Oparli się propagandzie

Starobielsk to niewielkie, obecnie mniej więcej 30-tysięczne
miasteczko we wschodniej części Ukrainy nad rzeką Ajdar w obwodzie ługańskim
(około 80 km na północny zachód od Ługańska). Obóz dla polskich jeńców wojennych
został zorganizowany na terenach dawnego prawosławnego monastyru żeńskiego oraz
w dwóch domach w samym mieście: przy ul. Wołodarskiego 19 (tam osadzono
generałów) i przy ul. Kirowa 32 (tam znajdowali się pułkownicy i podpułkownicy).
Klasztor, otoczony wysokim murem, składał się z dwóch murowanych cerkwi: z dużej
– na wprost bramy głównej, i mniejszej – po lewej stronie od wejścia, oraz z
kilkunastu murowanych i drewnianych budynków. Już po rewolucji służył jako obóz
przejściowy, gdzie trzymano więźniów przeznaczonych na zesłanie; tu również
wykonywano na nich wyroki śmierci. W drugiej połowie lat 30. pomieszczenia
klasztorne zamieniono na spichlerze zbożowe.

Teren obozu otaczał ceglany mur o wysokości 1,7 m zwieńczony drutem
kolczastym. W odległości trzech metrów znajdowało się dodatkowe ogrodzenie z
siatki, stale oświetlone. Liczne wieże strażnicze oraz 10 posterunków
zewnętrznych (obsadzonych przez żołnierzy z 228. pułku eskortowego) dopełniały
ów system zabezpieczeń.
Komendantem obozu został kpt. NKWD Aleksandr
Grigoriewicz Bierieżkow, a komisarzem starszy politruk Michaił Michajłowicz
Kirszin. Pracami śledczymi oraz pozyskaniem tajnych informatorów i
współpracowników zajmowali się: kpt. Jefimow, kpt. Jegorow, kpt. Mironow i
komisarz Niechoroszew.

