Rząd i PGNiG akwizytorami Gazpromu?
Czy obecny rząd i największy polski koncern gazowy staną się „akwizytorami” rosyjskiego Gazpromu niemal do połowy tego stulecia? Takie mogą być konsekwencje podpisania wynegocjowanego pod koniec minionego roku porozumienia z rosyjską firmą, które albo wymusi na Polsce gwałtowny wzrost zużycia błękitnego paliwa w naszym kraju, albo rezygnację z planów uniezależnienia się od wschodniego dostawcy.
Właśnie takie wnioski nasuwają się po analizie skutków przyjętego pod koniec października ubiegłego roku pakietu porozumień między Polskim Górnictwem Naftowym i Gazownictwem a Gazpromem w obecności przedstawicieli rządu Polski i Rosji. Porozumienie, które ma być podpisane w formie kolejnego aneksu do obowiązującego kontraktu jamalskiego, przewiduje wydłużenie jego obowiązywania z 2022 do 2037 r. i zwiększenie dostaw rosyjskiego gazu z 7,4 (według polskich norm – począwszy od 2010 r.) do 10,3 mld metrów sześciennych rocznie. Nad tym, co to oznacza dla Polski, od kilku tygodni głowią się najlepsi fachowcy w kraju.
Ile potrzebujemy gazu?
Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba określić jakie są, a przede wszystkim, jakie będą nasze potrzeby w perspektywie najbliższych lat. Tymczasem istnieją rozbieżności w tej sprawie, bo co innego zakłada rząd, co innego państwowa spółka PGNiG, a co innego jeszcze eksperci.
Podczas gdy załącznik do zatwierdzonego (tuż po uzgodnieniu pakietu porozumień z Gazpromem, pod koniec minionego roku) dokumentu „Polityka energetyczna Polski do 2030 roku” zakłada, że za 5 lat zużycie gazu w naszym kraju wzrośnie do 15,4 mld m sześc., spółka PGNiG w swojej strategii przewiduje, iż wyniesie ono w tym samym czasie aż 18 mld m sześciennych! Tymczasem część ekspertów uważa, że w związku z kryzysem światowym sięgnie ono poziomu 15 mld m sześciennych.
Były minister gospodarki Piotr Woźniak zwraca uwagę, że w ubiegłym roku wykorzystaliśmy ok. 13 mld m sześc. błękitnego paliwa, prawie o 1 mld m sześc. mniej niż w roku 2007 i 2008. – A przecież w najbliższych latach nie ma co liczyć na spektakularny wzrost gospodarczy, który wymagałby znacznego zwiększenia zużycia nośników energii – podkreśla. Skąd więc biorą się tak śmiałe plany rządu, a zwłaszcza PGNiG? Przede wszystkim z planów budowy w Polsce nowych elektrowni gazowych, które mają zarówno rząd, jak i PGNiG, a nawet prywatne firmy.
Detronizacja węgla
We wspomnianym dokumencie „Polityka energetyczna Polski do 2030 roku” wprost napisano, iż „Założone ceny uprawnień do emisji gazów cieplarnianych powodują, że w strukturze nośników energii pierwotnej nastąpi spadek zużycia węgla kamiennego o ok. 16,5% i brunatnego o 23%, a zużycie gazu wzrośnie o ok. 40%”. W ten sposób to zobowiązania Polski do emisji tzw. gazów cieplarnianych wymuszają zastępowanie polskiego węgla gazem z importu do produkcji energii elektrycznej.
Takie właśnie plany ma polski koncern gazowy, ale też inne firmy. „Trzy projekty w segmencie elektroenergetycznym, w które zaangażowane jest PGNiG (…) potrzebują ok. 1,2 mld m3. Plany budowy bloków gazowych mają również inne firmy energetyczne działające w Polsce, które prognozują, że do planowanych przez nie projektów potrzebne będzie łącznie dodatkowo blisko 2 mld m3 gazu” – napisało wprost biuro prasowe PGNiG, tłumacząc swoje plany zwiększenia zużycia sprzedawanego przez nią gazu.
Pytanie tylko, czy to warunki nowego kontraktu z Gazpromem nie wyznaczą w rzeczywistości kierunku polityki gazowej PGNiG i naszego kraju co najmniej do 2037 roku.
