Trzy razy uratowała mnie Boża Opatrzność

Z o. Hieronimem Warachimem OFMCap, dwukrotnym prowincjałem Ojców Kapucynów,
odznaczonym 11 listopada 2009 r. przez prezydenta RP Krzyżem Komandorskim Orderu
Odrodzenia Polski, autorem książek „Włóczęga Boży” o Słudze Bożym o. Serafinie
Kaszubie i „Kapucyni sybiraccy”, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

Warachim to polskie czy ormiańskie nazwisko?
– Ród Warachimów to Polacy,
najprawdopodobniej wywodzący się z Ormian lwowskich słynących z wielkiego
patriotyzmu. Najstarsza metryka rodzinna, na którą się natknąłem, pochodzi z
XVIII wieku. Zapisano w niej po łacinie: „Nicolaus Warachim villanus”. Villanus
to obywatel miasta mający posiadłość poza miejscem zamieszkania. Od owego
Mikołaja pochodzi dość liczny ród Warachimów nazywanych niegdyś bogaczami, bo
umieli dobrze gospodarzyć, cieszyli się też dobrą opinią. Dziś rozjechali się po
całej Polsce; ja jestem z nich najstarszy.

Kultywowano w Ojca domu jakieś ormiańskie tradycje?
– W niektóre wielkie
święta ojciec zabierał mnie do katedry ormiańskiej. Nie przeszkadzało mu to, że
ani on, ani tym bardziej ja nie rozumieliśmy ani słowa po ormiańsku…

„Modlący się, pracujący i niewiele mówiący” – tak Ojciec mówił nieraz o swoim
tacie. Tak go Ojciec zapamiętał?
– Bardzo dużo się modlił, często widziałem
go klęczącego i odmawiającego Różaniec. Ojciec znał wiele pieśni religijnych,
szczególnie maryjnych. Uczyliśmy się ich i razem z nim śpiewaliśmy.

A jaka była Ojca mama? Podobno sąsiedzi przychodzili do „Warachimki po
radę”…
– To prawda. Mamcia, bo tak się we Lwowie mówiło na mamę, pochodziła
ze znanego na Podolu rodu Jaworskich. Była kobietą bardzo energiczną. Ojciec,
jako gospodarz, pracował poza domem, a mama w nim rządziła, wychowując sześcioro
dzieci. Choć nie miała wykształcenia, była bardzo mądra, często nawet z daleka
przychodzili do niej różni ludzie po radę.

Dom rodzinny Ojca znajdował się we Lwowie czy za miastem?
– To były
peryferie Lwowa, ale w 1929 czy 1930 r. włączono je do miasta. Z trzech
oddzielnych gmin: Zamarstynowa, Hołoska Małego i Kleparowa, stworzono osobną
dzielnicę Lwowa – Zamarstynów. Nasz dom znajdował się przy ul. Warszawskiej 133.
Obok było pięć domów, w których mieszkali moi bracia z żonami. Dom już nie
istnieje, na jego miejscu Ukraińcy wybudowali nowy, lecz w ogrodzie zachowała
się figura Matki Bożej Niepokalanej, którą w 1905 r. postawił tam mój dziadek.
To najcenniejsza pamiątka rodzinna. Na cokole z piaskowca widnieje wyryty napis:
„O Maryjo, módl się za nami”. Bolszewicy trzykrotnie zwalali figurę z cokołu,
lecz jakiś uczciwy człowiek przechował ją w domu i odnowił. Gdy odwiedziłem
rodzinne strony w 2002 r., zobaczyłem, że figura stoi. Lolo zawsze przynosił tu
świeże kwiaty i zapalał lampki…

Na co w wychowaniu Ojca rodzice kładli szczególny nacisk?
– Wychowywano
nas w duchu religijnym i patriotycznym. Rodzice pilnowali, żebyśmy rozwijali
dary, które każde z nas otrzymało od Boga, żebyśmy ich w żaden sposób nie
zmarnowali.

Ojciec jest jedynym kapłanem w rodzinie?
– Tak. Po latach stryj powiedział
mi, że dziadek bardzo się o to modlił, by ktoś z jego rodziny został księdzem.
Podkreślał, że dziadek bardzo by się ucieszył, gdyby wiedział, że zostałem
kapucynem.