Elita Narodu
3 października 1939 r. w klasztorze
starobielskim znajdowało się już 7352 jeńców wojennych. Pomieszczenia zapełnione
były do granic możliwości, a pewna liczba jeńców z braku miejsca przebywała pod
gołym niebem. W tym czasie w obozie nie było jeszcze kuchni, pralni, odwachu
(pomieszczeń dla wartowników) i pomieszczenia karnego. Z powodu braku kuchni
jeńcy otrzymywali – niezgodnie z regulaminem – tylko jeden gorący posiłek
dziennie.
Stopniowo skład osobowy jeńców ulegał zmianie. W związku z
decyzjami NKWD zwolniono ze Starobielska żołnierzy szeregowych pochodzących z
obszarów Polski anektowanych przez Niemcy i Litwę oraz z terenów włączonych do
Związku Sowieckiego. Dlatego też w okresie od listopada 1939 r. do kwietnia 1940
r. w obozie znajdowało się 3895 oficerów i kilkadziesiąt osób cywilnych. Niemal
połowę jeńców stanowili oficerowie wzięci do niewoli po poddaniu Lwowa przez
gen. Władysława Langnera. W myśl zawartego wówczas porozumienia mieli oni po
opuszczeniu miasta przejść do Rumunii i na Węgry, Sowieci nie dotrzymali jednak
tych warunków.
Wśród uwięzionych w obozie znalazło się 9 generałów: gen.
bryg. Leon Billewicz – we wrześniu 1939 r. dowódca kombinowanej grupy
operacyjnej, dostał się do niewoli po walce nieopodal Brzeżan; gen. dyw.
Stanisław Haller – podczas wojny polsko-bolszewickiej 1919-1921 wydatnie
przyczynił się do pobicia 1. Armii Konnej Siemiona Budionnego pod Zamościem i
odrzucenia jej za Bug, odznaczony m.in. Orderem Wojennym Virtuti Militari klasy
II i V oraz dwukrotnie Krzyżem Walecznych; gen. bryg. Czesław Jarnuszkiewicz
(ocalał jako jedyny z generałów ze Starobielska), w latach 1938-1939 komendant
Przysposobienia Wojskowego i Wychowania Fizycznego, odznaczony m.in. Orderem
Wojennym Virtuti Militari kl. V i czterokrotnie Krzyżem Walecznych; gen. bryg.
Aleksander Kowalewski – we wrześniu 1939 r. wraz z gen. Leonem Billewiczem
współtworzył kombinowaną grupę operacyjną na Podolu; gen. bryg. Kazimierz
Orlik-Łukoski – w 1939 r. dowódca Grupy Operacyjnej Jasło; gen. bryg. Konstanty
Plisowski – znakomity dowódca i kawalerzysta, w 1919 r. dowodził słynną szarżą
14. Pułku Ułanów pod Jazłowcem, we wrześniu 1939 r. dowodził obroną twierdzy
brzeskiej, a po jej opuszczeniu – Nowogródzką Brygadą Kawalerii, która,
przebijając się na południe, toczyła walki zarówno z Niemcami, jak i z
Sowietami; gen. bryg. Franciszek Sikorski – w 1939 r. pełnił przejściowo funkcję
dowódcy obrony Lwowa, odznaczony m.in. Orderem Wojennym Virtuti Militari i
trzykrotnie Krzyżem Walecznych; gen. dyw. Leonard Skierski – dowódca 4. Armii w
czasie bitwy warszawskiej, odznaczony m.in. Orderem Wojennym Virtuti Militari
kl. II i V oraz czterokrotnie Krzyżem Walecznych; gen. bryg. Piotr Skuratowicz –
jeden z najwybitniejszych wykładowców Centrum Wyszkolenia Kawalerii w
Grudziądzu, we wrześniu 1939 r. dowódca grupy Dubno, odznaczony m.in. Orderem
Wojennym Virtuti Militari kl. V.
Ponadto w Starobielsku znajdowało się: 55
pułkowników, 127 podpułkowników, 316 majorów, 846 kapitanów, 2529 poruczników i
podporuczników. Prawie połowa jeńców to oficerowie rezerwy, wśród nich było:
ponad 20 profesorów wyższych uczelni, cały personel naukowy Instytutu
Przeciwgazowego i Instytutu Technicznego Uzbrojenia oraz około 600 lotników,
ponadto kilkuset prawników, inżynierów, nauczycieli, poetów, pisarzy,
dziennikarzy, przedsiębiorców, działaczy społecznych i politycznych. Znalazł się
w Starobielsku cały zespół Instytutu Obrony Chemicznej i niemal wszyscy
pracownicy Instytutu Uzbrojenia Wojska Polskiego.
Z informacji wysłanej 15
stycznia 1940 r. ze Starobielska zapewne do Zarządu do spraw Jeńców Wojennych
dowiadujemy się o grupach wiekowych jeńców przetrzymywanych w obozie. Wynika z
niej, że w większości były to osoby starsze, co nie dziwi ze względu na to, iż
znaczna część składu jeńców w Starobielsku to oficerowie rezerwy, osoby różnych
zawodów. Wśród nich było 344 lekarzy (w tym lekarzy weterynarii i lekarzy
stomatologów), 34 farmaceutów, 39 prawników i pracowników sądowych, 16 księży
(kapelanów wojskowych – wszystkich wyznań reprezentowanych przy MSWojsk), 3
inżynierów, 2 obszarników, profesor i agronom. W obozie znajdowali się także:
wiceprezes Ligi Antyhitlerowskiej w Polsce Antoni Eiger, znakomici uczeni, m.in.
profesor botaniki Uniwersytetu Poznańskiego Edward Ralski, znany pediatra
Kazimierz Dadej kierujący dziecięcą kliniką gruźliczą na Uniwersytecie
Jagiellońskim.
Szczególną kategorię jeńców w Starobielsku stanowili duchowni
wojskowi. W zasobach Muzeum Katyńskiego – Oddziale Muzeum Wojska Polskiego w
Warszawie znajduje się sutanna (vestis talaris) przekazana do zbiorów po
zakończeniu prac ekshumacyjnych w Charkowie w 1996 roku. Należała zapewne do
jednego z kilku duchownych wojskowych wyznania rzymsko-katolickiego
zamordowanych w Charkowie wiosną 1940 roku. Byli to: ks. ppłk Andrzej Niwa,
proboszcz parafii wojskowej św. Mikołaja w Ostrowie Wielkopolskim; ks. mjr
Ignacy Drozdowicz; ks. mjr Alfred Swirtun; ks. mjr Jerzy Wrazidło, podczas
kampanii wrześniowej kapelan 3. Pułku Ułanów Śląskich w Krakowskiej Brygadzie
Kawalerii; ks. kpt. Józef Czemerajda, zmobilizowany prawdopodobnie do 8.
Lubelskiego Pułku Piechoty Legionów; ks. kpt. Władysław Plewik.
Ponadto w
obozie starobielskim znajdowali się inni liczni duchowni wojskowi, m.in. starszy
kapelan WP mjr Antoni Aleksandrowicz, znany kaznodzieja, organizator nabożeństwa
11 listopada 1939 r.; sędziwy ks. gen. bryg. Karol Bogucki (ur. 26 I 1868 r.),
były dziekan Okręgu Korpusu VII; ks. ppłk Kazimierz Suchcicki, dziekan Okręgu
Korpusu IV, znany działacz społeczny w Łodzi; ks. ppłk Szymon Fedoreńko,
naczelny kapelan WP wyznania prawosławnego; ks. mjr Mikołaj Ilków, administrator
parafii wojskowej greckokatolickiej Okręgu Korpusu IV, poseł na Sejm RP; ks. mjr
Jan Potocki, szef duszpasterstwa ewangelickiego Okręgu Korpusu VIII,
superintendent Kościoła ewangelickiego; mjr Baruch Steinberg, naczelny rabin
WP.
Przed Świętami Bożego Narodzenia 1939 r. wszyscy duchowni zostali zabrani
z obozu starobielskiego i odtąd ślad po nich zaginął.

