Służba życiu jest powołaniem
Homilia ks. abp. Władysława Ziółka, metropolity łódzkiego, wygłoszona
15 lutego br. podczas spotkania Rodziny Radia Maryja w parafii pw. Przemienienia
Pańskiego w Łodzi, w siódmą rocznicę śmierci profesora Włodzimierza
Fijałkowskiego, obrońcy życia
„Boże, Ty w Świętej Rodzinie dałeś nam wzór życia” – tak modliliśmy się w
dzisiejszej kolekcie mszalnej. Naszymi myślami wracamy do pierwszej niedzieli po
Bożym Narodzeniu, kiedy to liturgia skupia się na Świętej Rodzinie. Jak nie
dostrzec w rytmie liturgicznych obchodów wielu walorów wychowawczych?! Oto,
kiedy w naszych religijnych przeżyciach Świąt Bożego Narodzenia patrzymy z
największą uwagą na Boże Dziecię, liturgia nie pozwala nam stracić z oczu Maryi,
która Dzieciątko piastuje i Józefa świętego, który Ono pielęgnuje. A byłoby
wielką szkodą stracić ich z oczu – nie tylko podczas tych świąt, które są
rodzinne, które spędza się w domu, wśród bliskich i kochanych, ale i w każdym
czasie, kiedy powracamy do zwykłych, codziennych zajęć, kiedy stajemy przed
życiowymi problemami, kiedy w rytmie powszednich spraw rodzina się realizuje,
buduje i jednoczy, kiedy wreszcie – mając świadomość jej wartości – trzeba
czasem i o nią zawalczyć.
Powtarzamy dziś słowa mszalnej modlitwy: „Boże, Ty
w Świętej Rodzinie dałeś nam wzór życia”. Wielu chciałoby dziś z tym
stwierdzeniem podyskutować, stawiając choćby pytanie: jak mają się tamte odległe
czasy i obowiązujące w nich wzorce do naszych współczesnych czasów wyzwolonych,
nowoczesnych, działających na całkiem innym gruncie i w oparciu o zupełnie inne
spojrzenie na małżeństwo i rodzinę? W wielu jednak pojawia się inne pytanie: czy
rzeczywiście wszystko, co odnosi się do Świętej Rodziny, straciło już swoją
aktualność? Może jest coś niezmiennego, co było od zawsze, co wciąż trwa i co
powinno być zachowane pomimo zmieniających się wciąż czasów, mód i obyczajów?
Może warto jednak popatrzeć z dzisiejszej perspektywy na Świętą Rodzinę i
spróbować się od Niej czegoś nauczyć? Może to jest jakaś dobra wskazówka,
właściwy kierunek poszukiwań w dobie naszej nowoczesności, w której przecież
coraz częściej mówi się, że rodzina jest zagubiona, bezradna, nieszczęśliwa i
zagrożona? Może warto też zastanowić się nad tym, co lub kto jest współczesnym
Herodem nastającym na życie Dziecięcia, niebezpiecznie zwracającym się także
przeciwko Jego rodzinie?
Z powagą i rozwagą podchodźmy do małżeństwa
„Boże, Ty w
Świętej Rodzinie dałeś nam wzór życia…”. Z jaką powagą i rozwagą podchodzili
do swojego małżeństwa Maryja i Józef, rozważając najpierw w sercu wszystkie za i
przeciw. Ich decyzje wymagały olbrzymiej odpowiedzialności i ludzkiej odwagi,
choć w obu przypadkach potrzeba było ingerencji anioła, aby wyrazili swoją zgodę
na wszystko, co Pan Bóg dla nich przygotował. Wypowiedziane przez nich „tak”
oznaczało, że są wewnętrznie dojrzali i gotowi do podjęcia tych wielkich
zadań.
Takiej powagi i rozwagi, dojrzałości i odpowiedzialności w
podejmowaniu życiowych zadań mogłaby się nauczyć niejedna młoda para myśląca o
małżeństwie. Ileż moglibyśmy podać przykładów na związki zawierane lekkomyślnie,
na gorąco, bez poznania siebie nawzajem, pod wpływem chwilowego zauroczenia; a
często i dla przerwania życiowej nudy i pustki. Zapomina się, że każde
małżeństwo powołane jest przez Boga; że to Bóg niejako doprowadza do spotkania
kobiety i mężczyzny, aby postawić przed nimi ważne, odpowiedzialne i święte
cele. Kiedy spotyka się jakieś ty i ja, muszą się oni zapytać Pana Boga:
dlaczego tak się stało i co to dla nich oznacza?
