Tusk przedstawił plan do planu
Z prof. Zdzisławem Krasnodębskim, filozofem i socjologiem, wykładowcą na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie i Uniwersytecie w Bremie, rozmawia Jacek Dytkowski
„Nie jestem zwolennikiem odwetu politycznego, więc rezygnuję z ubiegania się o urząd prezydenta” – tak w rozmowie z „Gazetą Wyborczą” Donald Tusk przedstawił powody, dla których wycofał swoją kandydaturę. Czy nie jest to zaskakująca argumentacja?
– Przede wszystkim powinniśmy tutaj zacząć od przypomnienia sobie sytuacji sprzed czwartku. Zarówno sam premier, jak i osoby odpowiedzialne za komunikację społeczną i propagandę Platformy Obywatelskiej są specjalistami od przedefiniowywania sytuacji. Do tej pory mieliśmy do czynienia – a nie wymyślili tego jedynie ludzie niechętni Donaldowi Tuskowi i PO, ale również neutralni obserwatorzy czy nawet sympatycy tego ugrupowania – z sytuacją, w której głównym celem premiera było objęcie prezydentury. Mówiono o tym zaraz po wyborach w roku 2007 oraz w 2005. Ponadto wszystkie osoby znające osobiście Donalda Tuska nie ukrywały, że przeżył on głęboko swoją porażkę z 2005 roku. W związku z tym cała polityka rządu w ciągu ostatnich dwóch lat była podporządkowana osiągnięciu przez niego prezydentury. Dlatego też nie podejmowano niepopularnych decyzji ani reform. Ostatnio wszystkie działania podporządkowano strategii chronienia premiera.
Cokolwiek by więc mówić, rezygnacja z kandydowania na prezydenta jest porażką Tuska, ponieważ ostatecznie ten cel nie został osiągnięty.
Tusk jest jednak przedstawiany jako osoba, która miała „zwycięstwo w kieszeni”, ale dla dobra państwa pozostanie premierem.
– Oczywiście, regułą sztuki politycznej jest takie zakomunikowanie porażki, by przedstawić ją jako sukces. W związku z tym trzeba, po pierwsze, przedstawić swoje motywy w jak najlepszym świetle, przekręcając całą sytuację. Dokonano zabiegu, który można analizować w kategoriach psychoanalitycznych. Wszyscy postrzegali ewentualne starcie wyborcze Lecha Kaczyńskiego i Donalda Tuska jako drugą rundę tej samej walki, w której ten ostatni miałby odnieść zwycięstwo i pokonać traumę porażki z 2005 roku. Teraz rezygnacja z kandydowania ma pokazać, że chęć rewanżu, odwetu jest czymś, co nigdy nie powstało w głowie premiera. Tym sposobem można zresztą osłabić główny zawsze wysuwany argument wobec Tuska, a mianowicie, że interes Polski podporządkował swoim chorobliwym ambicjom. Dlatego też jego rezygnacja z ubiegania się o urząd prezydenta została uzasadniona koniecznością modernizacji strategii gospodarczej państwa. Oczywiście jeszcze raz mogliśmy się przekonać, że żadnego planu w tym zakresie nie ma, a to, co powiedział Jacek Rostowski, minister finansów, moglibyśmy równie dobrze usłyszeć w Sejmie. Wyglądało to raczej na plan do planu. Po drugie, należało sam cel, czyli prezydenturę, spostponować. A więc powiedzieć, że nie jest ona istotna i nie wiąże się z posiadaniem władzy. Jeśli takie usprawiedliwienie porażki okaże się przekonywające, to będzie to tylko efekt krótkiej pamięci społeczeństwa i niezwykłej chęci wiary w słowa. Jeżeli bowiem istotnie by tak było, to o co chodziło w 2005 roku? Dlaczego wtedy Donald Tusk postanowił ubiegać się o tak nieważny urząd i nie planował zostać premierem?
Po dwóch latach odkrywa znaczenie stanowiska, które zajmuje?