Solidarni w niewoli
Oficerowie z obozu w Starobielsku
odznaczali się wysokim stopniem zorganizowania i solidarności w porównaniu z
więźniami innych obozów. 13 stycznia 1940 r. płk Edward Saski, prawnik wojskowy,
i grupa pułkowników skierowali do komendanta obozu list z prośbą o wyjaśnienie
stanowiska rządu sowieckiego co do statusu zatrzymanych: czy są uważani za
jeńców wojennych, za aresztowanych czy też internowanych. Oficerowie domagali
się też pozwolenia na korespondencję z rodzinami i bliskimi. Oprócz różnych
spraw bytowych zwracali uwagę na kwestię poszanowania praw jeńców wojennych –
prawa zwracania się do ambasady państwa obcego, które podjęło się obrony
interesów obywateli polskich; możliwości działania za pośrednictwem Czerwonego
Krzyża; opublikowania listy jeńców wojennych; uwolnienia emerytów i oficerów
rezerwy, którzy nie byli powołani do wojska i nie uczestniczyli w wojnie, jak
również osób sędziwych, chorych itd.
Przeciwko przetrzymywaniu protestowało
także 130 lekarzy i farmaceutów, powołując się na prawo międzynarodowe, według
którego lekarze wypełniający swoją humanitarną misję nie podlegają niewoli
wojennej. Ponieważ powoływali się oni na konferencję genewską, Bierieżkow
poprosił moskiewskie władze, aby przysłały mu ten akt „celem zapoznania się i
kierowania się nim”. W odpowiedzi szef Zarządu do spraw Jeńców Wojennych i
Internowanych mjr NKWD Piotr Soprunienko stwierdził: „Genewska Konferencja
lekarzy nie jawi się jako dokument, którym powinniśmy się kierować w praktycznej
robocie. W pracy kierujcie się dyrektywami kierownictwa NKWD do spraw jeńców
wojennych”.
Polacy utworzyli w obozie kasę wzajemnej pomocy, z której
potrzebujący otrzymywali po 100 zł z obowiązkiem zwrotu pieniędzy po powrocie z
niewoli. Według niepełnych danych, z pożyczek skorzystało ponad sto osób. Na
czele kasy zapomogowej stał mjr Ludwik Domel.
Podstawowym problemem jeńców –
poza tzw. jenieckim spleenem, niedostatkami kuchennego kotła, stanem sanitarnym
w obozie – był wierny towarzysz ich niewoli – zimno.
Racje żywnościowe były
skąpe. Większość tzw. deficytowych produktów, jak masło czy cukier – nie
docierała do obozowej kuchni, po drodze rozkradali je funkcjonariusze i
kierownictwo obozu. Żywność przeznaczona dla jeńców była często bardzo złej
jakości (przeterminowana, zawilgocona i spleśniała). Sytuacji tej nie mogły
zmienić sporadycznie dostarczane paczki od rodzin więzionych oficerów.
Prowadzący kuchnie obozowe polscy jeńcy musieli niejednokrotnie dokonywać rzeczy
wręcz niemożliwych, aby codzienne posiłki choć trochę się od siebie różniły i by
wzbogacić je o niezbędne w tak ciężkich warunkach warzywa czy – rzadziej –
owoce.
Regulamin wewnętrzny obozów NKWD z drugiej połowy września 1939 r.
teoretycznie zapewniał wszystkim jeńcom dostęp do obowiązkowego strzyżenia,
łaźni i dezynfekcji odzieży. Rzeczywistość była jednak zupełnie inna: „Jedyna
łaźnia miejska – jak relacjonował ocalały jeniec Starobielska, znakomity malarz,
rtm. Józef Czapski – nie mogła wystarczyć tysiącom ludzi. Ubrania oddawano do
odwszalni, w której temperatura była niewystarczająca; wracały one nieraz z
większą ilością wszy niż w chwili oddawania tych ubrań do
dezynfekcji”.
Pośpiesznie zorganizowana służba medyczno-sanitarna, choć
odpowiednio wykwalifikowana, nie dysponowała stosowną liczbą pomieszczeń ani
wystarczającą liczbą lekarstw i środków opatrunkowych. W obozach, a zwłaszcza w
Starobielsku, brakowało latryn i dołów na śmieci, ponadto nie było instalacji
wodociągowej, a co za tym idzie – pralni, łaźni oraz umywalni. Do czyszczenia
dołów z nieczystościami wyznaczano oficerów.
Zabraniano jakiegokolwiek
demonstrowania uczuć patriotycznych. Nie wolno było prowadzić rozmów na tematy
polityczne. Zakazano też odprawiania nabożeństw wieczornych.

