w którym
zakomunikowała, że mój ojciec „figuruje na liście osób zaginionych w
Starobielsku”. To oznaczało faktyczne potwierdzenie jego zamordowania. Ale moja
mama i w to nie wierzyła. Nie wyszła powtórnie za mąż, choć już po wojnie miała
kilku starających się o jej rękę. Nie dopuszczała jednak myśli o powtórnym
małżeństwie.
Jak potoczyły się losy Pani i mamy w czasie okupacji?
–
Zaraz na początku okupacji musiałyśmy opuścić nasze mieszkanie przy ul.
Belwederskiej, gdyż zakwaterowano u nas oficera niemieckiego, którego żołnierze
opróżnili gabinet ojca i zrabowali jego rzeczy. Mama nie mogła tego znieść, więc
wyprowadziłyśmy się do dziadka. Już od października 1939 r. mama działała w
konspiracji. Później zaczęła ukrywać się przed gestapo, dlatego często
zmieniałyśmy miejsce zamieszkania. Trochę żyłyśmy na wsi, aż wreszcie trafiłyśmy
do mojej babci w Stopnicy, gdzie doczekałyśmy końca wojny. Tam mama z siostrami
założyły kawiarenkę, która stała się ważnym punktem kontaktowym dla miejscowej
konspiracji. Mój wujek był komendantem tamtejszej placówki AK. Mama bardzo
aktywnie działała w konspiracji, wielokrotnie strzelano do niej, uciekła z
transportu na roboty do Niemiec…
A po wojnie?
– Cały nasz majątek poszedł z dymem, a my w
skrajnej biedzie zamieszkałyśmy w Będzinie k. Sosnowca. Moja mama, owszem, była
po maturze, umiała grać na pianinie i mówić po francusku, ale fachu jako takiego
nie miała. Dopiero później poszła do szkoły, tzw. handlówki, gdzie nauczyła się
m.in. maszynopisania, stenografii i rachunkowości. Nasza sytuacja materialna
polepszyła się dopiero po latach, gdy mama została księgową.
Rodziny katyńskie doświadczały w PRL wielu represji. Panią też
spotkały jakieś szykany w związku z losami ojca?
– Z tego powodu nie
przyjęto mnie za pierwszym razem na studia medyczne w Krakowie. Interweniującej
w komitecie partyjnym mamie powiedziano o tym wprost. Za rok zdecydowałam się
zdawać na medycynę już w Lublinie, gdzie nikt mnie nie znał, a w swoim
życiorysie napisałam niewiele rzeczy zgodnych z prawdą. I udało się.
Od kiedy żyła Pani ze świadomością, że straciła ojca?
–
Mama jeszcze na początku lat 50. nie przyjmowała tego do wiadomości, ale ja za
okupacji niemieckiej dowiedziałam się o śmierci ojca od krewnych. Że zabili ojca
Sowieci, dotarło do mnie znacznie później. Po prostu w naszym domu panowała
atmosfera konspiracji i dyskrecji, o pewnych niebezpiecznych rzeczach nie mówiło
się, a ja nie pytałam. Tak byłam wychowana.
Czy Pani już wie, jak zginął ojciec?
– Teraz mam tę
świadomość, ale przez lata wyobrażałam sobie ojca prowadzonego pod karabinem na
śmierć w jakimś lesie, w pełni świadomego, co się z nim za chwilę stanie. To
wyobrażenie było dla mnie bardzo bolesne, gdyż jak gdyby wczuwałam się w tę
sytuację i myśli mojego taty. Po latach okazało się, że to odbyło się inaczej.
Gdy byłam w 1998 r. w Charkowie na uroczystości wmurowania kamienia węgielnego
na tamtejszym cmentarzu polskich oficerów, dowiedziałam się, że polskich
oficerów rozstrzeliwano w gmachu charkowskiego NKWD – średnio po 200 osób w
ciągu nocy. To zburzyło moje wcześniejsze, wieloletnie przekonanie. Wiadomo już,
że w obozie w Starobielsku ojciec przebywał do kwietnia 1940 r., potem koleją
dowieziono go razem z całym transportem do siedziby NKWD w Charkowie, gdzie
został zamordowany. Ciała polskich oficerów Sowieci ukryli na terenie VI
kwartału lasku otaczającego Charków, w tzw. Piatichatkach. Na liście jeńców
wywiezionych z obozu nazwisko ojca figuruje pod numerem 429.
Dziękuję za rozmowę.