Kiedy Ojciec usłyszał głos powołania?
– Ostatnio, już przy końcu życia,
coraz częściej się nad tym zastanawiam. Oczywiście powołanie jest Bożą łaską.
„Jak ja sobie spamiętuji”, jak często mawiał mój ojciec, jeszcze gdy byłem
dzieckiem, mówiono, że Lolo będzie księdzem. Utkwiło mi w pamięci, że kiedy
miałem cztery czy pięć lat, postawiono mnie na jakimś stołku, z którego miałem
„głosić kazanie”. Dlaczego? Nie wiem, może dlatego, że w drewnianym kościółku
Ojców Kapucynów na Zamarstynowie, do którego chodziłem z ojcem na Msze św.,
zawsze z uwagą wpatrywałem się w kaznodzieję i czekałem, co powie. Po powrocie
do domu naśladowałem go. Pamiętam znamienne wydarzenie. Pewnego letniego dnia,
gdy miałem 10, może 12 lat, przyszedł do naszego domu ojciec Kosma Lenczowski,
sławny kapelan I Brygady Legionów Polskich. Rozmawiając z moją mamcią, nagle
chwycił mnie za rękę i powiedział do nas: „Ja Karolek i on Karolek. Ja kapucyn i
on będzie kapucynem”. Na co mama odparła: „Oj, żeby Pan Bóg dał”. I dał! Ojciec
Kosma w jakimś sensie wpływał potem na mój wybór drogi zakonnej. W Sędziszowie
Małopolskim ukończyłem nowicjat, a potem udałem się na studia do Krakowa.

Nie miał Ojciec wątpliwości co do wyboru zgromadzenia?
– Nie miałem. Gdy
jako chłopak chodziłem we Lwowie do gimnazjum, bardzo podobali mi się wówczas
dominikanie w swoich białych habitach, ale raczej wiedziałem, że chcę zostać
kapucynem.

Chodził Ojciec do tego samego gimnazjum, co Sługa Boży ojciec Serafin
Kaszuba, apostoł Kazachstanu. Jak go Ojciec zapamiętał z tamtego okresu?

Klęczącego w komży ministranckiej w drzwiach zakrystii drewnianego kapucyńskiego
kościoła na Zamarstynowie. Na szkolnych uroczystościach Alojzy Kaszuba (Serafin
to jego imię zakonne) często występował z odczytem nawiązującym do danego
święta. Niekiedy w czasie przerw lekcyjnych zauważałem wokół niego grupkę
kolegów. Nie kopał piłki i nie biegał, jak czynili to inni chłopcy, jednak
wszyscy w szkole go szanowali. Dla nas był to Lojzek z Zamarstynowa. Po wielu
latach, jesienią 1940 r. wyjechał na Wołyń, gdzie pracował w klimacie
barbarzyńskich mordów i palenia wsi przez OUN-UPA.

Po latach poświęcił mu Ojciec książkę pt. „Włóczęga Boży”. To hołd złożony
tej heroicznej postaci?
– Tak, choć twierdzę, że książkę tę napisał on sam.
Ja nie miałem talentu pisarskiego i stale byłem zajęty. Przyszedłem kiedyś
bardzo zmęczony do celi zakonnej i chciałem się już położyć, a tu nagle słyszę
wewnętrzny głos ojca Serafina: „Czemu ty nie piszesz?”. Wtedy zacząłem się z nim
kłócić i tłumaczyć, że nie mam czasu. „Ta siadaj i pisz!” – znowu słyszę
wewnętrzne słowa. I od tamtego wieczoru często siadałem i pisałem. Wtedy też
zająłem się sprawą jego beatyfikacji, zbierałem dokumenty świadczące o życiu
Sługi Bożego, jeździłem po Polsce z ludźmi z Wołynia, robiąc z nimi wywiady, w
końcu zostałem wicepostulatorem procesu beatyfikacyjnego o. Kaszuby i pełniłem
tę funkcję do zamknięcia procesu na szczeblu diecezjalnym. Ojca Serafina określa
się mianem człowieka ośmiu błogosławieństw, które realizował w oparciu o głęboką
wiarę. Mnie samego nauczył bardziej wierzyć w Boga i kochać ludzi oraz zakonne
ubóstwo.