Obozowy uniwersytet
Polscy jeńcy poddawani byli w obozie
intensywnej propagandzie komunistycznej. Na tablicach ogłoszeniowych
zainstalowanych na terenie obozów umieszczono odpowiednie fragmenty tekstu
sowieckiej konstytucji, mówiące o zawartych w niej „wolnościach”. W Starobielsku
działało ponadto kino, w którym wyświetlano nasiąknięte ideologią filmy
sowieckiej produkcji, jednak w wyniku bojkotu doszło do jego zamknięcia. Z
głośników nad barakami rozbrzmiewała propaganda przemieszana z muzyką.
Jak
bardzo chybione były te wszystkie zabiegi, opisuje por. Bronisław Młynarski,
adiutant starszego obozu w Starobielsku: „Propaganda o charakterze ogólnym,
państwowym, była importowana do obozu za pośrednictwem radia, pism codziennych
moskiewskich (’Prawda’, 'Izwiestia’), paru charkowskich oraz filmów. Prócz
wymienionych gazet rosyjskich przysyłano szczególnie obficie 'Głos Radziecki’
redagowany skażoną polszczyzną w Charkowie czy Kijowie. Bibuły te psuły nam
krew, lecz po przeczytaniu przydawały się ogromnie”.
Józef Czapski natomiast
przypominał, że najlepszym sposobem na wypełnienie obozowej nudy było
poszukiwanie „zajęcia” najlepiej podnoszącego na duchu: „Dużą w tym rolę odegrał
major Sołtan, szef sztabu gen. Andersa w czasie kampanii wrześniowej. Pochodził
z rodziny powstańczej i godnie podtrzymywał tę tradycję. Jako jeden z pierwszych
rozpoczął odczyty o kampanii wrześniowej i historii wojen. (…)
Sąsiadowałem
na pryczy z por. Skwarczyńskim, współredaktorem 'Polityki’. Zbierał on wokół
siebie ekonomistów i zawzięcie dyskutowali nad programem gospodarczym
Rzeczypospolitej. Mitera – geolog, stypendysta Rockefellera, z którym się
również przyjaźniłem, mówił ciekawie o kosmografii. Tomasz Chęciński, namiętny
federalista o świetnej inteligencji politycznej, miał rzadki dar zdobywania
sobie przyjaciół i stronników. Iluż ich było, żywym koleżeństwem w przeciągu
kilku miesięcy przeobrazili oblicze duchowe obozu. Dr Kołodziejski, wybitny
chirurg warszawski, Piotrowicz – historyk krakowski, Karczewski, profesor z
Rydzyny… i setki innych, których twarzy zapomnieć nie mogę”.

