Granice tolerancji
Fragment Księgi Izajasza przeczytany przez Jezusa jest częścią opisu radości, jaka zapanowała po uwolnieniu Narodu Wybranego z niewoli babilońskiej (Iz 61, 1-2). Słowa proroka o odnowie narodu jednak się nie spełniły. Kilkaset lat już minęło od powrotu z wygnania, a Izrael nadal znajdował się pod obcym panowaniem: najpierw perskim, greckim, teraz rzymskim. Kiedy Chrystus przyszedł na świat, Żydzi byli narodem podbitym, uciśnionym i rozproszonym. Coraz mniej było nadziei. Dlaczego Bóg tak się opóźniał?
Kiedy Jezus po przeczytaniu księgi wypowiedział znamienne zdanie: „Dziś spełniły się te słowa Pisma, któreście słyszeli”, wszyscy się zdziwili. Znali przecież kontekst zapowiedzi i jej sens. Ciągle czekali na jej realizację. Tymczasem rozproszone, słabe państwo dalej nie miało króla, brakowało armii. Stał za to przed nimi ich rodak, syn cieśli. Przyczyną konsternacji, a potem gniewu stał się fakt, że czytając proroctwo Izajasza, wskazał na siebie jako podmiot jego aktualizacji. Owszem, słyszeli o Jego niezwykłych znakach i cudach, które czynił – byli z Niego dumni. Jeden z nich się „wybił”! Ale tolerancja miała swoje granice. Była nią nienaruszalność ich świata. Być może niedoskonałego, ułomnego, z wieloma brakami – ale za to w miarę stabilnego i jasnego. Chrystus ośmielił się ten świat, wraz z jego wyobrażeniami i nadziejami, poruszyć. Za to chcieli Go ukamienować.
Ludzie nie lubią, kiedy przemeblowuje im się rzeczywistość, ponieważ wtedy tracą pewność siebie. Są w stanie bronić swoich racji, jeżeli tylko dają im one namiastkę spokoju i zaspokajają ambicje.
Wiele może nas nauczyć dzisiejsza Liturgia Słowa. Świat się zmienia, ale pewne nawyki w ludziach pozostają. Jednym z nich jest pragnienie stabilizacji, „świętego” spokoju. Ludzie są gotowi nawet skazać się na miernotę, aby tylko nie zburzyło to ich wewnętrznego świata. Jesteśmy w stanie zaakceptować chrześcijaństwo, prawo moralne, orędzie Ewangelii w wersji light. Stosunkowo łatwo jest przyjąć Chrystusa jako cudotwórcę, szafarza miłosierdzia – bunt pojawia się wtedy, gdy przychodzi On ze swoim słowem, „ostrym jak miecz obosieczny”, gdy w duchu posłuszeństwa i zaufania trzeba oddzielić pozory od prawdy, samouwielbienie od rzeczywistej miłości, skorygować koncepcję życia skierowanego tylko na siebie. Podobnie rzecz ma się z Kościołem. Do przyjęcia jest, gdy zajmuje się prowadzeniem akcji charytatywnych, domów opieki, nie zabiera głosu w sytuacjach wątpliwych moralnie, pozostaje niemy w debacie publicznej. Jest wówczas „partnerem” różnych gremiów w budowaniu tzw. lepszego świata. Odwraca się to o 180 stopni, gdy zaczyna wymykać się spoza z góry zakreślonego kręgu przydzielonych mu zadań. Jego „non possumus” wywołuje agresję, falę krytyki i oszczerstw. Przypomnienie, kim jest człowiek, do czego jest powołany, gdzie leży źródło jego godności, rodzi oskarżenia o ksenofobię i nietolerancję. Staje się wrogiem numer jeden…
ks. Paweł Siedlanowski
