To tylko parytety..
Przyznam, że wciąż trudno mi uwierzyć, że parytetowe pomysły
lewicowych środowisk mogą stać się w Polsce ustawowym rozwiązaniem, pomimo iż
dzisiaj lewica ma w Sejmie (łącznie z SdPl) zaledwie 47 posłów. Jak to możliwe,
że feministyczny, liberalno-postępowy projekt zyskuje poparcie środowisk, które
– mam nadzieję – szczerze się martwią, by Polska nie powtórzyła drogi Hiszpanii.
Przyznam, że sposób, w jaki lewicowe feministki zdominowały debatę o problemach
kobiet, budzi moje zdumienie. Wyniki sondaży są bowiem jednoznaczne: lewica nie
ma większych szans na odbudowanie swojej politycznej pozycji ani przez powrót do
postulatów proaborcyjnych, ani przez podejmowanie debaty o prawie do związków
partnerskich, ani przez podważanie roli rodziny jako ważnej – a nawet
najważniejszej dla Polaków – wartości.
We wszystkich tych sprawach polscy wyborcy powiedzą w wyraźnej większości –
„nie”. Partia polityczna, która spróbuje odgrzewać hasła w rodzaju – „mój
brzuch, moja sprawa”, czy też „prawa dla małżeństw osób tej samej płci”, ma
szanse na poparcie nie większe niż 10 procent. Lewicy nie udało się odzyskać
wyborców ani pod sztandarami Partii Kobiet, ani zielonych. Nie uwierzono także,
że będą bronić i reprezentować biednych, marginalizowanych i wykluczonych.
Polityczna wspólnota płci
Tymczasem parytety okazały się
dobrze wybraną pułapką, w którą złapano także centroprawicowe, umiarkowane,
politycznie poprawne środowiska. Parytety są bowiem bardziej uniwersalne,
pozornie nieszkodliwe i neutralne – wspierają kobiety niezależnie od ich
poglądów. To tylko drobna, prosta, nieszkodząca nikomu zasada – obowiązek
umieszczenia 50 procent kobiet na wyborczych listach kandydatów wszystkich
partii, zarówno lewicowych, jak i prawicowych. Tylko tyle. Czy jest o co kruszyć
kopie, czy warto protestować w tak drobnej sprawie, jeśli w sondażach, jak
donoszą komentatorzy, parytety mają spore poparcie? Nie dziwi, że respondenci
pytani o to, czy kobiety w Polsce powinny mieć większy udział w sprawowaniu
władzy lub w życiu publicznym, odpowiadają „tak”. Odpowiedzieć „nie” byłoby
szowinistycznym nonsensem.
Podobno dzięki parytetom uciskana klasa kobiet,
wykorzystywana i gnębiona przez patriarchalny system społeczny, wreszcie odzyska
swoją godność i swoje prawa. Więcej kobiet na listach to więcej kobiet w
parlamencie, a więcej kobiet w polityce to lepsza polityka, lepsze rządzenie i
lepszy, nowy, wspaniały świat. Równie proste (żeby nie powiedzieć prostackie),
co nieprawdziwe.
Kongres Kobiet ogłosił, że reprezentuje polskie kobiety, ale
te zaprotestowały i ostrzegają – parytety to złe i szkodliwe rozwiązanie. Tak
uważają Forum Kobiet Polskich i uczestnicy Walnego Zebrania Delegatów NSZZ
„Solidarność” Regionu Mazowsze oraz kilka tysięcy osób, które podpisały list
otwarty wyrażający sprzeciw wobec parytetowego pomysłu.
Dlaczego? Bo parytety
łamią zasady demokracji, wprowadzają pozamerytoryczne kryteria do systemu awansu
i polityki kadrowej w polityce i życiu społecznym oraz kreują nieistniejącą,
polityczną wspólnotę płci. Nie rozwiązują żadnego rzeczywistego problemu kobiet,
a w miejsce polityki prorodzinnej, przedszkoli, żłobków, szacunku dla
kompetencji człowieka, niezależnie od płci, rzucane są jak ochłap miejsca na
partyjnych listach kandydatów.