NKWD szuka szpiegów
Często, w praktyce co noc, trwały
przesłuchania więźniów, którzy wypytywani byli o poglądy i o to, co dotąd robili
w życiu. NKWD stosowało przy tym metody oparte na „psychologii sowieckiej” oraz
tzw. pranie mózgów. Jeńcom na różne sposoby zadawano ciągle te same pytania, aby
zgodnie z teorią Pawłowa obserwować ich reakcje. Przesłuchujący enkawudzista raz
wrzeszczał, raz zachowywał się wręcz sympatycznie.
Niekiedy w sposób
nieplanowany przesłuchania przybierały humorystyczny obrót, co wywoływało u
więźniów, mimo wielkiej ich udręki, również rozbawienie. Józef Czapski tak
opisał jedno z przesłuchań w obozie w Starobielsku: „Pewnego razu byłem
przesłuchiwany przez trzech oficerów – jednym z nich był gruby, wyperfumowany
NKWD-zista, a pozostałymi wojskowi o bardzo prymitywnej umysłowości. Dowiedzieli
się oni, że przez osiem lat pracowałem w Paryżu jako artysta, co wydało się im
niezwykle podejrzane.
Jakie instrukcje dostaliście od swego ministra spraw
zagranicznych przed wyjazdem do Paryża? – dopytywał się
śledczy.
Odpowiedziałem, że minister nawet nie wiedział, że wybierałem się do
Paryża.
To w takim razie – ciągnął – co powiedział wiceminister?
On też
nic o tym nie wiedział – odparłem. – Pojechałem do Paryża jako malarz, nie jako
szpieg.
Czy wy myślicie – nalegał dalej – że nie rozumiemy, że wy, jako
malarz, mogliście sporządzić plan Paryża i wysłać go do waszego ministra w
Warszawie?
Zupełnie nie byłem w stanie go przekonać, że plan miasta można
kupić na każdym rogu paryskiej ulicy i że polscy artyści jadący do Paryża nie
byli szpiegami sporządzającymi sekretne plany. Żaden z nich nie dał się
przekonać, że ktokolwiek mógł dostać pozwolenie na wyjazd za granicę, nie będąc
jednocześnie wysłanym w roli szpiega”.
Z reguły jednak bywało raczej
tragiczniej. Dla przykładu podchorąży Gawiak został pobity podczas przesłuchania
do nieprzytomności, o czym tak później mówił: „Gdy odzyskałem świadomość,
zaprowadzili mnie do celi, która była niższa ode mnie. Przez cały czas pobytu w
niej musiałem stać zgarbiony. Nie mogłem usiąść, ponieważ cela do wysokości
kolan wypełniona była wodą z odchodami moich poprzedników. (…) W celi tej
trzymali mnie przez 24 godziny. Gdy z niej wyszedłem, nie mogłem poruszać ani
rękami, ani nogami. (…) Tę procedurę stosowali przede wszystkim przy młodszych
więźniach”.
Jedynym jasnym punktem pobytu w obozie było pozwolenie na
prowadzenie korespondencji z rodziną i ze znajomymi. Podporucznik Młynarski
relacjonował: „Walka o te elementarne prawa trwała od najpierwszych dni po
przybyciu do obozu. Obiecywano nam stale, że już, że może jutro. (…) W połowie
grudnia zezwolono wreszcie (…) Pisać wolno było raz w miesiącu. Już w końcu
grudnia zaczęły napływać pierwsze odpowiedzi z kraju, a nawet z zagranicy. W
marcu 1940 r. zezwolono na wysyłkę po jednej depeszy. (…) Napływ poczty
nadchodzącej wzrastał z tygodnia na tydzień. Poczta ta nie była reglamentowana
terminami, rozdawano ją w miarę napływu. Co jakiś czas była jednak rekwirowana,
a więźniowie nie mogli pisać, że znajdują się w obozach jenieckich.

Sławomir Frątczak

Autor jest historykiem, pracuje w Muzeum Wojska Polskiego
(MWP) w Warszawie, w latach 2002-2009 był kierownikiem Muzeum Katyńskiego –
Oddział MWP.

drukuj