Ukraina podzielona
Wynik wyborów na Ukrainie świadczy o głębokim podziale tego kraju.
Przewaga Wiktora Janukowycza okazała się minimalna, dlatego nie należy się
spodziewać zacierania różnic między wschodnią i zachodnią Ukrainą. Gdyby nie
kryzys i duża absencja wyborcza w centrum i na zachodzie kraju, Janukowycz by
nie wygrał.
Walka wyborcza na Ukrainie odbyła się przy dużym osłabieniu ludzi tzw.
pomarańczowej rewolucji. Ustępujący prezydent Wiktor Juszczenko ogłosił, że nie
widzi zasadniczej różnicy między Wiktorem Janukowyczem a Julią Tymoszenko,
demobilizując w ten sposób swój elektorat. Wydaje się, że rządy ludzi z ekipy
„pomarańczowych” nie zostały odebrane przez Ukraińców jako przełom w sposobie
sprawowania władzy. Mieliśmy do czynienia z różnymi aferami i olbrzymimi
konfliktami na szczytach władzy. Trudno też było się dopatrzeć skutecznych
działań w celu uniezależnienia energetycznego kraju. Próby nakierowania polityki
Kijowa na sojusz z Zachodem zakończyły się fiaskiem nie tylko ze względu na
wewnętrzne problemy Ukrainy. Od ponad roku Zachód zdecydowanie odwrócił się od
Kijowa. Jest to przede wszystkim związane ze zmianą ekipy rządzącej w USA.
Projekty włączenia Ukrainy do NATO znikły z przestrzeni dyskusji politycznych,
gdyż Waszyngton nie chce dziś drażnić Rosji, szukając na Kremlu partnera w
zmaganiach azjatyckich. Pozostawiona własnemu losowi Ukraina pogrążyła się w
niezwykle głębokim kryzysie gospodarczym, który przypieczętował porażkę
„pomarańczowych”. Odpowiedzialność za stan kraju spadła w dużej mierze na
premier Julię Tymoszenko. Niektórzy twierdzą, że gdyby Tymoszenko zgodziła się
przed kilkoma miesiącami na oddanie władzy Janukowyczowi, to dzisiaj ona byłaby
prezydentem.
Wynik wyborów świadczy o głębokim podziale kraju. Przewaga
Janukowycza jest minimalna, dlatego nie należy się spodziewać zacierania różnic
między wschodnią i zachodnią Ukrainą. Gdyby nie kryzys i duża absencja wyborcza
w centrum i na zachodzie kraju, Janukowycz by nie wygrał. Konflikt polityczny
będzie więc dalej rozgrywany przez tych samych aktorów. Objawi się to sporami
sądowymi o wynik wyborów, z drugiej strony silna opozycja będzie mocno stopowała
pomysły Janukowycza. Dla Julii Tymoszenko obecna porażka wcale nie musi oznaczać
końca kariery politycznej.
Warto postawić pytanie, do jakiego stopnia
Janukowycz zrealizuje swoje zapowiedzi o poprawie stosunków z Rosją. Innymi
słowy: na ile Ukraina pod jego rządami zwiększy swą zależność od Kremla. Wydaje
się, że kwestie językowe odgrywają tu drugorzędną rolę. Zapowiedź „niebieskich”
wprowadzenia rosyjskiego jako drugiego języka urzędowego może nie tyle być
spowodowana poddaństwem wobec Moskwy, co po prostu kwestią realnego ułatwienia
życia obywatelom żyjącym na wschodzie kraju. O względnej prozachodniości
Janukowycza świadczy nie tylko jego zapowiedź kontynuacji integracji z Unią
Europejską. Po pierwsze, mogą to być puste hasła wyborcze, po drugie, jak już
pisałem, do takiej integracji może Kijów namawiać nawet Moskwa, pragnąca przy
pomocy swego ukraińskiego sojusznika penetrować politykę wewnątrzunijną. O
kierunku polityki Janukowycza może świadczyć fakt, że jako gubernator w Doniecku
podobno nie wpuścił żadnej rosyjskiej firmy do tego regionu. Tu wchodzimy w
kwestię celów biznesu okręgu donieckiego. Jeśli rzeczywiście interesy te
zdefiniowane są w opozycji do Rosji, to jest to kluczowy fakt dla kierunku
polityki ukraińskiego państwa na najbliższe lata.
Obecna ostrożność władz
polskich wobec wydarzeń ukraińskich jest związana z dużym rozczarowaniem, jakie
przyniosły ostatnie dni rządów Wiktora Juszczenki. Uznanie Stepana Bandery za
bohatera Ukrainy spowodowało falę protestów polskich środowisk kresowych. To z
kolei wywołało protesty nacjonalistów ukraińskich przed polskimi konsulatami na
Ukrainie. Sytuacja ta spowodowała nawet zdecydowaną wypowiedź prezydenta Lecha
Kaczyńskiego, do tej pory lekceważącego pronacjonalistyczną politykę historyczną
Juszczenki. Za wcześniejsze milczenie polskich władz w tak ważnych historycznie
i politycznie kwestiach musimy dziś płacić wysoką cenę. Trzeba skonstatować
ostatecznie, że polityka przemilczeń w kwestii zbrodni OUN-UPA poniosła w Polsce
fiasko. Nie reagując w porę, milcząco pozwoliliśmy na obudzenie na Ukrainie
Zachodniej demona szowinizmu.
Jeśli słusznie z polskiego punktu widzenia
uznano, że istnienie państwa ukraińskiego, niezależnego od Moskwy, leży w naszym
interesie, to wzrost nastrojów nacjonalistycznych na zachodzie Ukrainy wcale nie
prowadzi do umocnienia tego kraju. Wręcz przeciwnie – generowane są w ten sposób
nie tylko konflikty z polskimi kręgami kresowymi, ale również pojawiają się duże
napięcia wewnątrz Ukrainy. Centrum i wschód tego kraju jednoznacznie negatywnie
ocenia spuściznę po UPA. Zatem im bardziej na zachodzie Ukrainy rozwijana jest
ideologia OUN-UPA, tym mniejsza jest szansa na zbudowanie realnej jedności tego
kraju. Miejmy nadzieję, że ta prawda dotarła w końcu do władz
polskich.
Wracając do kwestii uniezależnienia Ukrainy od Moskwy, wydaje się,
że odpowiedzi na ten problem trzeba szukać nie na biednym zachodzie kraju, lecz
w centrum i na uprzemysłowionym wschodzie. Wcale nie jest powiedziane, iż
rosyjskojęzyczne tereny ukraińskie muszą być w sensie biznesowo-politycznym
prokremlowskie. Kierownicy polskiej polityki zagranicznej powinni szukać
różnorakich kontaktów, dzięki którym można by realnie zacieśnić więzy
ekonomiczne i polityczne z Kijowem bez względu na to, kto sprawuje tam
polityczne rządy.
Kluczową kwestią jest też dbałość o interesy mniejszości
polskiej na Ukrainie. Rząd RP nie tyle powinien realizować wielkie wizje
geopolityczne w tym regionie Europy, dodajmy: wizje, na których realizację nie
mamy większego wpływu. Przede wszystkim obowiązkiem polskich władz jest ochrona
praw Polaków na Wschodzie, zamieszkujących od wieków tereny dzisiejszego państwa
ukraińskiego. Rozwój kulturowy i ekonomiczny środowisk polskich w tym kraju może
mieć olbrzymie znaczenie również dla pogłębiania współpracy ze wschodnim
sąsiadem na różnych piętrach życia państwowego.
Prof. Mieczysław Ryba