Koniec z planami uniezależnienia?
Takie właśnie skutki może mieć zobowiązanie PGNiG do zakupu w tym okresie aż 10,3 mld m sześc. gazu rocznie! Co prawda zarówno PGNiG, jak i przedstawiciele rządu zapewniają, że negocjowana umowa nie przekreśla planów dywersyfikacji dostaw gazu do Polski, ale wyliczenia wskazują na coś innego.
„Przyjęta w 2008 roku Strategia rozwoju PGNiG SA do 2015 zakładała, że 30 procent zużywanego gazu w Polsce będzie pochodzić z wydobycia krajowego, 40 procent z Rosji i 30 procent z innych kierunków” – piszą przedstawiciele firmy w oświadczeniu wydanym po zakończeniu wcześniejszych negocjacji z Gazpromem przyznając, że uzgodnione porozumienie godzi w te plany.
„Jednak w chwili jej [strategii rozwoju – red.] przyjmowania nie zakładano, że zawarty w 2006 roku trzyletni kontrakt z RosUkrEnergo (z możliwością przedłużenia o kolejne dwa lata) na dostawy gazu środkowoazjatyckiego nie będzie realizowany już od stycznia 2009 z powodów niezależnych od PGNiG” – tłumaczy się firma. Jaki z tego wyciąga wniosek? „W związku z tym wypełnienie tego zapisu strategii nie traci swego znaczenia, a jego realizacja będzie jedynie przesunięta w czasie” – przekonują przedstawiciele spółki.
Problem w tym, że chłodna kalkulacja wskazuje, iż jeśli firma będzie chciała wypełnić ten zapis strategii, do czego zresztą jest zobowiązana przez rząd, musiałaby zwiększyć zużycie lub znaleźć nabywców na dostawy gazu 2 razy większe niż wykorzystywane dotychczas w Polsce!
Liczby mówią za siebie
Uzgodnione 10,3 mld m sześc. gazu, które mielibyśmy odbierać już w tym roku, stanowiłoby bowiem aż 80 procent obecnego zużycia tego surowca w Polsce! Gdyby zaś PGNiG chciało wypełnić założone w strategii rozwoju i dokumentach rządu zobowiązanie do ograniczenia „importu z Rosji” do 40 proc. zużywanego w naszym kraju gazu, oznaczałoby to, że spalalibyśmy go aż 26 mld m sześc. rocznie, czyli 2 razy więcej niż obecnie.
Co prawda należy przypuszczać, że w aneksie do umowy jamalskiej ma być utrzymana tzw. klauzula elastyczności, pozwalająca firmie na zmniejszenie poboru gazu o 15 proc. (1,5 mld m sześc.), ale nawet wówczas musielibyśmy wykorzystywać 22 mld m sześc. błękitnego paliwa, by zmieścić się w założonych „widełkach” bezpieczeństwa energetycznego.
Problem jest tym poważniejszy, że już w 2015 r. ma zostać uruchomiony terminal gazu skroplonego (LNG) w Świnoujściu, który w pierwszym etapie będzie mógł odbierać aż 5 mld m sześc. rocznie. Ponadto rozbudowywany jest rurociąg z Niemcami, który docelowo ma osiągnąć przepustowość 1,5 mld m sześciennych. Oprócz tego Gaz System rozpoczął prace przy budowie kolejnego – z Czechami, o początkowej przepustowości 0,5 mld m sześciennych. Trzeba też pamiętać, że obecnie firma pozyskuje z własnych kopalń ok. 4 mld m sześc. surowca (4,2 mld w 2009 r.) i planuje sukcesywnie zwiększać wydobycie własne zarówno w Polsce, jak i poza naszymi granicami.
W ten sposób wraz z gazem kupowanym od Gazpromu już za 5 lat firma mogłaby dysponować co najmniej 21 mld m sześc. surowca w sytuacji, gdy według ocen rządu będziemy potrzebowali 15 mld, a według PGNiG – 18 mld m sześc. surowca. Oczywiście PGNiG mogłoby ograniczyć dostawy do terminalu LNG oraz poprzez interkonektory. Ale wówczas zgodzi się na to, że dostawy z Rosji przekroczą 50 proc. ogólnego bilansu.