Zwycięstwo demokracji?
Demokracja to taki system
polityczny, w którym wyborcy wybierają posłów i radnych, oceniając różne
programy i koncepcje polityczne oraz wiarygodność, uczciwość, kompetencje i
biografie kandydatów. Płeć, podobnie jak wiek, uroda czy wzrost, ma znaczenie
drugorzędne. Nie wybieramy aktorów do grania ról na scenie politycznej, więc nie
dobieramy bohaterek i bohaterów sztuki wedle płci, wieku, urody i tuszy. Jeśli
uważamy, że liderzy partii źle dobierają kandydatów na posłów, nie wedle
kompetencji, lecz po znajomości lub np. według zamożności, to dlaczego chcemy do
tego dodać kolejny, kompletnie pozamerytoryczny powód – płeć?
Na sztucznie
tworzonych listach pojawią się nazwiska kobiet „obowiązkowych” niezależnie od
tego, ile ich w danej partii będzie faktycznie działać. Jeśli to będzie
przymusowe, to ugrupowania zawsze znajdą odpowiednią liczbę kobiet. Czy jednak
będą to te, którym chcemy powierzyć władzę?
Dlaczego w kraju, który ma za
sobą doświadczenia PRL i parytetowo dobierany Sejm – tyle z PZPR, tyle z SD i
ZSL, kilku z koła Znak, tyle kobiet i mężczyzn, tylu górników i rolników etc.,
wracamy do złych, niedemokratycznych rozwiązań, wmawiając Polakom, że to wielka
nowość i zwycięstwo demokracji?
Polki radzą sobie bez ideologicznej demagogii
Ukrytym
założeniem parytetowej ustawy jest sugestia, że kobiety bez tej protezy nie są w
stanie uczestniczyć w życiu publicznym i strukturach władzy w wymiarze równym
mężczyznom. Kobiety w Polsce były aktywne i niezależne bez parytetów i
propagandowych sztuczek w znacznie większym stopniu niż w wielu innych krajach.
Miały prawo dziedziczenia ziemi i własności, samodzielność wymuszoną
nieobecnością mężczyzn (wojny, powstania, represje), doświadczenie prowadzenia
domowej edukacji szkolnej i patriotycznej (pod zaborami i okupacją). Prawo
wyborcze uzyskały wraz z niepodległością Polski bez odwoływania się do
demonstracji. Polki od dawna dobrze radzą sobie bez degradujących rozwiązań i
ideologicznej demagogii. Mają poczucie własnej wartości, a ich mniejsza obecność
w życiu politycznym jest częściej wyborem niż przejawem
dyskryminacji.
Zwolennicy parytetów twierdzą, że kobiety, które widzą siebie
i swoją rolę w społeczeństwie inaczej niż mężczyźni, zostały zdominowane przez
patriarchalny system społeczny. Obecność kobiet w opozycji, w „Solidarności”, w
podziemiu stanu wojennego pokazuje, iż było i jest inaczej. Ale lewica i tak wie
swoje – tradycyjna, patriarchalna, rodzinnocentryczna Polska poddaje kobiety
katolickiej presji.
Pamiętam, jak w latach 90. na Jasnej Górze, w trakcie
spotkania rolników z ministrem rolnictwa, gdy dyskutowano nad kształtem ustawy
powołującej do życia izby rolnicze, minister zaproponował, by prawo wyborcze
przysługiwało „kierownikowi gospodarstwa rolnego”, co w praktyce oznaczało
najczęściej mężczyznę. Szkoda, że lewicowe feministki nie widziały, jak ta
tradycyjna społeczność zareagowała na tę propozycję. Do mikrofonu podchodzili
zarówno starzy, jak i młodzi rolnicy i pytali ministra, jak można pozbawić prawa
wyborczego żonę, która w równym stopniu prowadzi gospodarstwo rolne. Tak nie
może być – protestowali ci, którzy zapewne dla feministek są uosobieniem
patriarchatu. I przeforsowali swoje rozwiązanie, prawo wyborcze przysługuje
dzisiaj osobom prowadzącym gospodarstwo – zarówno kobiecie, jak i
mężczyźnie.