Jakie to uczucie, gdy szkolny kolega jest kandydatem na ołtarze?

Wspaniałe. Ja w ogóle doświadczyłem łaski Bożej, mając okazję widzieć czy
spotkać wielu świętych. Jeszcze jako kleryk, widziałem w Krakowie w roku 1934
albo 1935 św. Maksymiliana Marię Kolbego podczas uroczystości pożegnania
misjonarzy odjeżdżających do Japonii. Przemawiał wówczas Japończyk, a ojciec
Kolbe tłumaczył jego słowa na język polski. Po latach miałem szczęście być
obecny w Bazylice św. Piotra na Watykanie na otwarciu Soboru Watykańskiego II,
gdzie dwukrotnie widziałem błogosławionego Jana XXIII. Dostąpiłem także
zaszczytu ucałowania ręki Sługi Bożego Pawła VI i świętego o. Pio, nie mówiąc
już o tym, że wielokrotnie spotykałem Sługę Bożego Jana Pawła II.

Był Ojciec, tak jak inni, zaciekawiony stygmatami, które o. Pio nosił na
swoim ciele?
– Muszę przyznać, że bardzo. Uczestniczyłem we Mszy Świętej
sprawowanej przez o. Pio. Na dłoniach miał rękawiczki, ale zdejmował je od
Ofiarowania aż do Komunii Świętej. Gdy Msza św. dobiegła końca, do zakrystii
chciało wejść wielu ludzi, by zobaczyć o. Pio. Ja również przybiegłem i stanąłem
w kącie. Ojca Pio wieźli na wózku. W pewnym momencie się wychylił i na mnie
spojrzał. Później byłem jeszcze z drugim bratem na spotkaniu z nim, wydawał się
jednak nieobecny, ponieważ cały czas trwał w ekstazie. Zakonnik, który się
opiekował o. Pio, długo musiał go przywoływać, by choć na chwilę na nas
spojrzał. Gdy powiedział, że przyjechał prowincjał kapucynów z Krakowa, z
Polski, po chwili popatrzył na nas, pobłogosławił i znów wpadł w ekstazę. Było
to tuż przed jego śmiercią, dokładnie 6 sierpnia 1968 r., a o. Pio zmarł 23
września. Byłem akurat w Rzymie na kapitule generalnej kapucynów, gdy dotarła
wieść o tym, że odszedł do Pana.

Wróćmy jednak do czasów wcześniejszych. Na początku września 1939 r., kiedy w
Krakowie przyjmował Ojciec z rąk ks. bp. Stanisława Rosponda święcenia
kapłańskie, trwał niemiecki nalot na miasto…
– Dla nas wszystkich było to
ogromne przeżycie. Przyjąć święcenia w takich okolicznościach… Pamiętam
znamienne słowa ks. bp. Rosponda wypowiedziane już po uroczystości:
„Wyświęciliśmy was jak w katakumbach”. Gdy leżeliśmy krzyżem w czasie litanii,
słyszeliśmy spadające bomby… Pod koniec liturgii, gdy wszyscy nowo wyświęceni
składaliśmy wyznanie wiary, zaczął się kolejny nalot, lecz odmówiliśmy do końca
Credo. Już na drugi dzień musiałem uciekać na wschód. Po dwóch tygodniach
różnymi drogami dotarłem do Lwowa, o który trwały walki z Niemcami. Powrót do
domu był czymś niezapomnianym. Pamiętam, że gdy wszedłem na podwórze, przy
studni stali: mój ojciec, stryj, siostra i dwie bratowe. Jeszcze kiedy mnie nie
widzieli, słyszałem z daleka, jak rozmawiają o tym, co może dziać się teraz z
ich Lolem. A tu nagle Lolo przed nimi staje! To było coś niesamowitego.
Opatrzność czuwała nade mną, bo w czasie, kiedy przebywałem w nowicjacie w
Sędziszowie, nikt nie wpadł w domu na pomysł, by mnie wymeldować. Jak się
później okazało, dzięki temu uniknąłem wywózki na Sybir. Wkrótce bowiem
bolszewicy zarządzili we Lwowie rejestrację mieszkańców. Coś w rodzaju dowodu
osobistego dostawali tylko ci, którzy byli zameldowani w mieście przed
1
września 1939 roku. Wszyscy, którzy takiego zameldowania nie mieli, byli
wywożeni.