Rodzina skierowana ku dziecku
Kiedy patrzymy na dany nam
w Świętej Rodzinie wzór życia, widzimy, że wszystko było skierowane ku dziecku.
Maryja i Józef wiedzą, że wszystko, co zaszło w ich życiu, stało się ze względu
na to Dziecko. I wiedzą, że nie zawsze będzie im z tym Dzieckiem łatwo – owszem,
będzie Ono im poddane i posłuszne, ale będzie wiedziało, kim jest i po co
przyszło na ziemię, i że nic Go od wypełnienia tej misji nie odwiedzie. A to dla
Jego rodziców oznaczało często cierpienie: „Oto ojciec Twój i ja z bólem serca
szukaliśmy Ciebie” (Łk 2, 48) – mówili, kiedy dwunastoletni Jezus został w
świątyni; ciągle brzmiały im w pamięci słowa Symeona o mieczu, który przeniknie
duszę Maryi; na pewno przeżywali moment, kiedy Jezus opuszczał dom rodzinny, aby
pójść za głosem powołania. I choć nie zawsze rozumieli własnego Syna, zawsze
sercem byli przy Nim, jak świadczy o tym Maryja, kiedy droga Jej Syna zakończyła
się ukrzyżowaniem. Są więc wzorem matki i ojca kochającymi do końca, do końca
obecnymi, do końca wiernymi.
W życiu Świętej Rodziny wszystko było skierowane
ku dziecku. Czy w centrum dzisiejszych chrześcijańskich małżeństw także stoi
dziecko? Może dlatego tak źle się dzieje dzisiaj z dziećmi i młodzieżą, ponieważ
dla wielu współczesnych małżonków wszystko inne jest ważne, tylko nie ono? Ile
młodych wyzwolonych małżeństw – wspartych obowiązującymi dziś trendami
nagłaśnianymi przez nieodpowiedzialne media – patrzy na dziecko, jak na intruza,
jak na jakieś zło konieczne, które musi kiedyś przyjść, ale którego trzeba
unikać najdłużej jak się da – żeby jak najdłużej korzystać z uroków młodości,
żeby jak najdłużej unikać zobowiązań i odpowiedzialności, żeby najpierw zająć
się karierą i zdobywaniem pieniędzy, żeby pokreślić przede wszystkim prawo do
własnego szczęścia i wolności.
A jeśli już w małżeństwie pojawi się dziecko:
czy jest dla niego czas; czy jest dla niego serce; czy może liczyć, że najbliżsi
zainteresują się jego sprawami i problemami; czy może się czuć potrzebne i
kochane; czy może się czuć w rodzinie bezpiecznie? Jest się naprawdę czego uczyć
od Świętej Rodziny!
Spokojnie i z godnością znośmy swój los
Życie rodziny
Jezusa – choć była święta, choć była tak bliska Bogu – nie było wcale usłane
różami. Ubóstwo Betlejem, opisana w dzisiejszej Ewangelii ucieczka do Egiptu (Mt
2, 13-15), szare, zwyczajne, pracowite życie w Nazarecie, a na końcu
doświadczenie Kalwarii. Można by rzec – rodzina podobna do wielu naszych rodzin.
Ale świętość tej rodziny polega na tym, że spokojnie i z godnością znosi swój
niełatwy los – z ust Maryi i Józefa nie słychać żadnych skarg, żadnych
pretensji; nie ma żadnych prób ucieczki od problemów, od odpowiedzialności; nie
widać też dręczącego wielu pragnienia – nieraz za wszelką cenę – znalezienia
sposobu na życie łatwe i przyjemne.
Dzisiejsi specjaliści od rodziny, których
pełno w poczytnych gazetach i chętnie oglądanych programach telewizyjnych, stają
wręcz na głowie, prześcigając się w pomysłach, w dawaniu dobrych rad: jak
stworzyć rodzinę udaną, bez problemów, bez rozczarowań, bez goryczy i łez. Ale
niewiele z tego wychodzi. Rodzina Józefa i Maryi jest dla nas wzorem, że tego,
co trudne i bolesne, nie trzeba się bać, nie trzeba przed tym uciekać, ale
trzeba umieć to przyjąć, Bogu zawierzyć i czynić wszystko, by wytrwać do końca.
Święta Rodzina uczy nas, że nad własną rodziną trzeba się niekiedy napracować,
bo w niej nic się samo nie stanie ani nie naprawi.