Ani to równość, ani wolność
Zasada parytetów, niejako
mimochodem, wprowadza do naszej świadomości bardzo szczególną wizję świata i
dziwne pojęcie równości. Oto miarą równości staje się statystyczna identyczność
– dokładnie tyle samo kobiet i mężczyzn wśród żołnierzy, krawców, posłów i
naukowców. Zasadnicze pytanie brzmi: czy kobiety mają prawo wybierać wedle
swojego systemu wartości, czy mają obowiązek naśladować mężczyzn? Wedle
parytetów tylko druga sugestia jest prawidłowa. Tym samym równość kobiet staje
się fikcją – jesteś równa mężczyźnie pod warunkiem, że będziesz taka sama jak
on. Moim zdaniem, ani to równość, ani wolność.
Wizja świata ukryta za
parytetami jest dość prymitywna. Człowiek jest w niej wart tylko tyle, ile ma
władzy i majątku. Wartości, dla których (jak się powiada) kobiety potrzebne są w
polityce, czyli: koncyliacyjność, szacunek dla pozamaterialnych wartości,
zdolność do kompromisu, wrażliwość na potrzeby innych – wszystkie są degradowane
na rzecz „szmalu i właaadzy”. Trudno więc zrozumieć, czy kobiety mają brać
władzę, bo są takie same jak mężczyźni, czy dlatego, że są inne. Jeśli są takie
same, to ich obecność w polityce niczego nie zmieni. Jeżeli są inne, to pozwólmy
im decydować o własnym życiu, macierzyńskiej, rodzinnej lub zawodowej biografii.
Nie wywierajmy presji, by postępowały wedle wzorca „wyścigu szczurów”.
Generowanie konfliktu ról
Problemy, które sprawiają, że
kobiety czasami rezygnują z obecności w życiu publicznym, a więc także w
strukturach władzy, z innych powodów niż osobista decyzja, są prawdziwe i
wynikają z trudności w pogodzeniu roli matki z obowiązkami zawodowymi. W tej
kwestii parytety niczego nie zmieniają, bo nie usuwają przyczyn. Co więcej,
wspierają i dowartościowują te kobiety, które bądź rezygnują z roli matki, bądź
traktują ją jako mniej ważną w ich życiu. Tym samym pogłębiają problem konfliktu
ról. Znacznie lepszym, efektywnym rozwiązaniem byłaby dobra polityka prorodzinna
państwa ułatwiająca godzenie roli rodzicielskiej(!) z rolą zawodową. Ale taka
polityka wymaga dobrych koncepcji, pracy i pieniędzy. Parytety wprowadza się w
życie szybko, łatwo i przyjemnie – za darmo.
Jeśli rzeczywiście chcemy
ułatwić kobietom obecność w życiu publicznym i strukturach władzy, to musimy
podjąć wiele trudnych decyzji wprowadzających rozwiązania prorodzinne, które
media nazywają populistycznymi. Parytety są medialnie błyskotliwe, sprzedają się
lepiej niż temat rodziny i rodzicielstwa, ale pozostawiają sytuację bez
zmian.
Dlaczego więc mają dzisiaj szansę? To proste. O wyniku drugiej tury
wyborów prezydenckich zadecydują głosy lewicy. Jej kandydat zapewne odpadnie w
pierwszej turze. Kto będzie przeciwko parytetom – przegra. I tak, słaba lewica
zyskuje szansę na realizację swojego postulatu, chociaż nie ma większości w
Sejmie i nie będzie miała swojego prezydenta. Czy więc polska droga od federacji
pokoleń Jana Pawła II ku dzisiejszym, lewicowym, „hiszpańskim” rozwiązaniom
zacznie się od błędów prawicowych polityków?
Dr Barbara Fedyszak-Radziejowska
Autorka jest socjologiem, etnografem, pracownikiem naukowym
w Instytucie Rozwoju Wsi i Rolnictwa PAN oraz na Wydziale Administracji i Nauk
Społecznych Politechniki Warszawskiej, jest także członkiem Kolegium
IPN.