Był Ojciec świadkiem pierwszej sowieckiej wywózki w lutym 1940 roku…

Mieszkałem wtedy u mojego brata Jana, którego dom znajdował się w odległości
niespełna 100 m od toru kolejowego. Słyszeliśmy wszystko, co wyprawiali
bolszewicy. Mieli lokomotywy jeszcze transsyberyjskie, które strasznie ryczały.
Gdy pociąg jechał z Dworca Kleparowskiego na Podzamcze, było go słychać już z
daleka. Zanim zaczęli wywozić ludzi na Wschód, najpierw zwozili ich do Lwowa.
Nie zapomnę płaczu, lamentu zamkniętych w wagonach ludzi. Serce nas bolało, w
jakich warunkach ich wieźli… Pamiętam, że w lutym 1940 r. było ok. 30 stopni
mrozu. Załadunek ludzi trwał przynajmniej trzy dni i trzy noce, zanim zapełnili
wagony, bo to były długie pociągi. A ludzie zmarznięci, głodni… Córki mojej
siostry ugotowały zupę i próbowały dostarczyć ją do jednego z wagonów, by
deportowani pożywili się czymś gorącym. Bolszewik wylał zupę i wrzasnął:
„Zabieraj się, bo będę strzelał!”…

Widząc, jacy są Sowieci i współpracujący z nimi Ukraińcy, nie bał się Ojciec
pojechać rok później na Wołyń?
– Poprosił mnie o to o. Serafin Kaszuba, który
od jesieni 1940 r. przebywał na tamtych terenach. Gdy wiosną 1941 r. przyjechał
do Lwowa, przystałem na jego prośbę, bo jako ksiądz nie miałem wówczas zbyt
wielu zajęć. Około 15 czerwca 1941 r. dostałem kartkę od o. Serafina, że
mianowano mnie proboszczem w Janowej Dolinie; prosił, żebym poczekał na pismo
zatwierdzające z łuckiej kurii. Siedem dni później na Sowietów napadli Niemcy i
ostatecznie na Wołyń nie pojechałem. To kolejny dowód na to, że czuwała nade mną
Boża Opatrzność, bo 23 kwietnia 1943 r. Janowa Dolina została wycięta w pień.
Trzeci raz zostałem uratowany w 1944 roku. Byłem wówczas kapelanem Armii
Krajowej Inspektoratu Lwów Północ. Choć we Lwowie byłem bardzo potrzebny, ni
stąd ni zowąd, w lutym czy marcu 1944 r., dostałem pismo od prowincjała, że mam
się przenieść do Sędziszowa. Było tam wówczas ośmiu młodych księży, więc mogli
się obyć beze mnie, jednak prowincjał był nieugięty. Wyjechałem zatem ze Lwowa.
Miasto Lwów w lipcu 1944 r. zostało wyzwolone od Niemców przez Armię Krajową.
Ludzie się cieszyli, na ulicach powiewały polskie flagi, ujawniła się też Armia
Krajowa. Radość nie trwała jednak długo. Wkrótce do miasta wkroczyła Armia
Czerwona, a wraz z nią NKWD, które aresztowało sztab AK i wywiozło go do
Trzebuski koło Sokołowa Małopolskiego. Tam zamordowano polskich oficerów,
grzebiąc ich w dołach o wymiarach 12x2x2 metry. Gdybym został we Lwowie,
leżałbym w jednym z tych dołów razem z nimi. Czyż nie był to wyraźny znak
Opatrzności? Dziś musimy pamiętać, że Trzebuska to Katyń Ziemi Rzeszowskiej, o
którym wciąż niewiele osób wie.