Własną rodzinę trzeba też
sobie wymodlić, bo na trudnej drodze małżeństwa i życia rodzinnego nikt nie jest
pozostawiony sam sobie. Gdy jest trudno, gdy brak sił i nadziei, gdy wszystko
idzie inaczej, niż iść powinno – trzeba się szczerze i serdecznie modlić do
Świętej Rodziny, bo ona przeszła już tę drogę i w jakimś sensie przeszła ją dla
nas. Może nie od razu wszystko się zmieni na lepsze, ale będzie na pewno
lżej.
Błogosławiony mąż, który boi się Pana
Kiedy podejmujemy
dzisiaj refleksję nad rodziną Jezusa, towarzyszy nam pamięć o panu profesorze
Włodzimierzu Fijałkowskim. Dziś bowiem mija 7. rocznica jego śmierci. Myślę, że
dla wszystkich, którzy go dobrze znali, którzy się z nim zetknęli, nie zabrzmi
zbyt przesadnie stwierdzenie, że jako człowiek, jako chrześcijanin i jako lekarz
mieści się w tym, co napisał św. Paweł w Liście do Kolosan. Słyszeliśmy dzisiaj
ten fragment (Kol 3, 12-21), w którym św. Paweł nazywa adresatów wybrańcami
Bożymi, którzy są święci i umiłowani. Jeśli Kolosanie są wybrani, to dlatego, że
pozytywnie odpowiedzieli na wzywający ich do wiary głos Boży; jeśli są święci,
to dlatego, że przez łaskę chrztu Bóg wyrwał ich spod złego wpływu świata, aby
mogli poświęcić się Bogu i swoim życiem oddawać należną Mu chwałę; jeśli
Kolosanie są umiłowani, to dlatego, że nie odrzucili miłości, jaką im Bóg okazał
w Jezusie Chrystusie, który samego siebie wydał za nas (Ef 5, 20).
W jednym z
opublikowanych wspomnień o panu profesorze znajduję taką oto jego wypowiedź:
„Czuję się człowiekiem szczęśliwym. Był czas, kiedy szczęście starałem się
budować na powodzeniach, ale gubiłem je w zawodach i rozczarowaniach. Gdy jednak
odkryłem, że Bóg, który jest miłością, ma gotowy plan dla moich poczynań,
pojąłem sens życia. To Dawca darów prowadzi mnie najwłaściwszą drogą. Sam bym
jej nie wymyślił” (Anna Wyszyńska).
Nie wolno nam zapomnieć, że profesor
Fijałkowski ze wszystkich sił starał się być owym błogosławionym z dzisiejszego
Psalmu (128), błogosławionym, który boi się Pana, który pragnie chodzić Jego
drogami, który chce pożywać z pracy rąk swoich, bo w takim stylu życia osiąga
szczęście i dobro. Nie wolno nam zapomnieć, że tak właśnie żyjąc, przyszło mu za
to zapłacić wysoką cenę. Ileż napotykał trudności i przeszkód, ilu doznał
upokorzeń i krzywd, broniąc prawa Pańskiego: odmawiając stanowczo i
konsekwentnie przerywania ciąży, stając na straży godności nienarodzonego
dziecka, pomagając zrozumieć wartość macierzyństwa i ojcostwa.
Chciałbym na
zakończenie zauważyć, że profesor Fijałkowski obleczony w chrześcijańskie cnoty
wyliczone przez św. Pawła w czytanym dziś Liście do Kolosan – w miłosierdzie,
dobroć, pokorę, cichość, cierpliwość, umiejętność znoszenia innych i wybaczania
doznanych krzywd, z sercem wypełnionym pokojem Chrystusowym i postawą
wdzięczności wobec Boga i ludzi – do samego końca swej pracy i życia
przekonywał, że najważniejszy jest człowiek, że należy traktować go jako
najwyższe dobro, że służby wobec człowieka nie można traktować jako zawodowej
konieczności, ale jako głęboką wewnętrzną potrzebę i życiowe powołanie. Tak
przecież mówił sam o sobie: „Służba życiu jest moim powołaniem” i nigdy z tej
drogi nie zboczył, nie zgubił postawionego przed sobą celu.
Stało się to
możliwe w jego pięknym życiu, ale tak samo może być w życiu każdego z nas. Jeśli
bowiem ktoś z całego serca pragnie przyoblec się w miłość, to ta najwspanialsza
szata da mu potrzebną siłę, odwagę i wytrwałość. Wtedy w naszym życiu spełnią
się słowa zachęty Apostoła Narodów: „Wszystko, cokolwiek działacie słowem lub
czynem, wszystko czyńcie w imię Pana Jezusa, dziękując Bogu Ojcu przez Niego”.
Amen.
Śródtytuły pochodzą od redakcji.