Jeśli więc firma będzie chciała wypełnić wymóg ograniczenia importu gazu z Rosji do 40 proc. ogólnego bilansu, stanie przed koniecznością odpowiedzi na pytanie: co zrobi z 3-6 mld m sześc. surowca, jeśli do tego czasu zużycie gazu znacząco nie wzrośnie? Czy PGNiG będzie budowało dodatkowe elektrownie gazowe, by zużyć kilka miliardów m sześc. gazu zbywającego z powodu zwiększenia dostaw od Gazpromu?
Konia z rzędem…
Wyliczeń firmy nie rozumie też były minister gospodarki. – Zdaję sobie sprawę, że szacowanie zużycia gazu w przyszłości jest trudne, ale nie pojmuję wyliczeń PGNiG – mówi Grzegorz Woźniak. Nie zgadza się on też z tezą, że połączenia z Niemcami i Czechami można uznać za sposób na dywersyfikację dostaw, ponieważ od tych krajów także kupowalibyśmy surowiec pochodzący od Gazpromu. – Albo od partnerów zależnych od tej firmy – dodaje.
Jego zdaniem, PGNiG poradziłoby sobie z zapewnieniem gazu na polskie potrzeby bez podpisywania umowy w wynegocjowanym ostatnio kształcie.
Dlatego krytykuje stanowisko rzecznik PGNiG Joanny Zakrzewskiej, przytaczając medialne relacje z jej wypowiedzi na temat dodatkowych dostaw rosyjskiego gazu od nowego roku, iż są one „gestem dobrej woli”. W opinii byłego ministra gospodarki, takie oświadczenie naraża poważne ryzyko zarówno PGNiG, jak i Polskę, gdyby było prawdziwe. – Odbieranie gazu bez umowy to w pełni uzasadniony powód do zarzutów ze strony dostawcy. Branża gazowa rządzi się instrumentami prawnymi, a nie „wolą” – dobrą albo złą. Nad ich przestrzeganiem czuwa m.in. specjalnie powołany do tego urząd regulatora energetyki. Łamanie zasad zawsze prowadzi do surowych konsekwencji, zwłaszcza finansowych – podkreśla. Piotr Woźniak dodaje, że obowiązujący kontrakt jamalski (obecnie negocjowane są jedynie zmiany ujęte w formie kolejnego aneksu do tej umowy) i tak zakładał zwiększenie od roku 2010 dostaw dla PGNiG o ok. 0,7 mld m sześc. gazu. W dodatku od 2015 r. kontrakt ten zakłada wzrost dostaw od Gazpromu o kolejny 1 mld m sześciennych. – Ponadto w okresie zimowym obowiązują zawsze wyższe nominacje, tzw. zimowe, czyli większe dostawy surowca niż w okresie letnim – wyjaśnia.
Rzecznik PGNiG Joanna Zakrzewska odpowiada na to, że w tym roku moglibyśmy otrzymywać ok. 500 mln m sześc. więcej surowca, liczonych według polskich norm, a poza tym nie otrzymujemy gazu z kontraktu z RosUkrEnergo.
Były minister gospodarki uważa jednak, że także w najbliższych latach PGNiG poradziłoby sobie z zapewnieniem dostaw gazu bez tak dużego uzależnienia od Gazpromu dzięki zwiększaniu przepustowości interkonektora z Niemcami (obecnie 0,9, a za dwa lata 1,5 mld m sześc.) oraz budowie połączenia z Czechami (500 mln m sześc.). Jego zdaniem, w ten sposób można „doczekać” do uruchomienia w 2014 r. terminalu LNG.
Z kolei dr Piotr Naimski, były wiceminister gospodarki, uważa, że jest też możliwość pozyskania dodatkowych dostaw, które zabezpieczyłyby nas nawet na wypadek gwałtownego zwiększenia zużycia gazu. W jego opinii, kierownictwo PGNiG mogłoby poprosić premiera o zwrócenie się do strony niemieckiej, aby kanclerz Angela Merkel uzgodniła z premierem Putinem zgodę na odbiór ok. 2 mld m sześc. dodatkowego gazu z gazociągu jamalskiego z „puli” niemieckiej. – Przecież strona niemiecka ma tak dobre stosunki z władzami rosyjskimi, a Niemcy mogliby w ten sposób dać przykład unijnej solidarności energetycznej z Polską – zauważa dr Naimski.