Na początku niemieckiej okupacji był Ojciec świadkiem zbrodni
dokonanej przez Niemców na lwowskich profesorach wyższych uczelni. Jaka była na
to reakcja?
– Nie byłem bezpośrednim świadkiem tej zbrodni, ale cały
Lwów wkrótce się o tym dowiedział. Uświadomiliśmy sobie, że tylko zmienił się
zbrodniczy okupant, ale ten nowy podobny jest do sowieckiego. Byliśmy
wstrząśnięci, tym bardziej że ukraińscy nacjonaliści, chcąc się przypodobać
Niemcom, mordowali Żydów i zapowiadali, że następnie będą mordować Polaków. Co
zresztą zrealizowali na Wołyniu i Podolu w latach 1943-1945. Taka jest bolesna
prawda historyczna.

Po ekspatriacji z miasta „semper fidelis” znalazł się Ojciec pod nową
okupacją, tym razem sowiecką, i szybko doświadczył represji komunistycznych
wymierzonych w Kościół katolicki. Niebezpieczne dla władzy było nawet rozdawanie
książeczek mszalnych młodzieży…

– To było w Wałczu w 1947 roku. Z
Londynu przyszły książeczki do nabożeństwa; miałem ich chyba ze 300. Któregoś
dnia wezwało mnie UB. Trzymali mnie ze dwie godziny w celi z ogromnym wilczurem.
W tym mszaliku na uroczystość Chrystusa Króla napisano coś o bolszewikach, o
czym wtedy nawet nie wiedziałem. Ubecy uznali to za propagandę. Postraszyli, ale
w końcu mnie wypuścili.

W tym samym Wałczu za obronę Piusa XII został Ojciec wyrzucony rok
później z liceum, w którym uczył…

– Pod koniec września 1948 r. w
liceum w Wałczu miało się odbyć spotkanie z jakimś politrukiem. Zebrano więc
młodzież, a nauczyciel gimnastyki poprosił mnie, żebym również przyszedł. Gdy
się zjawiłem, nauczyciel ów zaczął lżyć Piusa XII, mówiąc m. in., że święcił
czołgi Hitlerowi. Młodzież zareagowała tupaniem, ja zaś wstałem i mocno
obsztorcowałem politruka. Na znak protestu opuściłem salę, a za mną ruszyła
młodzież. Po chwili wstało grono nauczycielskie i wyszło. Na sali zostali
politruk, dyrektor szkoły i nauczyciel gimnastyki. Za jakiś miesiąc czy półtora
zostałem wyrzucony z tej szkoły. Dwa tygodnie później mój los podzielił dyrektor
liceum, a jego miejsce zajął ów nauczyciel gimnastyki.

Był Ojciec dwukrotnie prowincjałem kapucynów. Sprawowanie takiego
urzędu wiązało się ze stałą inwigilacją SB, rozpracowaniem przez służby
PRL…
– To były bardzo trudne czasy, ale uczono nas swoistej
dyplomacji. Jedną z metod komunistów była próba poróżnienia księży z biskupami i
zakonów z biskupami. Nie zapomnę, jak któregoś dnia dostałem wezwanie do
Warszawy do Urzędu do spraw Wyznań. Przyjęto mnie bardzo elegancko, chciano
nawet częstować koniakiem, na co się oczywiście nie zgodziłem. Próbowano mnie
skłócić z moim biskupem; mówiono wprost, że to ja mam władzę, bo jestem
ordynariuszem, gdyż według prawa kanonicznego prowincjał ma tytuł ordinarius.
Takie były problemy.

W tamtych trudnych czasach zdarzały się też jednak radosne chwile,
jak wybór Polaka na Stolicę Apostolską. Czy Ojciec w ogóle przypuszczał, że może
do tego dojść?

– Kiedy ks. kard. Karol Wojtyła został wybrany na
Papieża, byłem w klasztorze w Gdańsku. Po skończonym nabożeństwie różańcowym
dowiedziałem się o tej radosnej nowinie. Pamiętam, że w dniu inauguracji
pontyfikatu Jana Pawła II wymarł cały Gdańsk. Na Mszę św., którą w tym czasie
odprawialiśmy, przeciętnie przychodziło około 300 osób. W tamten dzień przyszło
9.