– Wyobraźmy sobie, że teraz, w czwartek, Donald Tusk oświadcza, iż zdecydował się nie kandydować ze względu na trudną sytuację swojej partii, spadające w sondażach zaufanie i dlatego że Polacy oczekują od niego, by raczej wziął się do pracy jako premier, a nie starał się o prezydencki fotel. Wtedy wszystkie komentarze byłyby zupełnie inne. Porażka zostałaby przedstawiona jako porażka. A więc pod względem przekazu rezygnacja została dobrze przygotowana. Jednocześnie wiadomo, że w przypadku objęcia urzędu prezydenta przez Donalda Tuska utrzymanie władzy w PO byłoby trudniejsze. W jego wystąpieniu padło jedno kluczowe zdanie: „Ich jest dwóch, a ja jeden”, wyjaśniające, o co przede wszystkim chodzi. Oznacza to, że może być albo prezydentem, albo premierem. Za każdym razem bowiem pojawiłby się jakiś potencjalny rywal.
Twierdzi Pan, że jego decyzja wynika ze strachu, że straci kontrolę nad tym, co się dzieje w partii?
– Tak przypuszczam. Oczywiście łatwiej będzie mu jako premierowi kontrolować prezydenta ze swojego nadania, niż jako prezydentowi, po ciężkiej kampanii wyborczej, ewentualnego premiera, który rzeczywiście posiada cały aparat sprawowania władzy. Myślę więc, że to był jeden z głównych realnych motywów podjęcia takiej decyzji. Drugi to rzeczywiście spadające sondaże popularności. A trzeci jest taki, że trudny byłby do zbicia wysuwany podczas kampanii prezydenckiej zarzut niedbania o interes Polski i kierowania się osobistą ambicją. Ponadto ocena rządu może się znacząco pogorszyć, bo pokazywane dobre wskaźniki i rzekome sukcesy gospodarcze są bardzo relatywne. Polacy odczuwają rozbieżność między dobrymi danymi statystycznymi a realną sytuacją. Kampania byłaby zatem rozliczeniem rządu.
Patrząc na sondaże, premier nie powinien obawiać się porażki w wyborach prezydenckich?
– Na pewno byłaby to trudna kampania. Jego decyzja o rezygnacji z kandydowania to zejście z pierwszej linii walki. Prawdopodobnie kandydatem na prezydenta będzie Bronisław Komorowski, marszałek Sejmu, nie tylko ze względów wewnątrzpartyjnych, ale także dlatego, iż nie jest członkiem rządu, w przeciwieństwie chociażby do Radosława Sikorskiego. W związku z tym wszelką krytykę rządu podczas kampanii będzie można łatwo odeprzeć. Komorowski nie ponosił przez ostatnie dwa lata odpowiedzialności za władzę wykonawczą. Tymczasem Donalda Tuska w pewnym sensie wyeksploatowało rządzenie, o czym świadczy spadek wskaźników zaufania. Stąd jego decyzja. Jest ona ryzykowna dlatego, że widać, iż wzrasta poparcie dla innych kandydatów, np. dla Andrzeja Olechowskiego. Głosy w czasie wyborów mogą się rozłożyć i w pierwszej turze najpewniej zwycięży Lech Kaczyński. Natomiast wynik drugiej rundy tego starcia pozostaje sprawą otwartą.
Szef rządu twierdzi, że przez ostatnie dwa lata dostrzegł, iż to, co negatywne, rodzi się „w Pałacu”. Sugeruje, że prezydent Lech Kaczyński jest odpowiedzialny za wszelkie zło, jak chociażby problemy w służbie zdrowia…
– Zarysowana jest tutaj taktyka, którą w dużej mierze podczas kampanii wyborczej będzie stosował Donald Tusk. Stwierdzenie, że będzie testował prezydenta, oznacza pewną próbę nękania czy zrzucania odpowiedzialności za sytuację służby zdrowia, co jest rzeczywiście dosyć absurdalne. Już zresztą mamy zapowiedzi w postaci podnoszenia wątku weta, hamowania reform itd. Widać, że taki będzie główny „tenor” tej kampanii.
Dziękuję za rozmowę.