Trybunał za umowę?
Wątpliwości dotyczące kształtu uzgodnionego porozumienia sprawiły, że opozycja z PiS grozi rządowi Trybunałem Stanu, jeśli nie zadba o bezpieczeństwo energetyczne Polski w negocjacjach ze stroną rosyjską. Być może właśnie dlatego rząd wstrzymał się z zatwierdzeniem umowy międzyrządowej w tej sprawie. Być może również spór o zaległe należności Gazpromu wobec spółki Europol Gaz (operatora gazociągu jamalskiego) są tylko pretekstem do wstrzymania lub odłożenia gazowego kontraktu.
Były minister gospodarki uważa jednak, iż jest to rzeczywisty problem. – Wygląda na to, że strona polska uznała, że pewne szczegóły ustali się później i na innych zasadach. Ale trudno uznać wymagalną należność w kwocie ponad 1 mld zł za nieznaczącą – zaznacza Piotr Woźniak. Według niego, rząd zapewne uwierzył, że sprawę załatwią firmy między sobą w normalnym trybie rozliczenia. Nie wchodzi przecież w grę anulowanie długu Gazpromu. – Europol Gaz jest spółką akcyjną, która rządzi się polskim kodeksem spółek handlowych, i nie może anulować bezspornej należności od w pełni wypłacalnej firmy. Należność musi być spłacona – podkreśla były minister. Dlatego właśnie według niego zabrakło nagle chętnego, który podpisałby się pod taką decyzją, za którą można nawet trafić do więzienia.
Profesor Włodzimierz Marciniak, politolog i ekspert w dziedzinie stosunków polsko-rosyjskich, zwraca natomiast uwagę, że ważne dla nas jest także ustalenie nowych zasad zarządzania spółką Europol Gaz i zapewnienie, by Polska nie utraciła nad nią kontroli. – Druga ważna sprawa to opłaty za tranzyt rosyjskiego gazu przez nasz kraj – dodaje.
Tymczasem w tych sprawach rozmowy nie posunęły się do przodu mimo zakończonej w miniony wtorek kolejnej rundy negocjacji przedstawicieli PGNiG i Gazpromu w Moskwie.
Czas na decyzje
Rosjanie chcą jak zwykle załatwić przy okazji negocjacji gazowych dodatkowe sprawy, wykorzystując słabszą pozycję PGNiG. Jeśli bowiem nie mamy skąd kupić gazu, który przydałby się, zwłaszcza obecnie, Rosjanie chcą dyktować warunki.
Co w tej sytuacji powinien zrobić rząd, który ostatecznie ma zatwierdzić nową umowę z Gazpromem? – Można obronić zarówno stanowisko, żeby nie zawierać takiego kontraktu, jak i to, że trzeba go podpisać. Jeżeli podpiszemy kontrakt, trzeba będzie zwiększyć rynek gazu, czyli jego zużycie – uważa Tomasz Chmal, ekspert Instytutu Sobieskiego. To zaś wiązałoby się właśnie z budową nowych elektrowni gazowych. A jakie skutki miałoby odrzucenie umowy z Rosjanami w obecnym kształcie? – Trzeba się przygotować na zarządzanie kryzysowe, ograniczenia w dostawach dla niektórych podmiotów i zasadniczo na ograniczanie popytu na ten nośnik energii – podkreśla Chmal, dodając, że teraz nie ma już czasu na kolejne dyskusje. – Na coś trzeba się zdecydować! – apeluje, zaznaczając, że w tej sprawie powinny porozumieć się najważniejsze siły polityczne w kraju.
Rozpoczęte rozmowy z Gazpromem, kiedyś trzeba będzie zakończyć. Rzecz w tym, by dopilnować w nich naszych interesów, a nie podporządkowywać ich planom Gazpromu, które bynajmniej nie są kompatybilne ani z obecną strategią rozwoju energetycznego Polski, ani z PGNiG, ani z planami dywersyfikacji dostaw gazu. Jeśli zaś jest jakaś strategia, w której mieszczą się obecne warunki umowy z Gazpromem, to czas najwyższy ją pokazać.
Mariusz Bober