Uważa Ojciec swoje życie za udane, spełnione?
– Ono się
ciągle spełnia. Przecież mam 94 lata, to szmat czasu, a jakoś nie miałem w nim
nieszczęśliwych zdarzeń. Oczywiście były choroby, pięć razy byłem operowany, ale
czuwała nade mną Boża Opatrzność, którą stale podziwiam. I jestem szczęśliwy, bo
byłem na różnych stanowiskach i dałem sobie radę; zwiedziłem też trochę świata.
Był taki czas, kiedy po prowincjalstwie w latach 1970-1980 pracowałem w
kapucyńskiej akcji trzeźwości. Jeździłem z rekolekcjami trzeźwościowymi do wielu
diecezji, a później dostałem pozwolenie od Prymasa, by odwiedzić różne
instytucje w Europie zajmujące się problemami alkoholizmu i narkomanii. Byłem
więc w Austrii, Szwajcarii, Niemczech, we Francji, Włoszech. Nie istniała dla
mnie bariera językowa, bo dobrze radziłem sobie z łaciną, włoskim, francuskim i
niemieckim.

Czego brakuje Ojcu we współczesnej Polsce? Czym różni się ona od tej
przedwojennej?
– Byliśmy wychowywani w duchu patriotyzmu; bliskie
nam były słowa: „Wszystko, co nasze, Polsce oddamy”. Pamiętam, choć byłem wtedy
dzieckiem, jak cieszyliśmy, kiedy Polska zmartwychwstała. Gdy zanosiło się na II
wojnę światową, patriotyzm był bardzo żywy. Dzisiaj niestety jest inaczej,
pozostała nam bowiem skaza komuny. O Polskę toczy się obecnie bój – nie na
wojennych frontach, lecz na frontach zapanowania nad duchem Narodu przez
antypolskie, antychrześcijańskie, antykatolickie, demoralizujące dzieci,
młodzież, rodziny środki masowego przekazu. Z Zachodu jest nam wciskany tzw.
liberalizm, ideologia popierająca wszelkiego rodzaju zwyrodnienia wymierzone w
dostojeństwo i godność człowieka stworzonego na obraz i podobieństwo Boga.
Manipuluje się historią. Dzięki Opatrzności Bożej miałem szczęście widzieć, jak
przemijały systemy, szczególnie sowiecki i hitlerowski, a wydawało się, że będą
trwały wiecznie… Wierzę więc, że i to minie.

Gdzie powinniśmy upatrywać ratunku?
– W Bogu. Polska
przed tysiącem lat zawierzyła Bogu, Maryi, Ewangelii i Kościołowi. A gdy nad
Polską zapanowała noc komunizmu, nad Narodem Polskim czuwała moc Bożej
Opatrzności i Jasnogórska Królowa Polski. Opatrzność dała Narodowi wielkich
przywódców ducha w osobach Sług Bożych: Jana Pawła II, Prymasa Stefana
Wyszyńskiego i męczennika za wiarę ks. Jerzego Popiełuszki. Wszyscy trzej
nawoływali: „Zło zwyciężaj dobrem, kłamstwo zwyciężaj prawdą, broń życia każdego
Polaka od poczęcia aż do naturalnej śmierci, gdyż Naród, który zabija swoje
dzieci, zginie! Broń polskiej rodziny zawiązanej w sakramencie małżeństwa, gdyż
rodzina jest źródłem życia Narodu. Broń narodowej spuścizny kulturalnej, jej
tradycji wyrosłej z wiary katolickiej i wierności Ewangelii. Poznawaj bogatą
historię Polski, gdyż znajomość historii jest mistrzynią życia”. Jest nam dziś
koniecznie potrzebna mobilizacja ducha Narodu w oparciu o doświadczenie
historyczne. Jestem optymistą, jak przystało na lwowiaka, i wierzę, że się tak
stanie. Ufajmy w Bożą Opatrzność!

Dziękuję Ojcu za rozmowę.

drukuj